Dobre rady na święta

W grudniu – a konkretnie pod koniec grudnia – Rzymianie obchodzili Saturnalia, ważne święto ku czci Saturna (greckiego Kronosa), boga związanego w Rzymie głównie z obfitością i spokojem. Z okazji tych świąt Lukian z Samosat (II w. n.e.), syryjsko-grecko-rzymski pisarz i satyryk, ma dla nas kilka dobrych rad, jak świętować. Specjalnie na tę okazję nasz pisarz przywdziewa maskę kapłana i udaje się na rozmowę z samym bogiem. Oto rady Saturna dotyczące zimowego świętowania.

Saturn w zimowym płaszczu (ale boso, bo jest bogiem). Fresk z Domu Dioskurów w Pompejach, obecnie w Museo Archeologico Nazionale w Neapolu. Zdjęcie: wikipedia

Kronos: Cała ta moja parada siedem trwa dni i gdy ten termin minie, zaraz prywatną staję się figurą (…). [w ciągu tych dni wolno] tylko pić, hulać, wrzeszczeć, figlować, grać w kości, królów biesiady wybierać, niewolników fetować, klaskać drżącymi dłońmi, czasem z obliczem sadzą usmarowanym w zimnej z głową dać się zanurzyć wodzie. [Lukian, Saturnalia, 4, przeł. Michał Konstanty Bogucki]

Następnie bóg obfitości proponuje nam trzy główne prawa, dotyczące świętowania w Saturnalia.

Ogród z choinką 🙂 (fresk z podziemnej sali jadalnej w willi Liwii (Prima Porta), I w. p.n.e., obecnie w Palazzo Massimo alle Terme (Rzym)

Pierwsze prawo Saturnaliów:

Niechaj nikt żadnej ani publicznej, ani prywatnej sprawy w te święta nie załatwia, oprócz rzeczy zabawę mających na celu, hulankę, wesołość. Kucharze jedynie i cukiernicy winni być zajęci! Niech równe przysługują prawa wszystkim: niewolnikom i wolnym, biednym i bogatym! Gniewać się, miotać, grozić – wzbronione! (…) Niech nikt w czasie świąt ani sreber, ani szat swych nie kontroluje, ani gimnastyki w Kronia ( = Saturnalia) nie uprawia, ani wymową niech się nie para.

Drugie prawo Saturnaliów:

[Bogacze] mają trzymać w gotowości mniej więcej dziesiątą część dochodów, z garderoby rzeczy zbędne, sprzęty i znaczniejszą liczbę sreber. Dzień przed uroczystością mają zarządzić ofiarę oczyszczalną (…). Podzieliwszy te rzeczy, niech je przed zachodem słońca poślą przyjaciołom (…). Uczonym należy dwa razy tyle wszystkiego posłać – zasługują oni na podwójne porcje. (…) Niech bogacze zapłacą długi za ubogich przyjaciół, a także czynsz za tych, co są winni, a uiścić go nie mogą. W ogóle mają się w pierwszym rzędzie dowiedzieć, czego szczególnie potrzebują (…) Jako dar w zamian niech pośle biedny bogaczowi, jeśli jest wykształcony, starą książkę treści wesołej, albo biesiadniczą, lub przez siebie samego napisaną broszurkę.

Trzecie prawo Saturnaliów – zasady ucztowania:

Wykąpać się, skoro cień wskazówki na zegarze słonecznym będzie miał sześć stóp. Przed kąpielą zagrać w kostki o orzechy. Niech każdy się położy [na uczcie], gdzie Los zdarzy: stanowisko, ród, bogactwa nie dają prawa do pierwszeństwa. Niech wszyscy piją to samo wino (…). Porcje mięsa mają być równe dla wszystkich. (…) Kielichy niech postawione będą rozmaite. Niech wolno będzie wznosić toast, jeśli kto ma ochotę. (…) Nie zmuszać do picia, gdy kto pić nie może. Na biesiadę tancerza albo lutnisty początkującego niech nie będzie wolno sprowadzić. Żarty dozwolone, ale niedokuczliwe. Na zakończenie – gra w kości o orzechy. Gdyby ktoś o pieniądze grał, nie dać mu na drugi dzień nic jeść. I zostać na miejscu, i wyjść niech będzie wolno każdemu, kiedy zechce.

Sosna. (fresk z podziemnej sali jadalnej w willi Liwii (Prima Porta), I w. p.n.e., obecnie w Palazzo Massimo alle Terme (Rzym)

Przyznacie, że te rady: odpoczywajmy, nie bądźmy dla siebie nawzajem wredni, traktujmy się sprawiedliwie, pozwólmy każdemu jeść i pić tyle, ile chce, bez zmuszania, dajmy sobie nawzajem przestrzeń, będąc razem, a szykując prezenty, pamiętajmy o potrzebach zarówno przyjaciół, jak i tych osób ubogich, którym możemy jakoś pomóc (a przy okazji prezentów – zrecyklować coś, co nam już niepotrzebne) – brzmią jak przepis na całkiem przyjemne święta. No i nie zapominajmy o podwójnych prezentach dla uczonych, oni na pewno na nie zasłużyli!

Wesołych Świąt wszystkim!

Śnieżna góra boga zmarłych

Chyba najbardziej znany opis zimy w łacińskiej literaturze zawdzięczamy, a jakże, Horacemu. W pieśni dziewiątej z księgi pierwszej tak oto opisał zimowy widok (przekład własny – AK)

Spójrz! Połyskuje w głębokich śniegach szczyt
Sorakte. Ciężar zimy przytłacza las,
gałęzie skrzypią, mróz aż trzaska.  
Rzeki zamarły, skute lodem.

Roztop to zimno: dołóż do ognia drew,
I nie oszczędzaj! Szczodrze w puchary  wlej,
Mój Taliarchu, czyste wino,
Z dzbanków sabińskich o dwóch uchach.

A całą resztę bogom w opiekę dać
trzeba. Już ucichł z ich woli wściekły szkwał
i walka wichrów, a cyprysy
I stary jesion tkwią bez ruchu.

Co jutro przyjdzie, to już nie nasza rzecz
Pytać, nie nasza martwić się o te dni
Które da los. Ciesz się miłością,
Mój chłopcze, z tańców nie rezygnuj,

nim nad twą głową nie zawisł jeszcze cień
Gorzkiej siwizny. Teraz jest właśnie czas
Ćwiczyć się w walce, a pod wieczór
 W ciemności szeptać czułe słówka.

Ukrytą w kącie dziewczynę zdradzi śmiech
Słodki. Tej nocy od niej pamiątkę weź,
Z ramienia zdjętą albo z palca
Co się opiera dla zabawy.

Soracte, choć bez śniegu. Zdjęcie zreprodukowane z bloga Let it snow! 5 must-visit winter landmarks in Latium – Kappa Language School Blog

Soracte (dziś Monte Soratte), cała w śniegu, to jest jeden z tych obrazów z poezji łacińskiej, który się zwykle pamięta nawet po jednorazowej lekturze – wizja lodowatej pogody, która zmroziła rzeki i pokryła świat warstwą śniegu tak grubą, że jęczą i skrzypią pod jej ciężarem gałęzie leśnych drzew, jest daleka od tego, co wyobrażalibyśmy sobie, myśląc o italskiej zimie.

Soracte, góra, którą wspomina w swojej pieśni Horacy, to najwyższy szczyt w okolicach Rzymu – liczy raptem jakieś plus minus siedemset metrów n.p.m., ale wygląda imponująco, zwłaszcza że jest górą samotną, wyrastającą wśród równiny. A z zimą kojarzyła się starożytnym nie bez przyczyny.

Jean-Baptiste-Camille Corot, Monte Soratte widziana z miejscowości Civita Castellana, szkic, 1827; źródło: strona miasta Civita Castellana

Soracte mianowicie była siedzibą kultu Ojca Soranusa – dość tajemniczego boga, czczonego oryginalnie przede wszystkim przez mieszkających w pobliżu góry Falisków. Faliskowie, lud spokrewniony językowo z Rzymianami, a kulturowo pozostający pod mocnym wpływem Etrusków, zostali w końcu, mimo zawziętego oporu, podbici przez Rzym – proces ten ostatecznie zakończył się podczas pierwszej wojny punickiej, kiedy Rzymianie stłumili bunt Falisków i ostatecznie złamali opór podbitego już wcześniej ludu. Związki Falisków z Etruskami okażą się znaczące w kontekście Soranusa.

Moneta z głową Apollina i wizerunkiem wilka. Rhegium, II w. p.n.e. (Rutter, HN, 2562)

W rzymskich źródłach bóg ten pojawia się jako identyfikowany z dwoma klasycznymi bóstwami. Najczęstsze skojarzenie to Soranus Apollo – jak w najstarszym źródle wspominającym Soranusa, którym jest Wergiliuszowa Eneida (I w. p.n.e.); w poemacie tym (XI, 784), gdzie jeden z bohaterów, pochodzący z okolic Soracte Arruns, modli się słowami summe deum, sancti custos Soractis Apollo, „świętej Sorakte z bogów największy strażniku, Apollo”! (przekład własny – AK). Taka sama identyfikacja pojawia się i u innych starożytnych pisarzy.

Druga wersja identyfikacji Soranusa, tym razem w jednym z najobszerniejszych źródeł – komentarzu Serwiusza do Eneidy – zakłada z kolei, że Soranus jest bóstwem, odpowiadającym takim postaciom, jak Dis Pater czy Pluton. W tej wersji byłby on więc władcą zaświatów, odpowiednikiem greckiego Hadesa.

Hades (Dis Pater, Pluton) i Persefona (Prozerpina). Tablica wotywna z Lokrów (Kalabria, ale miejscowość grecka), obecnie w muzeum w Reggio di Calabria. Źródło: wikipedia

Soranus miał w miasteczkach położonych w okolicy Soracte – dziś te tereny administracyjnie należą do miasta stołecznego Rzym, ale w starożytności, zwłaszcza na początku rzymskich podbojów, te czterdzieści pięć kilometrów od centrum miasta to była całkiem spora odległość i leżały tu odrębne miasteczka – swoje specjalne kapłańskie bractwo. Kapłanów tych – byli to mężczyźni, pochodzący z konkretnych, zwykle arystokratycznych, rodzin z okolicy – zwano Hirpi Sorani, co w jezyku falijskim oznacza wilki Soranusa albo, jak twierdzą niektórzy językoznawcy, wilki z Soracte. Raz w roku prezydowali oni bardzo specyficznemu, lokalnemu kultowi. Zimą na górze wznoszono stos z suchego drewna (u Wergiliusza – sosnowego, ale nie wiemy, czy rzeczywiście były to gałęzie i pnie poświęconej Kybele sosny, czy też poecie po prostu pasowały one metrycznie i stylistycznie), które następnie podpalano. Gdy ognisko się wypaliło, kapłani-wilcy zdejmowali buty i bosymi stopami spacerowali po gorącym żarze, nie odnosząc żadnych ran ani kontuzji.

Skąd się ta, kojarząca się z legendami o fakirach, tradycja wzięła? Wspomniany wcześniej komentarz Serwiusza do Eneidy opowiada nam szalenie ciekawą historię. Pewnego dnia mianowicie pasący stada na górskich łąkach Soracte pasterze składali ofiarę ku czci Plutona – bowiem, jak przypomina Serwiusz, szczyt ten dis manibus consecratus est, „poświęcony jest bóstwom podziemnym” – kiedy do ognia podbiegły wilki i porwały  część wrzuconych na ofiarę zwierzęcych wnętrzności. Pasterze rzucili się za nimi w pogoń, chcąc pozabijać złodziei, ale nie zdołali. Wilki zawiodły ich prosto do jaskini, w której się ukryły, a z której nagle wydobyła się chmura trującego gazu, natychmiast zabijając ścigających z wyjątkiem paru. Miejscowi, gdy to odkryli, zrozumieli, że wilki nie były zwykłymi zwierzętami, ale wysłannikami bogów, i od tej pory wyznaczyli spośród siebie grupę kapłanów, którzy mieli przebłagać bogów za ten atak na ich posłańców, przyjmując wilczy tryb życia, czyli, jak pisze nasz autor, żyć z rabunku.

Nie jest do końca jasne, co ma autor na myśli, gdy chodzi o to ostatnie, ale jedno wydaje się pewne – obecność wilka w kulcie na Soracte ma na pewno związek z chtonicznymi i boskimi konotacjami tego zwierzęcia. Dla Greków (a Faliskowie, przez wpływy etruskie, nie byli od kultury greckiej odcięci) wilk to święte zwierzę Apollina, kojarzone z jego matką (o Latonie jako wilczej bogini pewnie kiedyś napiszę osobno) i z nim samym, jako Apollinem Lykajosem, czyli Wilczym. W Rzymie z kolei – no cóż, o roli wilczycy w rzymskiej tradycji chyba nie muszę mówić; z kolei wszelkie opisy omenów i znaków wróżebnych sugerowałyby, że wilk postrzegany jest w religii rzymskiej podobnie, jak w opowieści Serwiusza – jako wysłannik bogów, w tym zwłaszcza Marsa.

Nie ma więc wątpliwości, że góra Soracte widziana była przez Falisków, a po nich – przez Rzymian, jako święta i związana z zaświatami. Poświadcza to także, poniekąd, wczesne powstanie tam miejsc kultu chrześcijańskiego – te nader często lokowano w okolicy kiedyś znanej z religijnych ceremonii pogańskich.

Bogini Feronia na monecie Petroniusza Turpillianusa z czasów augustwoskich. Źródło: wikipedia

Dodajmy jeszcze, że jedno z naszych dość wczesnych źródeł – Geografia Strabona – wskazuje na obecność na górze Soracte kultu innej boskiej postaci. Strabon mianowicie wymienia boginię Feronię – ważne lokalne bóstwo, której kult rozpowszechnił się później w Rzymie. Feronię, której imię może przywodzić na myśl słowo ferus, dziki, kojarzono w Rzymie bądź jako boginię dzikiej natury, pustkowi i natury, bądź jako postać związaną ze żniwami i zbieraniem plonów. Związane z nią mity – jak ten, że jej święty gaj, zniszczony przez pożar, natychmiast z powrotem się zazielenił, kiedy tylko próbowano wynieść z niego posągi bogini, albo że kiedy próbowano zabudować fortyfikacjami teren między jej świątynią a okolicznym miasteczkiem, wszystkie te próby skończyły się niszczeniem kolejnych wież przez piorun – wskazują na konotacje związane z naturą, choć raczej dziką. Co ciekawe, Feronia była także boginią-patronką wyzwoleńców i generalnie wyzwalania z niewoli, a w jej świątyni w miejscowości Terracina wyzwalano niewolników.

I wiecie, myślę, że jak się czyta wiersz Horacego, to ten kontrast (tam jest skuta lodem, spowita śniegiem góra boga zmarłych, my tutaj musimy napalić w piecu, napić się wina i dobrze się bawić, póki możemy) nie jest chyba tak całkiem przypadkowy 😊

Do poczytania:
Ciekawy artykuł naukowy na temat Hirpi Sorani:

Mika Rissanen, „The Hirpi Sorani and the wolf cults of Central Italy” Arctos 46 (2012), s. 115–35, do znalezienia tutaj.

Spisek Pizonów, jakiego nie znacie.

Po serii poważnych analitycznych notek – dziś archeologia blogowa, i to raczej komiczna. Odgrzebuję starą notkę, poświęconą jednej z najgłupszych, a przy tym – najbardziej rozrywkowych teorii spiskowych związanych z antykiem, jakie widział ten świat. Umieściłam ją na swoim blogu popkulturowym, ale potem uznałam, że warto wrzucić i tutaj, jako swoistą parę do notki o świętym grzybie.

 

TAK, JEST PRIMA APRILIS, NIE, JA TEGO NIE ZMYŚLIŁAM!

 

Prawda jest taka: przepadam za teoriami spiskowymi (a ich popkulturowy walor jakoś tam usprawiedliwia istnienie tego wpisu na tym konkretnym blogu). Im głupsza, tym lepsza i tym większy jej walor rozrywkowy. Poczciwe jaszczury w rządzie światowym dawno mi się znudziły – i stąd właśnie dzisiejszy wpis, sponsorowany przez krakowski Massolit, gdzie dziełko swego czasu za 2 PLN zakupiłam. Ergo, oto przed Wami…

 

 

OBJAWIENIE PIZONÓW W DWUNASTU PUNKTACH Z PODPUNKTAMI I EPILOGIEM

 

No więc tak: główna teza książki (broszurki raczej) pana ponoć Abelarda ponoć Reuchlina (ani jednego, ani drugiego, to dość bezczelny pseudonim – AK), który wydaje się w swoje tezy szczerze wierzyć, jest następująca: chrześcijaństwo jako takie zostało wymyślone przez tajną grupę, złożoną z przedstawicieli politycznej i intelektualnej elity Rzymu czasów od Nerona do Marka Aureliusza. Autorzy, straszni egocentrycy, ukryli w swoich książkach (NT, dzieła Ojców Kościoła) mnóstwo dość łatwo odczytywalnych aluzji do siebie i swojej rodziny, ergo następnie zarówno ich zwolennicy, jak i wrogowie te same zakodowane informacje powtarzali/rozkodowywali; innymi słowy, cała kultura Zachodu pełna jest aluzji do Pizonów. To jest o tyle ciekawe, że ewidentnie mamy do czynienia z teorią spiskową stworzoną, by wskazać, summa summarum, dziejową rolę Żydów i chęć jej przez spisek zniszczenia. Zwykle, szczerze mówiąc, Żydzi w teoriach spiskowych odgrywają nieco inną rolę…

 

Oto zaś główne (=co zabawniejsze i bardziej bzdurne) tezy tego dziełka, w zapowiadanych 12 częściach.  Zasadniczo bez komentarza, chyba że mnie szlag trafi i pióro (klawiatura) poniesie.

 

CZĘŚĆ I

 

1. Wyznawcy judaizmu stanowili 10% mieszkańców Imperium (hmmm, raczej nie – AK) i Rzymianie bali się, że stanie się on religią dominującą i obali instytucję niewolnictwa.

 

2. Szczególnie zaś bał się Lucjusz Kalpurniusz Pizon (znany też jako Lucyliusz, adresat listów Seneki, często określany inicjałami KP (tylko że nie – ta identyfikacja jest, hmm, wyssana z palca – AK).

 

 3. KP bał się nie tylko o swoje prawo po posiadania niewolników, ale i o to, że Żydzi go nienawidzą, jako że był przez żonę spokrewniony z Herodem; obawiał się, że nienawidzący pamięci Heroda Żydzi zrobią na niego zamach. KP miał paru synów, wśród nich Ariusza Kalpurniusza Pizona (co prawda historia o nim milczy, no ale nie powstrzyma nas to w drodze do prawdy – AK).

 

CZĘŚĆ II

 

1. Pizonowie postanowili zadziałać metodą „klin klinem” i skopiować od Żydów ideę świętej księgi, tyle że napisać ją tak, żeby gwarantowała niewolnictwo i wieczną władzę Rzymian, w tym w szczególności rodu Pizonów.

 

2. Wynajęli do pomocy starego kumpla Senekę i jego bratanka Persjusza (tylko że nie, krewnym Seneki był inny poeta tej epoki, skądinąd kumpel Persjusza, Lukan), po czym przy ich pomocy napisali Ewangelię wg Marka, a ściślej mówiąc – jej pierwszą wersję.

 

3. Niestety, o pięknym planie zwiedziała się sympatyzująca z judaizmem  cesarzowa Sabina Poppea i kazała mężowi coś z tym zrobić. Ergo, Neron wymyślił spisek Pizonów i pozbył się części konspiratorów (dobra, tak zwany spisek Pizonów rzeczywiście miał miejsce, choć chodziło jakby trochę o co innego – AK).

 

CZĘŚĆ III

 

1. Jednakowoż, część Pizonów przeżyła. Syn Lucjusza Ariusz (nie ma takiego w historii – AK) celowo sprowokował wybuch wojny w Judei w roku 66 n.e., żeby zniszczyć Świątynię w zemście za brak wiary Żydów w sfabrykowaną przez jego tatusia historyjkę (TYLKO ŻE NIE – AK).

 

2. W tzw. międzyczasie Pizonowie podrzucili Neronowi kreta, w postaci niewolnika Epafrodyta, który cesarza w końcu zamordował (to skomplikowane; Epafrodyt był wyzwoleńcem Nerona, to on miał pomóc w jego samobójstwie, za następnego reżimu zrobił karierę – AK).

 

3. Do konspiracji włączono wtedy rzymskiego generała Wespazjana; w tym czasie Ariusz Kalpurniusz Pizo zdążył już napisać Ewangelię wg Mateusza, nową wersję Ewangelii wg Marka i Ewangelię wg Łukasza. Każda postać, której imię zawierają litery P, I, S i O (a szczególnie wszystkie postacie imieniem Ioseph-Józef) to alter ego autora. Najważniejsze alter ego autora to Jezus Chrystus, choć w jego imieniu nie ma ani P, ani O. Ciekawe, co nie?

 

CZĘŚĆ IV

 

1. Następnie kolesie wymyślili Pawła z Tarsu. 2. Następnie, co jeszcze zabawniejsze, ci sami kolesie wymyślili Józefa Flawiusza (jedną z najlepiej biograficznie udokumentowanych postaci literatury greckiej tych czasów – AK). 3. Podsumowując tę część rozważań: po śmierci starszego Pizona z rąk Nerona, jego syn ucieka, ukrywa się przed ludźmi i przez 73 lata pisze kanon Nowego Testamentu i corpus dzieł Józefa Flawiusza. Przy Ewangelii wg Łukasza pomaga mu Pliniusz Młodszy.

 

Panowie w dziele tworzenia nowej świętej księgi nie byli sami. Pomagali im także i inni autorzy. I tak kolejne dzieła (współ)tworzyli:

 

1. List do Hebrajczyków – Flawiusz Arrian (!), zwany też Appianem (!), wnuk Pizona (!) (Arrian to jedna osoba, Appian – inna, pochodzili z różnych krain, po obu zostały pisma, żaden nie był z rodu Pizonów – AK)

 

2. Pisma św. Ignacego – Pliniusz Młodszy (no comments – AK)

 

3. Septuagintę – Ariusz Pizon (YEAH, całą – AK)

 

4. Liczne pisma ojców kościoła, w tym Pasterza Hermasa, Didache, Męczeństwo św. Polikarpa oraz na dodatek traktat o wyprawie Aleksandra Wlk. do Indii, 24 tomy historii Rzymu i pisma nieistniejącego  Epikteta – Flawiusz Arrian Appian (Flawiusz Arrian faktycznie napisał pismo o wyprawie Aleksandra i pomógł spisać dzieła swego mistrza Epikteta; Appian z Aleksandrii faktycznie napisał pismo o dziejach Rzymu – AK).

 

CZĘŚĆ VI

 

1. NT jest pełen tajnych numerycznych kodów, które kodują Pizonów (6 stron objaśnień); najważniejsze z magicznych liczb to 60 (=KP), 14 (=KP) i 16 (=, dla odmiany, KP). 

 

2. Ekskurs – The Number of the Beast:  Jeden z synów Ariusza Pizona zdradził rodzinę, pokonał pod pseudonimem ich protegowanego Bar Kochbę i na złość rodowi napisał Apokalipsę. 666 = „Christus Flavius Iosephus”, czyli wszystkie ważne alter ego jego taty w jednym. Tatuś = Szatan, znaczy się.

 

3. Cd. kodów i symboli: Wielbłąd a.k.a Camel (ten od ucha igielnego; sorry, najwyraźniej starożytni Żydzi i Rzymianie, podobnie jak kosmici, chętnie mówią po angielsku) = Kamillus, rzymski wódz, ten od zniszczenia Wejów jakieś 450 lat wcześniej, ni mniej ni więcej. When we reverse the order of the first two letters of „Iosepos” and add the name of that city, the result is „Oy, Veii” (Nie, nie wiem, o co chodzi – AK). Pantera = Jezus, i stąd kot w butach (Nie, dalej nie wiem, o co chodzi; tzn. wiem, o co chodzi z Jezusem i Panterą, nie wiem, co ma do tego Kot w Butach – AK)

 

CZĘŚĆ VII

 

LUDZIE ŚWIADOMI TAJEMNICY AUTORSTWA NT ROBILI DO NIEJ ALUZJE W CAŁEJ PÓŹNIEJSZEJ HISTORII LUDZKOŚCI:

1. Pizon uważał się za nowego Mojżesza i dlatego przedstawiał się jako Minos – i dlatego Henry Fielding w „A Journey from This World to the Next” umieszcza postać imieniem Minus.

 

2. Piso znaczy (nie, nie znaczy – AK) po łacinie „piekarz”… i dlatego Sherlock Holmes mieszka na Baker Street.

 

3… oraz stąd też (choć diabli wiedzą, jak) opowieść o chodzeniu po śladach z okruszków, domku z piernika oraz Jasiu i Małgosi.

 

4. Kalpurniusz kojarzy się z greckim słowem „kolpos” (=łono), stąd: być na łonie Abrahama i  ukochany uczeń spoczywający na łonie Jezusa.

 

CZĘŚĆ VIII

 

1. Żydzi jakoś nie łapali się na projekt Pizonów, ergo trzeba im było ten projekt jakoś zareklamować; stąd idea wymyślenia Pawła, który z prześladowcy staje się wyznawcą.

 

2. W tzw. międzyczasie córka Pizona Phoebe, pod zmienionym imieniem (jako Pompeja Plotyna) zostaje żoną Trajana; ród Pizonów przejmuje władzę nad światem (NARESZCIE – AK; Plotyna z rodem Pizonów rzeczywiście była spokrewniona).

 

3. Projekt nabiera rozmachu: Pliniusz Młodszy zostaje wysłany do Bitynii (!), by zakładać pierwsze kościoły chrześcijańskie (!!); stamtąd jest niedaleko do Pontu, stąd ksywa Poncjusz, potem przypisana Piłatowi. Pizonowie w tym czasie w przebraniach biskupów objeżdżają znany świat, propagując swoje teorie (co się tu w ogóle – AK).

 

4. Nie wszystkim Rzymianom podoba się plan Pizonów. Krytykują go Juwenalis i Marcjalis, ale Pizonowie ich przekupują. Idee Pizonów propagują: protegowany Pizonów, Plutarch, ich nadworny prawnik, Tacyt oraz syn Phoebe z pierwszego małżeństwa, Swetoniusz (NIE; rodzina Swetoniusza pochodziła ze niższej średniej klasy w afrykańskiej Hipponie, Plotyna urodziła się jako wysoka arystokratka w Hiszpanii, do tego byli mniej więcej rówieśnikami, on nieco starszy – AK). To on, pod przybranym imieniem, został cesarzem (ale którym?? – AK)

 

5. Zarówno Jezus Chrystus, jak i Józef Flawiusz, to aliasy pana KP. Skąd o tym wiemy:

 

a) czternastoletni Józef lubił się uczyć, a dwunastoletni Jezus rozprawiał z mędrcami w świątyni.

 

b) Józef wysłał delegację do Ekbatany, a Jezus powiedział „Idźcie i nauczajcie”.

 

c) Józef koło trzydziestki się poddał Rzymianom, Jezus zaczął nauczać, mając lat 30

 

d) Józef był kiedyś w Kanie Galilejskiej i Jezus był kiedyś w Kanie Galilejskiej.

 

e) Józef kazał swoim żołnierzom wrócić do domu po trzech dniach czekania, a Jezus po trzech dniach zmartwychwstał.

 

f) Józef był oskarżony o defraudację 20 srebrników, a Judasz sprzedał Jezusa za 30 srebrników.

 

g) Józef uratował przed ukrzyżowaniem trzech swoich ludzi, dwóch zmarło, jeden przeżył; Jezusa ukrzyżowano z dwoma łotrami, oni umarli, on zmartwychwstał.

 

No doprawdy nie rozumiem, jak mogło was to nie przekonać.

 

Już wiemy, że Jezus = Józef Flawiusz. Teraz udowodnimy, że Józef Flawiusz = Pizon. Żywot Flawiusza jest pełen zagadek i nie do końca wiarygodny (to ostatnie to akurat prawda – AK). Józef Flawiusz =  Cestiusz Gallus, ten sam, który prowokuje (tylko że nie – AK) powstanie 66 r. = Cezeniusz Gallus; ten sam, bo też Gallus, historia o nim raczej milczy = Cezeniusz Petus, guberator Syrii; ten sam, bo też Cezeniusz =  Trazea Petus, filozof skazany na śmierć przez Nerona; ten sam, bo też Petus = Kalpurniusz Pizo bo też skazany na śmierć przez Nerona. Wniosek : Jezus = Józef Flawiusz = Kalpurniusz Pizon!

 

Teraz to już na pewno jesteście przekonani.

 

CZĘŚĆ XI

 

W historii świata wielu ludzi zdawało sobie sprawę z istnienia konspiracji Pizonów. Oto kilka przykładów:

 

A) Pizonowie celowo użyli chrześcijaństwa do sprowokowania zagłady Żydów za rządów Trajana i kolejnych cesarzy; rabini i ważni Żydzi zdawali sobie z tego sprawę, dlatego często w różnych miejscach umieszczali aluzje do liczb i liter/słów kluczowych dla Kodu Pizonów; i tak na przykład: „far beyond our poor power to add or detract”, czyli rola litery P jak Piso w „Przemowie gettysburskiej” Lincolna;

 

B) 14 stacji Drogi Krzyzowej ORAZ koncept „sweet sixteen”. Podane razem.

 

C) Hasło „The Power of Positive Thinking” (znowu „litera P”)

 

D) Imiona „Shylock” i „Sherlock”

 

E) GI Joe (?????? – AK?)

 

F) Hugo Gernsback napisał opowiadanie pt. „Ralph 124C41+”

 

G) Książek o Czarodzieju z Oz jest: oryginalnych 14, w sumie 40

 

H) Opowiadań o Sherlocku Holmesie jest 56 + 4 powieści, w sumie 60; a ostatnie słowa w ostatnim tekście brzmią „Some day the true story may be told”.

 

Tak, ja też nie widzę związku.

 

Ponieważ Pizon napełnił NT aluzjami do siebie, dającymi się odczytać przy odrobinie wysiłku, czasami odnosili się do nich także i chrześcijanie i muzułmanie (jedni i drudzy wiedzący doskonale, że wierzą w przydatny humbug i przekonani, że nie ma Boga), szczególnie, jeżeli mogli przy okazji kogoś prześladować. I tak:

 

A) Żydzi musieli nosić w średniowieczu kapelusze, bo tych kapeluszy inicjały (CP, cornutum pileum) były identyczne jak inicjały Pizona (CP, Calpurniusz Piso)

 

B) Litera „P” występuje w nazwie „Concentration CamP” (!!!!)

 

C) W Koranie jest 114 „rozdziałów” [tosię chyba „sura” nazywa,. panie autorze]. Czemu tyle? Bo 100 = KP, 14=60=Kalpurnious Piso!

 

D) Prorok do raju udaje się na cudownym koniu, a koń to aluzja do Pizona.

 

E) CP = Communist Party (aluzja do Pizona!)

 

F) Micwot, czyli przykazań, jest w żydowskiej tradycji 613; a 13 dlatego, że jest to świadome odrzucenie czternastki.

 

EPILOG

 

Nie wiem, jak Wy, ja się czuję całkowicie, no po prostu całkowicie przekonana. Takiej konspiracji to jeszcze świat nie widział. Co więcej – tego JEST WIĘCEJ. Niedługo dostarczę.

 

 

Sezon na grzyby się kończy

Powiedzmy sobie szczerze: dla grzybiarzy to był dobry rok. Bardzo udany.

rydze

Mleczaj świerkowy (Lactarius deterrimus Gröger), z punktu widzenia przeciętnego grzybiarza – forma rydza. Pyszne. Sama zbierałam (zdjęcie też sama zrobiłam).

A ponieważ powoli kończy się sezon, porozmawiajmy o grzybach. Konkretnie – o grzybach w mitologii, historii i kuchni grecko-rzymskiej.

Dla większości starożytników pierwszym skojarzeniem z grzybami będzie historia, jak perfidna Agrypina otruła nimi swojego męża, cesarza Klaudiusza. Klaudiusz miał wyjątkowo cenić sobie potrawy z grzybów. Agrypina, chcąca się pozbyć cesarza, zanim przywróci do łask swego syna Brytanika kosztem pasierba, syna Agrypiny, Nerona, miała wykorzystać okazję i kazać otruć męża podczas uczty. Starożytne źródła sugerują albo domieszkę trujących grzybów do ulubionej potrawy władcy, albo działanie jeszcze bardziej perfidne – zatrucie piórka, służącego do wywoływania wymiotów. Opinia starożytnych historyków dość jednoznacznie za inspiratorkę morderstwa uważała cesarzową, ale w kwestii tego, kto konkretnie wykonał jej rozkazy, była podzielona. Winiono, dość naturalnie, osobistego lekarza Klaudiusza, Greka Gajusza Stertyniusza Ksenofonta; podejrzewano również oficjalnego testera potraw cesarskich, eunucha Halotusa – w końcu on się niczym nie zatruł i żył jeszcze potem dość długo i całkiem szczęśliwie!  Nad całym spiskiem unosił się jeszcze duch rzekomo współodpowiedzialnej Lokusty, słynnej mistrzyni trucizn i właścicielki szkoły dla trucicieli, ulubienicy Nerona (tak, to za z odcinka „The Romans” z Pierwszym Doktorem!).

  Locusta

Anne Tirard jako (mocno komiczna) Lokusta w odcinku The Romans (Doctor Who). Zdjęcie ze strony https://tardis.fandom.com/wiki/Locusta 

Zastanawialiście się, co to za grzyby mógł tak lubić Klaudiusz? Odpowiedź nie jest bardzo trudna, bo w kuchni rzymskiej najczęściej spożywano trzy ich gatunki, z którym co najmniej jeden jest bardzo dobrze znany także z naszych lasów. Mowa oczywiście o borowiku szlachetnym (Boletus edulis)… i tu zaczynają się kłopoty.

Bo, widzicie, dla Rzymian boletus to nasza Amanita caesarea, niewystępujący w Polsce muchomor cesarski. A borowik szlachetny to, hmm, fungus suillus, świński grzybek. Ale nie, nie trufla, do której wyszukiwania także wówczas używano świń – trufla to po łacinie tuber, słowo, które znaczy mniej więcej tyle, co bulwa.

4463

Rzymska mozaika z połowy IV w. n.e., przedstawiająca misę z grzybami. Znaleziona na terenie Rzymu, obecnie w Muzeach Watykańskich. Zdjęcie autorstwa Marka Cartwrighta, oryginalnie stąd

W ogóle z klasyfikowaniem grzybów w Rzymie bywało dość, z naszego punktu widzenia, dziwnie. Zwykle nasi autorzy – głównym źródłem i autorytetem jest tu Pliniusz Młodszy i XXII księga jego Historii naturalnej (rozdziały 92-99) – wymieniają dwa rodzaje grzybów, boleti i fungi/ fungi suilli. Mają też zwykle dość głębokie poczucie, że o tym, czy grzyb jest trujący, decyduje nie tyle jego gatunek (choć, owszem, są świadomi np., że Amanita muscaria jest w swojej świeżej postaci grzybem trującym), co okoliczności i miejsce wzrostu. Jeżeli gdzieś w pobliżu jest jama węża, który mógłby nachuchać na rosnące grzyby swych trującym oddechem, jeżeli w ziemi tkwi, na przykład, kawałek rdzewiejącego żelaza – grzyby będą trujące. Stąd zalecenie, że najlepiej jadać jedynie grzyby zbierane własnoręcznie.

Muchomor ces

Muchomor cesarski (Amanita caesarea), jeden z ulubionych grzybów Rzymian. U nas niestety nie rośnie – trzeba go szukać w cieplejszych rejonach Europy. Zdjęcie na licencji GNU General Public License, oryginalnie stąd

Wiemy już, że jadano w Rzymie borowiki i muchomory cesarskie, a także trufle. W spisie przepisów Apicjusza jest całkiem sporo potraw, w skład których wchodzą grzyby, co nie znaczy, że Rzymianie mieli co do nich jednoznaczną opinię. Typowe polne grzyby uchodziły za pożywienie proste, codzienne – przypisywano je prostym, żyjącym w harmonii z naturą mieszkańcom wsi. Z drugiej strony odpowiednio przyrządzone grzyby, zwłaszcza muchomory cesarskie, uchodziły za drogi, elegancki i podniecający element kuchni – nieprzypadkowo nowobogacki pozer Trymalchion chce posiać w swojej posiadłości ich nasiona (tak, Trymalchion się na niczym nie zna i, jak zwykle, bredzi). Uchodziły za zdrowe i smaczne, a jednocześnie – za groźne i niepewne. Obok konkretnych i  bystro zauważonych faktów – jak na przykład, że grzyby chętnie rosną pod konkretnymi gatunkami drzew, albo że potrzebują sporo wilgoci – istniało cała mnóstwo związanych z nimi wierzeń i przesądów. Miały (zwłaszcza trufle) rosnąć tam, gdzie uderzył piorun Jowisza. Miały, o czym już pisałam, zarażać się trucizną od otoczenia (i dlatego należy je zbierać dopiero, kiedy węże zapadną już w hibernację z powodu chłodu!). Miały mieć cudowne właściwości – nie tylko truć, ale i leczyć zatrucia. Zestaw przesądów – zupełnie jak dzisiaj w naszych czasach, gdzie wokół grzybów również istnieje tego rodzaju mitologia.

DmGzP3lXoAAkR2w

Martwa natura z grzybami (byłyżby to rydze?). Fresk, Herkulanum, I wiek n.e., obecnie w Neapolu. Zdjęcie stąd.

Aha, gdybyście chcieli/chciały wiedzieć: wiele wskazuje na to, że grzyby miały swoją nimfę. Mykene o jasnych warkoczach, córka bogi rzeki Inachosa, założycielka Myken, żona śmiertelnika Arestora i matka jego syna, Argosa (tak, tego od stu oczu!) zawdzięcza swoje imię słowu mykos, grzyb. Byłaby więc, powiedzmy to sobie szczerze, grzybową nimfą. O, taką.

mushroom_nymph___by_nastya3500_d9ddlnn-fullview

Nimfa grzybów, autorstwa użytkowniczki Nastya3500, źródło: DeviantArt

PS. Przeczytajcie fascynujący artykuł Mary Jaeger „BLAME THE BOLETUS? DEMYSTIFYING MUSHROOMS IN LATIN LITERATURE”, dostępny tutaj. Był bardzo przydatny przy pisaniu tej notki.

 

Nikt nie chce słuchać o grzecznych dziewczynkach

Pewnie znajdą się wśród czytelników i czytelniczek osoby, które z podobnym jak ja sentymentem wspominają serial HBO „Rzym” (a zwłaszcza jego pierwszy sezon). Jeżeli tak, to z łatwością rozpoznacie bohaterkę ze zdjęcia: Atię z rodu Juliuszów, matkę Oktawiana i zdecydowanie najbarwniejszą z bohaterek serii. Grana błyskotliwie przez Polly Walker Atia ukazana była w serialu jako nadmiernie ambitna, uparta, gotowa wszelkimi metodami – od uwodzenia przez szantaż po zlecenie zabójstwa – osiągnąć, co chciała, a jednocześnie – potrafiąca niepodziewanie pokazać swoją ludzką stronę.

Atia-Rome_(TV_series)

Polly Walker jako Atia. Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons.
By Rome – HBO.com, Fair use.

Scenarzyści i producenci Rzymu wielokrotnie powtarzali, że ich celem było wykreować świat wiarygodny w kontekście rzymskiej kultury, choć niekoniecznie odzwierciedlający detale historycznej prawdy, gdy chodziło o losy bohaterów, ich pochodzenie czy związki rodzinne.

Postać Atii jest dobrą ilustracją tej koncepcji. W teorii oparta jest na historycznej postaci – biograficznie jej pierwowzorem była Atia Balba Cezonia (zwana też Atia Balba Secunda), która była…. Nie. Obawiam się, że w tym miejscu najpierw potrzebujemy drzewa genealogicznego.

800px-JulioClaudian.svg

Angielska wersja drzewa genealogicznego rodu julijskiego. Ilustracja ze zbiorów Wikimedia Commons, na licencji GNU Free Documentation License  

Dobrze, wiem, że to wygląda dość przerażająco. Spróbujmy jednak wybrać z tej listy raptem kilka postaci i umieścić je na historycznym tle. Od razu też wyjaśnię – zostawiamy na razie na boku kobiety z czasów Oktawiana Augusta i jego następców. Chwilowo zajrzymy głębiej w przeszłość.

Wyobraźmy sobie, że jest połowa lat 80. I wieku p.n.e. W Rzymie trwa dyktatura Lucjusza Korneliusza Sulli. Nie jest to specjalnie dobra wiadomość dla jego politycznych przeciwników: Sulla rozprawia się z nimi raczej bezwzględnie. Wysoko na liście wrogów są przede wszystkim zwolennicy nieżyjącego od 86 r. p.n.e. Gajusza Mariusza, wielkiego rywala Sulli.

Mariusz, o którym pewnie kiedyś będzie okazja powiedzieć więcej, bo był wybitnym reformatorem armii rzymskiej, zostawił po sobie wdowę, Julię. Julia zaś miała dwóch braci: Gajusza i Sekstusa Juliuszów. Cała trójka rodzeństwa należała do rodu julijskiego, a konkretnie do jego gałęzi zwanej po łacinie Iulii Caesares.

Julia i Mariusz mieli jednego syna, Gajusza Mariusza Młodszego, który popełnił samobójstwo jako młody człowiek – pokonany w wojnie domowej przez Sullę, nie chciał wpaść żywy w ręce wroga. Brat Julii, Sekstus, pełnił rozmaite funkcje polityczne i religijne i doczekał się syna, który tę tradycję kontynuował. Trzeci z rodzeństwa, Gajusz,  urodzony około 140 p.n.e., także zajmował się polityką – po Rzymianinie z jego pozycją trudno byłoby spodziewać się czegoś innego. Ożenił się z również pochodzącą z politycznego establishmentu Aurelią Kottą, która urodziła mu (wbrew pozorom, chyba niekoniecznie przez cesarskie cięcie) troje dzieci: dwie córki, Julię Starszą i Julię Młodszą, i syna, zwanego oczywiście, według rzymskich schematów, Gajusz Juliusz Cezar.

Tak, wiem, to jest kolejny Gajusz Juliusz Cezar na tej liście – ale to jest wreszcie ten właściwy. Ten Cezar, którego wszyscy kojarzymy. O, ten.

r22b

Źródło: oficjalna strona Asterixa

 

No dobra, raczej ten:

320px-Gaius_Iulius_Caesar_(Vatican_Museum)

Gajusz Juliusz Cezar, portret z I w. p.n.e., Muzea Watykańskie. Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, domena publiczna.

Myśleliście, że skończyłam być hobbitem i wymieniać kolejne pokolenia w tej genealogii? Otóż nie. Julia Starsza wyszła za mąż, zapewne dwukrotnie, i miała dzieci – jej synowie pojawili się jako dziedzice w testamencie Juliusza Cezara. Julia Młodsza natomiast wydana została za Marka Atiusza Balbusa. Balbus pochodził z ważnej rzymskiej rodziny – jego matką była Pompeja, ciotka Pompejusza Wielkiego, który miał stać się najpierw sojusznikiem, a potem wielkim rywalem Juliusza Cezara.

Julia urodziła Atiuszowi trzy córki. Najstarsza, Atia Balba Prima zapewne zmarła dość młodo. Trzecia i najmłodsza z sióstr, Atia Balba Tertia, jest nam znana głównie z informacji o swoich małżeństwach i dzieciach – historycznie rozpoznawalnych, choć oczywiście nie aż tak, jak dzieci jej średniej siostry, tej która najbardziej nas w tym miejscu interesuje: Atii Balbii Secundy.

Atia_Balba_Caesonia

Atia na szesnastowiecznej rycinie. Wizerunek ze zbiorów Wikimedia Commons, domena publiczna

Atia (jak ją od teraz będę skrótowo określała) wychodziła za mąż dwukrotnie. Pierwszy raz za Gajusza Oktawiusza: niezależnie od złośliwych sugestii późniejszych wrogów Oktawiana nie był on człowiekiem znikąd – należał do politycznego establishmentu, pełnił wysokie funkcje państwowe, a doszedłby pewnie i do wyższych, gdyby nie przedwczesna śmierć. On i Atia zdążyli się jednak doczekać dwójki dzieci: w roku 69 p.n.e. córki Oktawii i sześć lat później syna, Gajusza Oktawiusza, lepiej znanego pod nazwiskiem, które przyjął po adopcji przez ciotecznego dziadka: Caius Julius Caesar Octavianus. W roku 27 p.n.e. senat przyznał mu dodatkowo przydomek w uznaniu zasług dla państwa. Pod nowym nazwiskiem i honorowym przydomkiem – jako Oktawiana Augusta – znamy go dzisiaj.  Po śmierci pierwszego męża Atia wyszła za mąż ponownie, za politycznie niezdecydowanego, ale ewidentnie życzliwego i opiekuńczego Lucjusza Marcjusza Filipa. Nie doczekali się własnych dzieci, ale wszystkie znane źródła podkreślają, że Filip był niezwykle kochającym i troskliwym ojczymem dla Oktawii i Oktawiusza.

Julia żona Mariusza. Aurelia Kotta. Julia Młodsza. Atia. Cztery kobiety z ważnych arystokratycznych rodów, związane pochodzeniem lub małżeństwami z rodziną Juliuszów.

I cztery kobiety, dla których rzymscy pisarze i historycy mieli wyłącznie same superlatywy, gdy chodziło o opinię, jaką się cieszyły, i zdanie, jakie mieli o nich współobywatele i potomni. Julię, wdowę po Mariuszu, zostawił w spokoju nawet serdecznie wrogi jej mężowi Sulla, tak dużym szacunkiem się cieszyła. Kiedy zmarła, jej bratanek Gajusz Juliusz Cezar (tak, ten) wygłosił ku jej czci mowę pochwalną – zapamiętano to wystąpienie jako nie tylko hołd dla zmarłej krewnej i popis oratorskich umiejętności młodego urzędnika, ale i deklarację jego osobistych ambicji: miał wtedy wspomnieć o tym, że ciotka (a więc i on sam) pochodziła z rodu wprost wywodzącego się od bogini Wenus (1).

Venus_Genitrix_N367

Tak zwana Afrodyta z Frejus, w typie Wenus Genetrix – czczonej przez Cezara Wenus rodzicielki, której wystawił również świątynię na Forum. Rzymska kopia greckiego oryginału, obecnie w Luwrze. Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, opublikowane na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported

Aurelia Kotta dożyła siedemdziesięciu kilku lat i epoki wielkich triumfów Cezara. Plutarch opisuje ją jako surową i godną szacunku, idealną rzymską damę. Przez całe życie była dla niego oparciem: to ona osobiście dbała o edukację i wychowanie syna, kiedy stracił pierwszą, ponoć bardzo kochaną, żonę, prowadziła mu dom i pomagała w wychowaniu swojej wnuczki. Co więcej – wspomniana żona Cezara, Kornelia była z rodziny politycznie bardzo wrogiej dyktatorowi Sulli. Kiedy Cezar odmówił rozwiedzenia się z nią na rozkaz Sulli, za co groziły mu poważne konsekwencje (czytaj: kara śmierci, tak poważne), Aurelia zaangażowała całą swoją rodzinę – jeden z wielkich republikańskich rodów – a także znajome westalki w obronę syna.

Julia Młodsza, matka Atii, w zasadzie jest nam znana tylko z genealogii, z list mężów i potomków i z tego, że jej najmłodszy wnuk, raptem dwunastoletni Gajusz Oktawiusz (przyszły August) wygłosił jej mowę pogrzebową (2). Więcej – choć też nie za dużo – źródła mówią nam o jej córce Atii.

Gdyby Atia Balba Secunda miała okazję zerknąć na „swój” wizerunek w serialu Rzym, chyba wypłakałaby wszystkie łzy. No bo jak to? Ta serialowa, nader swobodnie sobie poczynająca skandalistka, uwodzicielka cudzych mężów i własnych klientów, zuchwała i bezwzględna osoba – to ma niby być jej odbicie? Widzicie, Atia uchodziła w swoich czasach za kobietę wyjątkowo pobożną, grzeczną, uprzejmą i cichą. W oczach Plutarcha była idealną matką, przejętą opieką nad dziećmi i ich edukacją. Według wspomnianego greckiego pisarza nikt w jej obecności nie ośmieliłby się powiedzieć ani zrobić nic niewłaściwego, tak wielkim szacunkiem się cieszyła.

Jest, owszem, dość niesamowita historia o Atii, wężu i poczęciu Oktawiana, którą opowiem przy innej okazji, ale ona także potwierdza kluczową cechę Atii, na jaką wskazują rzymscy autorzy: jej pobożność i szacunek dla bogów.

aolympias.jpg

Olimpias i boski wąż, ilustracja z Alixandre le grant, printed in Paris by Michel Le Noir ca. 1507-1520. Domena publiczna. Historia poczęcia Oktawiana przez Apollina w postaci boskiego węża mogłaby być tematem niemal identycznej ryciny (i kiedyś o tym opowiem, obiecuję).

I, widzicie, tak to właśnie jest. Nasze dzisiejsze bohaterki – a także jedna tu celowo pominięta, bo ją zostawiam na inną okazję, czyli córka Atii, Oktawia – uchodziły w swoich czasach za kobiety wzorowe, żyjące tak, że inspirowały innych. To nie znaczy wcale, że jedynie siedziały w domu i przędły wełnę – zachowanie Julii wdowy po Mariuszu i Aurelii Kotty pokazuje wyraźnie, że w ramach, jakie zakreślała im praktyka polityczna republiki rzymskiej, nasze bohaterki potrafiły, kiedy było trzeba, działać skutecznie i energicznie. Juliusz Cezar, jak pisze jeden z badaczy, przez większość życia polegał, jak chodzi o rodzinę, niemal wyłącznie na kobietach.

Kultura późniejsza, zwłaszcza ta popularna, nie zapamiętała ich jednak jako ciekawych czy wartych upamiętnienia. Jeżeli pojawiają się w niej jako bohaterki, zwykle bywają przekształcane, czynione bardziej zbuntowanymi i niegrzecznymi, jak i Atia, i Oktawia w Rzymie. Trochę trudno się dziwić – zrobienie fascynującej powieściowej czy ekranowej bohaterki z kobiety, która operuje w granicach przyjętych w jej kulturze obyczajów, co najwyżej je naginając, jest trudniejsze niż z barwnej postaci buntowniczki, intrygantki, kobiety w nosie mającej wszelkie konwenanse. Atia z Rzymu bardziej przypomina – żadne moje odkrycie, twórcy serialu otwarcie o tym mówili – barwną i kontrowersyjną Klodię Metellusową (o której na tym blogu jeszcze się będzie mówić a mówić!) niż pobożną, budzącą szacunek matkę Oktawiana. I wiecie co? Rozumiem to, ale też chętnie bym zobaczyła, jak (pop)kultura sięga po bohaterki takie jak Julia, Aurelia, Atia. Bo one, choć grzeczne, też mogą być silne, ciekawe i intrygujące.

 

(1) Swetoniusz, Żywoty cezarów I: Juliusz Cezar

(2) Swetoniusz, Żywoty cezarów: August 8:1

 

Warto przeczytać:

Swetoniusz, Żywoty cezarów I: Juliusz Cezar, II: Boski August

Plutarch, Żywoty równoległe: Cezar

Monroe E. Deutsch, „The Women of Caesar’s Family”, The Classical Journal Vol. 13, No. 7 (Apr., 1918), pp. 502-514 (powinno być dostępne tu); artykuł jest stary, ale sensownie sumuje dane i informacje na temat kobiet z rodziny Cezara.

 

Prawdziwa miłość

Słowa-klucze: Rzym, homoseksualizm, puer delicatus, recepcja antyku.
Będzie o romansie męsko-męskim, więc komu nie po drodze z takimi tematami, niech się czuje ostrzeżony.

Hadrian

Takie oto piękne, naprawdę piękne zdjęcie wrzucił Walentynkowo jeden z moich ulubionych okołoantycznych blogów, Following Hadrian, na swoją stronę fejsbukową. A ja sobie pomyślałam: okej, do trzech razy sztuka. Nosiłam się z notką o Antinoosie i Hadrianie z okazji urodzin tego pierwszego, a potem tego drugiego. Nie zdążyłam. I dobrze, teraz będzie okazja.

Mottem dzisiejszej notki powinno być motto bloga: Starożytność to obca planeta. Nie, nie próbuję powiedzieć, że kulturowo nie mamy nic wspólnego z tamtymi czasami, wręcz przeciwnie: dziedziczymy po nich mnóstwo rzeczy, często nawet nie zdając sobie sprawy, skąd biorą się niektóre nasze imiona, historie, przesądy… Natomiast antyk grecko-rzymski bywa przestrzenią z innej planety ze względu na kulturowe różnice między nimi a nami tu i teraz.

Przykład? A proszę bardzo, na zdjęciu powyżej.

W tym tu wpisie chciałabym powiedzieć, z grubsza, o dwóch różnych i rozdzielnych sprawach. Jedną jest fakt, zupełnie mnie nie dziwiący, że pary niehetero też chcą mieć swoje mity i opowieści o miłościach idealnych, tragicznych, ponad grób, wzniosłych, niezwykłych. W tym kontekście gloryfikacja historii o romansie cesarza-intelektualisty z urodziwym młodzieńcem z Bitynii, o tragicznej śmierci tego drugiego i rozpaczy pierwszego zupełnie nie zaskakuje jako powracający przez wieki model homoseksualnej fascynacji i miłości. Bo pewnie, happy endy i historie o tym, że żyli długo i szczęśliwie są życiowo znacznie lepsze, ale miłosne tragedie też mają swoją kulturową nośność (z klasycznych tragedii miłosnych wystarczy wspomnieć Romea i Julię czy Tristana i Izoldę).

285px-0024MAN-Antinous

Antinoos z Patras, obecnie w Muzeum Narodowym w Atenach. Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, autor: Ricardo André Frantz, użyte na podstawie licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported

Przez długie wieki europejskiej kultury Antinoos – podobnie jak Ganimedes – używany był jako symbol homoerotycznej pasji i fascynacji. Jego legendarna uroda, tragiczne losy, a także, niebagatelnie, fakt, że dzięki ubóstwieniu go przez Hadriana po roku 130 n.e. wykonano ogromną ilość jego portretów, z których sporo zachowało się do dziś, sprawiły, że pojawiał się, zwłaszcza od XVIII wieku, nader często w kontekstach kulturowych kodujących homoseksualne pożądanie  (lub mówiących o nim otwartym tekstem). Od aluzji i wzmianek u postaci mniej lub bardziej otwarcie homoseksualnych intelektualistów europejskich, od Fryderyka Wielkiego po Oscara Wilde’a, przez użycie jego postaci jako powszechnie czytelnego kodu w kulturze (popatrzcie np. na dziewiętnastowieczną karykaturę – często można w niej znaleźć wizualne odwołania do postaci Antinoosa w powiązaniu z sugestią homoseksualnej orientacji karykaturowanego), po literackie odniesienia w twórczości Rilkego, wspomnianego Wilde’a, Pessoi, po, wreszcie, klasyczną powieść Marguerite Yourcenar  – Antinoos kojarzony jest wprost z erotyczną męsko-męską fascynacją.

 

Trailer do opery Hadrian Rufusa Wainwrighta z librettem Daniela McIvora (prapremiera Toronto 2018). W wizji Wainwrighta (skądinąd jednego z moich ulubionych popularnych muzyków) historia Hadriana i Antinoosa też jest, oczywiście, przede wszystkim opowieścią o miłości i pożądaniu (i perfidii, jak to w operze, ale to osobna sprawa)

Opowieść o Hadrianie i Antinoosie czytana dziś jako historia wielkiej wzajemnej miłości między dwoma mężczyznami zupełnie więc nie dziwi – i ma swoje znaczące miejsce w historii europejskiej kultury. Natomiast – hmm, spróbujmy przyjrzeć się jej rzymskim realiom i umieścić je we współczesnym kontekście.

Hadrian urodził się w roku 76 n.e., kiedy więc – zapewne około 123 n.e. – spotkał Antinoosa, miał jakieś czterdzieści siedem lat. Antinoos, urodzony wedle wszelkiego prawdopodobieństwa w 111 n.e., miał dwanaście. Jeżeli, jak twierdzi większość biografii, Antinoos został kochankiem cesarza około roku 128, to miał wtedy lat mniej więcej siedemnaście, a Hadrian – pięćdziesiąt dwa. Ta data wiąże się głównie z faktem, że to wtedy Antinoos, w orszaku cesarza, wyruszył z nim na objazd prowincji cesarskich. Nie bardzo są na to inne dowody – pierwsza wzmianka o Antinoosie jest wiersza z roku 130 n.e., można ewentualnie coś tam wnioskować z tak zwanego Obelisku Antinoosa (o którym kiedy indziej), ale znajdująca się tam fraza jest niejasna i niewiele mówiąca (wyrósł na pięknego młodzieńca).

Antinous_Pio-Clementino_Inv256_n3

Antinoos jako Dionizos-Ozyrys, Muzea Watykańskie. Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, domena publiczna.

I teraz tak. Drodzy czytelnicy nie siedzący za bardzo w tematyce antycznej, zamierzam wam powiedzieć rzecz dla współczesnego człowieka raczej nieprzyjemną. Biorąc pod uwagę greckie i rzymskie podejście do erotycznej fascynacji młodzieńcami i męskiej urody, siedemnaście lat to już całkiem, całkiem sporo; statystycznie Antinoos miał spore szanse zostać kochankiem Hadrian w wieku znacznie młodszym i tak, te dwanaście-trzynaście to jest mniej więcej kulturowa norma. Pierwszym problemem z punktu widzenia współczesnego odbiorcy – bo, że powtórzę, nie Rzymian! – byłaby więc bardzo duża różnica wieku i co najmniej młodzieńczy wiek Antinoosa.

Zaraz zaraz, zapytacie, to Rzymianie nie mieli określonego wieku zgody na stosunki seksualne? No trochę jakby miewali, w różnych epokach; wiązał się on jednak nie tylko i nie tyle z wiekiem, co z wiekiem plus pozycją społeczną. Zostawmy na boku kwestie republikańskiego prawodawstwa i istnienia/ właściwego znaczenia słabo nm dziś znanej (nie zachował się tekst, a tylko wzmianki na jej temat) ustawy zwanej lex Scantinia z roku 149 p.n.e., która regulowała – albo nie – kwestię penalizacji stosunków seksualnych z wolno urodzonymi nieletnimi młodzieńcami i/lub pozycję obywateli, którzy w homoseksualnej relacji przyjmowali bierną…

Okej, rozpędziłam się. Mam wrażenie, że zapomniałam powiedzieć o jednej bardzo istotnej rzeczy, która – choć oczywista dla badaczy starożytności – dla współczesnego człowieka też jest dziś z innej planety. Otóż tak, Rzymianie mieli swoje przekonania na temat tego, jakie formy seksu/ z kim uprawiane są nie w porządku. Zasadniczo w całości jest to temat na zupełnie inni wpis, ale jedno warto podkreślić: podział na akceptowalne/ nieakceptowalne NIE przebiegał wobec tego, jakiej płci osobę bierzemy za partnera. Znajdował się w innym miejscu –  a mianowicie dotyczył kwestii, jaką rolę przyjmujemy w seksie, bierną czy czynną. Bierna była okej – dla kobiet, niewolników, wyzwoleńców, ale, o ile wiemy, nie dla mężczyzn i młodzieńców wolno urodzonych. Oczywiście, nadejście cesarstwa wiele zmieniło w sposobie postrzegania przez Rzymian tego, co wolno, a czego nie wolno (zwłaszcza princepsowi, i to też jest temat na odrębną notkę), ale poczucie, że dla dorosłego wolnego mężczyzny bycie biernym partnerem seksualnym by(wa)ło (1) problematyczne, pozostało.

Status społeczny Antinoosa jest niepewny: źródeł pisanych na jego temat w ogóle jest niewiele, sporo z nich to naturalnie niechętne mu (jako nowemu ogłoszonemu przez ekskochanka bogu) pisma chrześcijańskie. Według tych źródeł Antinoos był albo Grekiem, albo Bityńczykiem, wolnym, niewolnikiem albo wyzwoleńcem.  U autorów chrześcijańskich pojawia się nawet sugestia, że był eunuchem – byłaby to jadowita ironia losu, zważywszy, że to Hadrian wprowadził prawo zakazujące kastracji zarówno wolnych mężczyzn, jak i wyzwoleńców i niewolników.

Kontrowersję wokół Antinoosa – eunucha zostawiam sobie na kiedy indziej – pewnie na notkę o jego śmierci, bo wbrew pozorom akurat tam ta kwestia byłaby nie bez znaczenia; jak blog dotrwa do października, to obiecuję taką notkę.

800px-Warren_Cup_BM_GR_1999.4-26.1_n2

Strona B tak zwanego Pucharu Warrena (którego autentyczność, zaznaczam od razu, bywa czasem poddawana w wątpliwość, choć artykuł Luki Giulianiego z 2015 roku wydaje się rozstrzygać większość wątpliwości na rzecz autentycznego pochodzenia tego obiektu z cesarskiego Rzymu). Srebrne naczynie, obecnie w British Museum, przedstawia dwie sceny miłosne między młodzieńcami a mężczyznami, „grecką” (A) i „rzymską” (B). Chłopiec w tej scenie to właśnie puer delicatus. Zwróćcie uwagę na jego wiek i różnicę wieku między nim a mężczyzną.
Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, domena publiczna.

 

Niezależnie od wszystkiego, Antinoosa, w społecznym kontekście, najlepiej pewnie byłoby nazwać puer delicatus, słodki chłopiec, tłumacząc swobodnie. Kim jest taki puer delicatus? Ano, kochankiem pana; często bardzo młodym; często niewolnikiem. Nawet jeśli nie, to osobą życiowo od pana zależną. Możemy sobie do woli czytać poezję, w której rzymscy autorzy (jak na przykład Tibullus) skarżą się, że popadli w niewolę u ukochanych, że młodzieniec trzyma jego życie w swoich aksamitnych dłoniach etc. etc. etc. Wiadomo, że to gra i literacki topos, z realną życiową sytuacją mający niewiele wspólnego. A realna sytuacja jest taka, że puer delicatus nie ma za bardzo szans wypowiedzenia się w kwestii takiej relacji: jego raczej nikt o zgodę na seks z panem/ zamożnym klientem, jeśli mówimy o chłopcu zatrudnionym w seksbiznesie, nie pytał.

No i mamy drugi problem, kompletnie nieistotny z punktu widzenia rzymskiej moralności, mocno kłopotliwy dla nas. Bo seks bez zgody drugiej strony to gwałt, prawda?

Nie wiemy tak naprawdę, co Antinoos czuł do Hadriana, choć znamy, oczywiście, uczucia Hadriana, widoczne i w żałobie po Antinoosie, w tym – w towarzyszących jej gestach zakładania miast, wyroczni etc. ku czci chłopca, jak i w uczynieniu go bogiem. Co możemy powiedzieć? Niewiele, i chętnie bym to sobie zostawiła na osobną notkę, pewnie tę o śmierci Antinoosa. Na razie jednak podsumujmy: jak życzliwie byśmy nie rekonstruowali tej historii, pozostaje ona akceptowalna dla Rzymian, natomiast z naszej perspektywy nie bardzo nadaje się na opowieść o wielkiej, wzajemnej miłości.

Pamiętniki

A jak już mowa o recepcji – w odróżnieniu od wielu innych postaci antyku, Hadrian i Antinoos doczekali się, jako bohaterowie, naprawdę znakomitej powieści – i to, jak widać, dostępnej po polsku. Polecam serdecznie. Zdjęcie z archiwum allegro.pl

A teraz, zataczając kółko i wracając do początku: nie zmienia to faktu, że relacja między cesarzem a jego nastoletnim kochankiem stała się ważnym kulturowo modelem homoseksualnego romansu. Z recepcją motywów (nie tylko antycznych) tak zwykle jest: tak naprawdę w pewnym momencie szczegóły modelu stają się nieistotne, a kluczowym okazuje się to, co dalsze kultury wybrały jako warte przekazania. Niewiele osób byłoby dziś skłonne postrzegać Prometeusza jako zawziętego, zarozumiałego i pełnego pychy typa, który nie godzi się z tym, że władza nad światem się zmieniła i nie sprawują jej już jego bliscy krewni – a taki obraz jak najbardziej da się ze źródeł wyczytać. Nie, my w nim widzimy nadludzkiego, mesjańskiego herosa, dobrowolnie cierpiącego za to, że był dobry dla ludzi. Po prostu motyw po przetworzeniu i recepcji zasadniczo różni się od tego zastanego, z miliona powodów, o których też pewnie kiedyś napiszę. I tak samo jest z Hadrianem i Antinoosem: kolejne pokolenia twórców widziały w nich przecież przede wszystkim historię o miłości młodego mężczyzny do ukochanego, o tęsknocie i żałobie. Te dwie opinie – to, jak byśmy dziś taki związek postrzegali i to, jaką on kulturową rolę odgrywa(ł), wbrew wszelkim pozorom nie są sprzeczne.

(1) Eva Cantarella, badaczka rzymskiej seksualności, postawiła tezę, że ta opinia znacząco osłabia się od czasów Cezara i Augusta, ze względu na popularne pogłoski dotyczące ich obu; znowu, temat raczej na osobny wpis niż rozwijanie tutaj 🙂

 

Warto przeczytać:

Royston Lambert, Beloved and God: The Story of Hadrian and Antinous, London 1984

Sarah Waters, „The Most Famous Fairy in History. Antinous and Homosexual Fantasy”, Journal of the History of Sexuality, Vol. 6, No. 2 (Oct., 1995), pp. 194-230

Eva Cantarella, Bisexuality in the Ancient Word, Yale University Press, New Haven 1992

Luca Giuliani, „Der Warren-Kelch im British Museum. Eine Revision”, Zeitschrift für Ideengeschichte, IX, no. 3: 89–110, 2015