Gniewko i jego rodzina

No serio, Gniewko. Nijak nie chce być inaczej. Sami zobaczcie.

[Eurykleja] (…) poznała natychmiast
Bliznę; zadał ją niegdyś dzik białym kłem Odysowi
Kiedy ten przybył pod Parnas, do Autolikosa godnego,
co spośród wszystkich śmiertelnych najlepszy był w sztuce złodziejskiej.
Dar ten otrzymał od bogów, od samego Hermesa,
Któremu na ołtarzach właściwe spalał ofiary,
Uda koziołków i jagniąt; przyjaźnią więc bóg go obdarzał.
Przybył zobaczyć niemowlę, małego synka swej córki.
Po kolacji piastunka Eurykleja na dziadka kolanach
Położyła chłopczyka i tak rzekła: Autolikosie,
Pora, byś nadał imię dziecku dziecka twojego
ukochanego; od dawna ten ród się modlił o syna.
Tymi słowami odparł Autolikos czcigodnej piastunce:
Zięciu i ty, córko miła, takie mu imię nadajcie:
Ja na tym świecie gniew wielu mężczyzn na siebie ściągnąłem
I licznych kobiet. Niech więc mój wnuk nazywa się Odys Gniewko.
[Odyseja XIX, 393 – 409, przekład własny wysoce niedoskonały]

Autor Odysei odwołuje się tu do popularnej (choć nie jedynej możliwej) etymologii imienia swojego tytułowego bohatera – łączy imię z ὀδυσσάμενος [odyssamenos] formą czasownika ὀδύσσομαι [odyssomai], oznaczającego nienawidzić, być rozgniewanym. No Gniewko, przecież, jako żywo.

No i to właśnie Gniewko vel, mówiąc poważnie, Odyseusz, będzie bohaterem kilku najbliższych moich wpisów. Znaczy, jeśli uda mi się wytrwać w postanowieniu pisania w miarę regularnie, a jak wskazuje historia moich blogów, różnie mi to idzie.

Zacznę, jak by zrobił porządny antyczny biograf, od genealogii. A konkretnie: od headcanonu w kwestii genealogii.

Pierre-Narcisse Guérin, Odyseusz rozpznany przez Eurykleję; ilustracja stąd

W historii Odyseusza jest tak, jak w wielu, wielu innych postaci mitycznych: twórcy antyczni mają mnóstwo wariantów tego, skąd się ci bohaterowie wzięli. Stąd frustrująco duża ilość pojawiających się wariacji genealogicznych, pomysłów na pochodzenie i imiona rodziców, dziadków i kuzynów trzeciego stopnia. Nie inaczej jest z Odysem. I teraz tak: gdyby to był tekst naukowy, powinnam zdecydować się na pójście za którąś z tradycji i konsekwentnie się jej trzymać – albo homerycka, albo ta z Hyginusa, albo może podpowiedzi Owidiusza? Tutaj nie muszę tego robić i zresztą wcale nie chcę – dobieram z istniejących w źródłach wersji te, które wydają mi się najciekawsze i najlepiej pasują do tego, jak sobie naszego bohatera wyobrażam.

Ponieważ te genealogiczne spekulacje okazały się znacznie obszerniejsze, niż się spodziewałam – dzisiaj przyjrzymy się jedynie genealogii matki Odyseusza, Antiklei. O historii jego ojca, Laertesa, napiszę następnym razem.

Moja ulubiona genealogia Odyseusza byłaby więc taka:

ZE STRONY MATKI

[PRADZIADEK] Hermes, bóg złodziei + [PRABABKA] królewna Chione –> [DZIADEK] Autolikos

Hermesa przedstawiać nie trzeba, bo to jeden z bogów powszechnie kojarzonych – także jako Hermes Dolios, Podstępny, patron złodziei. Tu zwrócę tylko uwagę na jeden fakt: grecki Hermes jest dość modelowym tricksterem, jak Loki czy afrykańsko-karaibski Anansi. Popatrzcie choćby na ten numer, który jako niemowlę robi Apollinowi, kradnąc mu krowy!

Historia ateńskiej królewny Chione w oczach współczesnych czytających nie przynosi chwały ani Hermesowi, ani Apollinowi. Obaj mianowicie zadurzyli się w tej samej dziewczynie: Chione (Śnieżce), córce Dajdaliona, syna Lucyfera.

Serio, syna Lucyfera, tylko że tego grecko-rzymskiego. Lucifer, a po grecku Phoshoros, to bóg świtu, co oznacza jego imię (Niosący światłość), syn najbardziej kochliwej z klasycznych bogiń, Eos / Aurory, różanopalcej bogini świtu. Dajdalion nie wdał się w ojca, w tym sensie, że interesowało go nie niebo, a ziemia, a konkretnie – wojna. Doczekał się córki, która urodą dorównywała boginiom – i to, jak zwykle w mitach, ściągnęło na nią nieszczęście.
W Chione zadurzyli się mianowicie dwaj bogowie naraz i zaczęli się ścigać, który zdobędzie (współcześnie byśmy zdecydowanie powiedzieli: zgwałci) ją pierwszy. Wygrał Hermes, który pogrążył dziewczynę w głębokim śnie; kiedy się zbudziła, nawiedził ją Apollo, biorąc przykład z tatusia i przybierając cudzą postać – w tym przypadku starszej kobiety. W wyniku tego dnia Chione zaszła w ciążę, i to bliźniaczą, i po dziewięciu miesiącach urodziła dwóch synów – przyszłego wybitnego muzyka i inicjatora misteriów, syna Apollina, Filammona, i przyszłego króla złodziei, Autolikosa, który, jak nietrudno się domyślić, za tatusia miał Hermesa.

Autolikos, którego imię oznacza „Sam Wilk”, a który zamieszkiwał w górach Parnasu, był mistrzem i wynalazcą złodziejskiej sztuki, cieszącym się, jak widać z przytoczonego powyżej homeryckiego passusu, sporym szacunkiem, ale i dużą niechęcią ze strony licznych osób płci dowolnej. Wspomniane imię sugeruje jednak jeszcze jedną umiejętność – czyżby Autolikos był wilkołakiem?
Mógł być, bo kultura grecka doskonale zna ideę zmiennokształtności – za moment będzie o tym trochę więcej – a i wilk odgrywa w niej znaczącą rolę, jako zwierzę związane między innymi z Apollinem. Nie jest też tak, że tradycja antycznej Grecji nie zna koncepcji likantropii – istnieją związane z Arkadią narracje o efebach (młodych mężczyznach, już nie chłopcach, ale jeszcze nie w pełni członkach społeczeństwa) przemieniających się w wilki podczas rytuału obejmującego m.in. antropofagię (kanibalizm). Wydarzenia te miały mieć miejsce na świętach zwanych Lykaia, a mających miejsce na górze zwanej Lykaion – obie te nazwy wyraźnie przywodzą na myśl słowo lykos, wilk. Patronem tamtejszego kultu był nominalnie Zeus z przydomkiem Lykaios, ale częściej przywoływano innego boga z tym samym przydomkiem, a mianowicie – Apollina.

Apollo był bogiem, którego związki z wilkiem są wyraźne i niepodważalne. Wilki towarzyszą zarówno matce boga, Latonie, jak i samemu Apollinowi – identyfikują go zresztą właśnie jako boga młodzieńców. To Apollo opiekuje się tą niebezpieczną fazą życia młodego mężczyzny, kiedy ten nie jest już dzieckiem, ale jeszcze nie stał się mężczyzną w sensie społecznych oczekiwań i wymagań, jakie się mężczyznom stawia: jeszcze nie dla niego dorosłe obowiązki, małżeństwo, udział w życiu publicznym. Ten okres w życiu młodych ludzi w społeczeństwach wywodzących się ze wspólnego indoeuropejskiego pnia kulturowego bywa często kojarzony właśnie z wilkiem: dzikość i spryt tego zwierzęcia stanowi model dla chłopców, którzy mają za zadanie żyć, w tym okresie, jak wilki, często utrzymując się z rabunków i posuwając do oszustwa, podstępów i walki nie fair, czyli wszystkiego tego, co zostanie im zakazane, kiedy wejdą w społeczność dorosłych. Kóryos, czyli grupa, w której żyli, pozostawał, jak oni sami, na marginesie społeczności, w liminalnej sferze związanej ze śmiercią i cieniem, ale także – z przemocą.

Ale co to wszystko ma wspólnego z Autolikosem? Wracamy tu do idei lykantropii i do tego, czy dziadek Odysa był wilkołakiem. Może nie był wilkołakiem jako takim, tylko przywódcą takich właśnie wilków? Albo, już jako dorosły, tym, który w tego typu praktykach pełnił rolę wprowadzającego / inicjującego / opiekuna? W końcu Odyseusz jako bardzo młody człowiek przyjechał do niego, żeby zapolować z dziadkiem i wujami na dzika.

Polowanie na dzika w indoeuropejskiej tradycji to coś znacznie więcej niż zwykłe łowy dla zdobycia żywności. Udane polowanie na to konkretne zwierzę uznawano za dowód dorosłości – chłopak, któremu się to udało, przestawał być dzieciakiem, a stawał się dorosłym mężczyzną. Mamy wiele historii związanych z takimi łowami – najbardziej znany mit w greckiej sferze kulturowej to oczywiście polowanie na dzika kalidońskiego, gdzie łączą się różne opowieści, ale są i takie mniej oczywiste: popatrzmy na Adonisa, który umiera podczas nieudanego polowania na dzika (i pozostaje wiecznym młodzieńcem we władaniu dwóch bogiń, Afrodyty i Persefony), Tezeusza, który pokonuje dziką Faję, potworną maciorę (i zostaje herosem), na Heraklesa, któremu jako jedna z prac przypada walka z dzikiem z Erymantu – a wychodząc poza Grecję, na losy Culhwcha w walijskiej i Diarmuida w irlandzkiej tradycji mitologicznej.

Dzik na rzymskiej mozaice z St. Romain-en-Gal

Kręcimy się wokół tego Autolikosa w kółko, ale wiele wskazuje, że te poszlaki, które nas prowadzą po skomplikowanej, meandrującej drodze interpretacji jego postaci, wiodą w kierunku historii człowieka, którego doświadczenie życiowe i pochodzenie pozwala na przeprowadzanie młodzieńców przez okres bycia „wilkiem” i wprowadzaniu ich, skutecznie, w dorosłość.

Przejdźmy jednak w końcu do drugiej strony genealogii matki Odysa i zastanówmy się tym razem nad matką jego matki. Tu też z możliwych genealogii wybrałam naprawdę niezwykłą postać. O ile bowiem ojciec Antiklei był królem złodziei i być może wilkołakiem, o tyle jej matka była najprawdziwszą con artist.

[PRADZIADEK] Erysichthon, król, który zjadł sam siebie + [PRABABKA] nieznana z imienia żona króla –> [BABKA] Mestra, zmiennokształtna con artist o złotym sercu

Zaczęło się od pradziadka. Pradziadek Odysa, dziadek Antiklei to w mojej wybranej genealogii Erysichthon. Urodziła go – znowu według wybranej przeze mnie wersji, wariantów jest kilka – Hiscilla, córka znanego nam już z tego bloga oryginalnego Ant-Mana, Myrmidona. Ojcem Erysichthona był, według większości wersji, Triopas, książę Tesalii, który solidnie naraził się Demeter. Co zrobił? Ano, w geniuszu swoim kazał zburzyć świątynię bogini, by wykorzystać materiały budowlane przy stawianiu własnego domu. Demeter się wściekła, zesłała na niego węże , które doprowadziły Triopasa do obłędu, a w końcu przemieniła go w gwiazdozbiór Wężownika (1).

Zdjęcia autorstwa Stephane’a Guisarda, zrobione z obserwatorium w Cerro Paranal. Droga Mleczna, po prawej widoczna gwiazda podwójna Ro Ophiuchi w gwiazdozbiorze Wężownika. Źródło: Wikipedia

Myślałby kto, że doświadczenia tatusia coś nauczą syna, prawda? No więc nie za bardzo. Jeden z synów Triopasa, Erysichthon, powtórzył błąd ojca niemal kropka w kropkę – tyle że nie zburzył świątyni Demeter, a wyciął drzewa, których bogini zabroniła mu ruszać. A konkretnie, jak nam mówi Owidiusz, wyciął należący do bogini dąb, obwieszony wotami ku czci Demeter. Kiedy słudzy króla odmówili ścięcia drzewa, wściekły na to złamanie swoich rozkazów Erysichthon porwał siekierę i sam wyciął dąb. Zabił przy tym mieszkankę-patronkę drzewa, hamadriadę – a to, razem ze złamaniem boskiego zakazu, doprowadziło z kolei do wściekłości Demeter.

Demeter w wielu retellingach mitów wygląda na łagodną i opiekuńczą, wręcz nadopiekuńczą, ale nie dajcie się zmylić – ona nie na darmo nosi przydomek Demeter Erinys, Demeter-Erynia, łączący ją z boginiami zemsty i sprawiedliwości. Erysichthon szybko się przekonał, że podpaść bogini-patronce jedzenia. Demeter tym razem nie patyczkowała się z wężami – zesłała na butnego króla Loimos, córkę Eris, boginię głodu i głodowej śmierci. Od tej pory Erysichthon nie zaznał spokoju. Najpierw zjadł należące do siebie bydło i konie, potem zaczął wyprzedawać majątek, by kupić jedzenie, a następnie postanowił sprzedać w niewolę swoją jedyną córkę, Mestrę.

Johann Wilhelm Baur, Erysichthon sprzedaje Mestrę, I poł. XVII wieku;ilustracja stanowi część serii przedstawiającej epizody z Metamorfoz Owidiusza

Nie znamy imienia żony Erysichthona, ale Mestra albo odziedziczyła po niej pewien szczególny dar, jaki posiadała, albo dostała go od swego kochanka, Posejdona. Mestra mianowicie była zmiennokształtną, i to taką, na której przemiany nie wymusza księżyc, pora dnia czy inne warunki. Mestra przybierała dowolną postać wtedy, kiedy chciała.

Choć kochany ojczulek bezlitośnie sprzedał ją w niewolę, Mestra, po ucieczce, postanowiła mu pomóc. Przyjmowała więc różne postacie – raz cennej krowy, raz drogiej klaczy – i dawała się sprzedać, żeby ojciec miał na jedzenie. Po tym, jak zapłata wylądowała już bezpiecznie w rękach Erysichthona, królewna wykorzystywała pierwszą dobrą okazję, by zmienić postać – na przykład, wyobraźmy sobie, na mrówkę – i uciec.

Niestety (albo -stety), nawet pomoc Mestry nie pomogła i Erysichthon, dręczony przez Loimos, w końcu pożarł sam siebie (nie pytajcie mnie, jak mu się to udało). Mestra została sama – w mojej wersji tej opowieści nadal utrzymując się ze sztuki oszustwa – i zapewne gdzieś wtedy poznała króla złodziei, Autolikosa…

(1) U Kallimacha w Hymnie do Demeter jest inna wersja, w której Triopas nie podpadł bogini i widzimy go, jak z przerażeniem patrzy na swojego syna dosłownie przejadającego rodzinny majątek, w scence, która jest bardziej komiczna niż dramatyczna 🙂

Do poczytania: naukowy tekst o polowaniu na dzika jako rytuale przejścia

Smutne bóstwa

Dziś Światowy Dzień Walki z Depresją.

Wiem, że wiele bliskich mi osób walczy z tą paskudną i groźną chorobą, wiele też cierpi na bliskie jej dolegliwości: stany lękowe, anhedonię, wszelkiego rodzaju nawracające smutki, zaburzenia afektywne. To paskudztwo jest naprawdę częste, a i musiało towarzyszyć nam od zawsze, bo gdzieś na marginesie greckiego świata przewija się postać, która jest w zasadzie personifikacją depresji – Achlys.

Achlys, córka Nocy, jest jednocześnie – patrząc na słownikowe znaczenie wyrazu ἀχλύς , -ύος – ciemną mgłą wieczorną, czymś, co zasnuwa oczy człowiekowi załamanemu, zszokowanemu albo umierającemu oraz wszechogarniającym smutkiem. Tak oto opisuje ją poeta (może Hezjod, może jakiś jego naśladowca) w poemacie Tarcza Heraklesa:

Obok zaś stała Achlys, ponura i smutna bogini,
Blada i wychudzona, na nogach chwiejąca się z głodu.
Stawy miała spuchnięte, paznokcie długie jak szpony,
z nosa ciekła jej ropa, a z podrapanych policzków
krew kapała na ziemię. Twarz Achlys grymas wykrzywiał.
Łupież, wszy i brud znaczyły ramiona bogini,
twarz miała mokrą od łez.
[przekład własny, roboczy, mam wrażenie, że nie pierwszy w moim życiu]

πὰρ δ᾽ Ἀχλὺς εἱστήκει ἐπισμυγερή τε καὶ αἰνή,
χλωρὴ ἀυσταλέη λιμῷ καταπεπτηυῖα,
γουνοπαχής, μακροὶ δ᾽ ὄνυχες χείρεσσιν ὑπῆσαν
τῆς ἐκ μὲν ῥινῶν μύξαι ῥέον, ἐκ δὲ παρειῶν
αἷμ᾽ ἀπελείβετ᾽ ἔραζ᾽: ἣ δ᾽ ἄπλητον σεσαρυῖα
εἱστήκει, πολλὴ δὲ κόνις κατενήνοθεν ὤμους,
δάκρυσι μυδαλέη.[Pseudo-Hezjod, „Tarcza Heraklesa”, 264 – 70]

Achlys, odbierająca ofierze apetyt, chęć do życia, zdrowie i troskę o siebie córka Nocy, Grekom jasno kojarzyła się z rozpaczliwym stanem ogarniętego permanentnym przygnębieniem człowieka. U Ajschylosa w Eumenidach towarzyszy Eryniom i przynosi czarną rozpacz, ten sam tragik mówi w dramacie Persowie o Στυγία (…) τις (..) ἀχλὺς [Stygija tis achlys], jakiejś rozpaczy stygijskiej, czyli ponurej jak zaświaty, która spadła na perskich starców po klęsce wojsk Kserksesa w Grecji i śmierci młodego pokolenia perskich wojowników. Historyk Kasjusz Dion prawie 800 lat później każe swoim bohaterom (a konkretnie Cyceronowi) zastanawiać się i dyskutować nad sposobami na usunięcie z duszy achlys – jako sposoby częściowo pomagające wymieniane są piękne słowa oraz filozofia, jakże zaskakująco. Inni grecki pisarz epoki cesarstwa, Plutarch, pisze o czarnych myślach pełnych achlys.

Jako potomkini pierwotnej bogini Nyx (Nocy), Achlys ma wiele wspólnego z Kerami, czarnymi boginiami śmierci przedstawianymi jako drapieżne, pożerające ciała poległych w bitwie i rozszarpujące ludzi ptaszyska. O Kerach – które przywodzą na myśl irlandzkie boginie Morrigan i Badb Catha – pewnie napiszę kiedyś osobno, bo są one ważne zwłaszcza dla epiki, a ja ostatnio siedzę po uszy w lekturach około-homeryckich.

Bliskie Achlys są również inne personifikacje smutku i żałoby – Ania [Rozpacz], Lype [Ból, Cierpienie] i Achos (Cierpienie, ale przede wszystkim psychiczne, emocjonalne), znane zbiorczo jako Algea, Cierpienia, a będące również potomstwem Nocy. Zapewne podobnie jest w przypadku bogini-personifikacji imieniem Amechania – dla starożytnych była ona towarzyszką swoich sióstr Biedy (Penia) i Żebraniny (Ptocheja), ale jej obszar działania jest, niestety, znacznie szerszy i wtedy, i teraz – Amechania to, zgodnie ze swoim imieniem, personifikacja bezsilności i niemożności zrobienia czegoś ze swoim życiem… Amechania jest prawie identyczna w charakterze jak inna podobna personifikacja, Aporia (Niemożność). Zobaczcie zresztą, jak piękną metaforę depresji i walki z nią daje bajka Ezopa o Heraklesie.

Pewnego razu otóż Herakles spotkał na swojej drodze coś. To coś blokowało mu drogę, walnął więc w coś maczugą. Coś natychmiast urosło dwa razy. Uderzył znów, i znowu urosło, blokując całą drogę. Nie wiedział, co zrobić, póki nie pojawiła się jego mądra protektorka, Atena. „To Aporia, Heraklesie”, powiedziała, „i jej towarzyszka Eris, Kłótnia. Kiedy ją atakujesz siłą, rośnie. W ten sposób nie zdołasz ich pokonać”.

Podobna do Achlys jako personifikacja depresyjnego smutku jest też inna bogini rozpaczy, Ojzys, opisana przez Hezjoda niestety mniej dokładnie. Ojzys i Achlys są rodzonymi siostrami, córkami Nocy.

Niestety, starożytni nie pozostawili nam wizerunków bóstw smutku. Zamiast tego wrzucam link do znakomitego, moim zdaniem, rysunku użytkownika Ulfhedinart. Przypomina on, jako żywo, Hezjodową Achlys.

Nimfy od cuchnącej wody

Dzisiejsza notka zaczyna się od książeczki. O, tej.

Okładka

Od lat mam w domu (albo kupiony w Atenach, albo otrzymany od przyjaciółki, nie pamiętam) niewielki tomik z bilingwicznym wydaniem (klasyczna greka / współczesna greka) wyboru z epiki hellenistycznej. Książeczka ta stała do tej pory na półce i czekała na swój czas. Zdjęłam ją, szukając czego innego, po czym zaczęłam przeglądać i znalazłam bardzo sympatyczny epigramat. Napisała go w IV/III w. p.n.e. poetka Mojro z Bizancjum (1), ceniona przez starożytnych, ale nam znana tylko z kilku niewielkich fragmentów (oraz jako matka innego wybitnego poety i uczonego, Homera z Bizancjum – nie mylić z pierwszym Homerem, którego dzieła nasz drugi Homer badał w Bibliotece Aleksandryjskiej!).

Mojro była autorką kilku utworów, wymienianych przez pisarzy starożytnych i zachowanych w małych kawałeczkach. Na pewno napisała poemat epicki zatytułowany Mnemosyne, z którego zachowało się kilka wersów, objaśniających mit o Plejadach. Z innego jej dzieła, Klątwy (Ἀραί) też przetrwały tylko przypadkowe urywki. Z jej twórczości znamy więc głównie epigramaty – krótkie okazjonalne wiersze, z których parę znalazło się w ogromnej kolekcji, znanej dziś jako Antologia Palatyńska. Tam właśnie, pod numerem 189 w księdze szóstej, znajdujemy wiersz Mojro:

Νύμφαι Ἀνιγριάδες, ποταμοῦ κόραι, αἵ τάδε βένθη
ἀμβρόσιαι, ροδέοις στείβετε πόσσιν ἀεί
χαίρετε καὶ σῴζοιτε Κλεώνυυμον, ὃς τάδε καλὰ
εἲσαθ’ ὑπαὶ πιτύων ὒμμι, θεαὶ, ξόανα.

O Anigriady, nimfy, boginie, strumienia córki,
głębia ta świetnie zna waszych różanych stóp ślad!
Bądźcie nam pozdrowione, a Kleonimosa uleczcie:
W gaju sosnowym to on posągi wystawił wam. [przekł. AK, roboczy]

No i nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła grzebać, o co chodziło z Kleonimosem i nimfami.

Anigriady (albo Anigridy, z taką wersją ich imienia też się spotkamy w źródłach) to potamidy, czyli nimfy rzeczne, córki bogów rzek, wnuczki zaś – wielkich bóstw wodnych, Okeanosa i Tethys. Matki naszych Anigriad nie znamy, ale wiemy, kto był ich ojcem.

W Elidzie, krainie geograficznej w zachodniej części Peloponezu, płynie niewielka rzeka Anigros. A raczej płynęła – dziś w tym miejscu znajduje się naturalnie powstałe niewielkie jezioro Kajafa (rosyjska Wikipedia jako jedyna podaje informację, że jezioro powstało po II w. n.e. – logiczne, pisarze z wcześniejszych czasów kompletnie o nim nie wspominają, wzmiankują tylko rzekę, choć Strabon już w I w. n.e. pisze, że rozlewa się ona w szerokie, bagniste i cuchnące mokradła).

Widok na jezioro Kajafa. Autor: Antoniosandrean, opublikowane na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International 

Jak wszystkie rzeki, Anigros też miał swoje bóstwo. Możemy domniemywać, że w wyobraźni Greków Anigros-bóg wyglądał jak większość bogów rzek: jak dojrzały mężczyzna, być może z rogami, na pewno ukazywany z naczyniami na wodę.

W każdym razie, rzeka Anigros i jej bóg mieli pewną, hmmm, specyficzną cechę. Tak o to pisze o niej grecki podróżnik i pisarz Pauzaniasz w swoim Przewodniku po Helladzie:

Sądzę, że rzeka Anigros zawdzięcza swój ohydny zapach ziemi, przez którą przepływa jej woda, podobnie jak ma to miejsce w przypadku wód w Jonii, których smród jest zabójczy dla człowieka. Niektórzy z Greków natomiast twierdzą, że to Chejron, albo według innych centaur Pylenor, zraniony strzałą Heraklesa, uciekł i w tej rzece obmył rany z jadu; od trucizny Hydry wody Anigrosu nabrały odrażającego zapachu. Jeszcze inni z kolei uważają, że to Melampos syn Amanthyona wrzucił w tym miejscu do wody to, czego użył w obrzędach oczyszczających Projtydy i że to z tej przyczyny ucierpiała woda Anigrosu. [Pauzaniasz, Wędrówka 5. 5. 10, przekł. roboczy AK].

Mamy tu cały zestaw mitów do wyboru. Ten o centaurach obmywających w wodzie rany, zadane strzałami Heraklesa (umoczonymi, jak wiemy, w jadzie Hydry) jest uzasadniony geograficznie: niedaleko mianowicie znajduje się góra Lapithas, gdzie wedle części wersji mitycznych miała rozegrać się walka mężczyzn z miejscowego plemienia Lapitów z centaurami (inne lokalizują tę walkę na Pelionie).

Góra Lapithas i jezioro Kajafa. Zdjęcie z domeny publicznej.

A o co chodzi z Projtydami?

Wspomniany tu Melampos syn Amathyona, jeden z wielkich greckich wieszczów, o którym wiemy mniej, niż byśmy chcieli – u Homera i w resztkach epiki cyklicznej są ślady ogromnego znaczenia tej postaci – powinien doczekać się osobnej notki, a to ze względu na towarzyszące mu liczne a zabawne lub fascynująco ciekawe anegdoty. Teraz wspomnę tylko o jednej ze związanych z nim historii.

Melampos i jego ukochany brat Bias pozostali bez królestwa i wcale im się to nie podobało. Melampos uznał więc, że zdobędzie władzę nad jakimś terenem, wykorzystując swoje zdolności wieszcza i uzdrowiciela.

Tymczasem trzy córki króla Projtosa nieoczekiwanie wpadły w szaleństwo i… A nie. Może od początku.

Trzy córki króla. Problem w tym, że różne źródła podają różne wersje ich imion. Na przykład Lysippe, Ifinoe i Ifianassa. Albo Lysippe, Hipponoe i Kyrianassa. No chyba że od początku było ich dwie, Elege i Kelajne?

Jak by się nie nazywały, trzy (a może dwie?) Projtydy były córkami króla Argos Projtosa. On sam wywodził się z rodu skoligaconego z mnóstwem herosów. Był wnukiem Hypermnestry, jedynej z Danaid, która nie zabiła męża; sam zaś był stryjem Perseusza – Danae, matka herosa, była bratanicą Projtosa, córką jego jedynego brata Akrizjosa. Tak, wiem, że wiecie, że kocham mitologiczne genealogie i że to bywa męczące XD.

Projtydy miały matkę, oczywiście; w większości wersji jest nią Steneboja, która fatalnie zapisała się w historii innego herosa, Bellerofonta (usiłowała go uwieść jak biblijna żona Putyfara – Józefa i równie fałszywie go potem oskarżyła). Albo z okazji win mamusi, albo ponieważ same obraziły bogów (nie uczciły Dionizosa? Albo Hery? Ukradły złoto zdobiące posąg bogini?) Projtydy zostały opanowane niszczycielskim, morderczym szałem.

I dalej było jak w znanych baśniach: król obiecał pół (a konkretniej jedną trzecią) królestwa (i po negocjacjach dorzucił rękę królewny) za uleczenie córek. Melampos i Bias zebrali grupę ludzi i popędzili oszalałe dziewczyny ku miastu Sykion. Po drodze jedna z nich, Ifinoe, umarła z wyczerpania. Dwie pozostałe jednak Melampos uzdrowił. On i jego brat poślubili siostry i każdy z nich otrzymał we władanie jedną trzecią królestwa Projtosa.

Co takiego Melampos mógł wrzucić do wody, co zatruło jej zapach? Nie wiemy. Grecy używali przy rytualnych oczyszczeniach różnych substancji, najczęściej krwi, ale czego mógł użyć półbóg? Pewnie trzeba będzie napisać o tym osobno.

Akropolis miescowości Samiko. By Morikanos – Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=51292480

A wracając do naszych nimf i ich posągów. Anigriady miały swoje własne miejsce kultu: jaskinię w pobliżu miejscowości Samiko na wybrzeżu Elidy. Tam zajmowały się tym, w czym, jako potamidy, były specjalistkami, a mianowicie – leczeniem.

Cuchnące wody Anigrosu uchodziły bowiem w starożytności za szczególnie cenne w leczeniu problemów skórnych. Jak pisze geograf Strabon (I w. p.n.e./ I w. n.e.), osoby chorujące na trąd i inne schorzenia identyfikowane przez starożytnych jako związane ze skórą odbywały pielgrzymki do groty Anigiriad, obiecywały im odpowiednią ofiarę, a następnie przecierały chorobowo zmienione miejsca wodą. Później zaś należało przepłynąć się w rzece Anigros – jej wody zmywały chorobę i zostawała ona w rzecznym, cuchnącym mule, człowiek zaś wychodził uzdrowiony.

To by wyjaśniało historię naszego Kleonimosa. Prośba o ocalenie / uleczenie oznacza, że zapewne sam cierpiał na jakieś przypadłości, z których mogły go uleczyć Anigriady. Ponieważ przy okazji wystawił nimfom posągi (ksoana), musiał być zarówno zamożny, jak i zdesperowany.

Ale co to właściwie znaczy, „wystawił posągi”? Greka używa tu słowa εἵσατο [hejsato], dosłownie „usadowił”. Jest to forma aorystu medii (czas przeszły dokonany strony zwrotnej) od czasownika ἵζω [hidzo], usadzić. W tej konkretnej formie jednak jest to termin techniczny związany z religią grecką, oznaczający „zbudował/-a, dedykował/-a świątynię, posąg albo miejsce kultu”.

Innymi słowy, nasz pacjent wystawił nimfom w sosnowym gaju kultowe posągi. Co to takiego jest mianowicie ksoanon? Jest to otóż drewniany (później często rekonstruowany w marmurze) posąg bóstwa, w postaci słupa z głową i ewentualnie rękami. Prawdopodobnie była to pierwotna forma kultowych posągów w Grecji. Takim ksoanonem był np. znany z Iliady Palladion, archaiczne przedstawienie Ateny. Podobnie było w przypadku Artemidy Efeskiej: zachowane rzymskie marmurowe kopie są prawdopodobnie wersjami pierwotnego ksoanonu bogini.  

Artemida (Diana) z Efezu, osiemnastowieczna grafika na podstawie zachowanych rzymskich kopii

Innymi słowy, pacjent ufundował nimfom kult, a poetka napisała o tym wiersz. Albo nie było żadnego pacjenta, a poetka napisała wiersz o czymś, co się mogło zdarzyć – tego rodzaju fundacje dla bóstw są bardzo częste w Grecji.

Sosna alepska (Pinus halepensis) w pobliżu Sunion w Grecji. Autor zdjęcia: C messier. Licencja CC BY-SA 4.0

Jedno jest pewne. W okolicy jeziora Kajafa do dziś istnieją ciepłe źródła, a teren uchodzi za uzdrowiskowy. Okolica szczyci się też swoimi pięknymi lasami sosny alepskiej (Pinus halepensis). Starożytnym nimfom powinno podobać się w tym rejonie.

(1) Hmmm. Skoro grecka Σαπφώ [Sapfo] to po polsku Safona, Λητώ [Leto] – Latona, a Γοργώ [Gorgo] – Gorgona, to może i poetka Μοιρώ [Mojro] powinna być Mojrona?

Dobre rady na święta

W grudniu – a konkretnie pod koniec grudnia – Rzymianie obchodzili Saturnalia, ważne święto ku czci Saturna (greckiego Kronosa), boga związanego w Rzymie głównie z obfitością i spokojem. Z okazji tych świąt Lukian z Samosat (II w. n.e.), syryjsko-grecko-rzymski pisarz i satyryk, ma dla nas kilka dobrych rad, jak świętować. Specjalnie na tę okazję nasz pisarz przywdziewa maskę kapłana i udaje się na rozmowę z samym bogiem. Oto rady Saturna dotyczące zimowego świętowania.

Saturn w zimowym płaszczu (ale boso, bo jest bogiem). Fresk z Domu Dioskurów w Pompejach, obecnie w Museo Archeologico Nazionale w Neapolu. Zdjęcie: wikipedia

Kronos: Cała ta moja parada siedem trwa dni i gdy ten termin minie, zaraz prywatną staję się figurą (…). [w ciągu tych dni wolno] tylko pić, hulać, wrzeszczeć, figlować, grać w kości, królów biesiady wybierać, niewolników fetować, klaskać drżącymi dłońmi, czasem z obliczem sadzą usmarowanym w zimnej z głową dać się zanurzyć wodzie. [Lukian, Saturnalia, 4, przeł. Michał Konstanty Bogucki]

Następnie bóg obfitości proponuje nam trzy główne prawa, dotyczące świętowania w Saturnalia.

Ogród z choinką 🙂 (fresk z podziemnej sali jadalnej w willi Liwii (Prima Porta), I w. p.n.e., obecnie w Palazzo Massimo alle Terme (Rzym)

Pierwsze prawo Saturnaliów:

Niechaj nikt żadnej ani publicznej, ani prywatnej sprawy w te święta nie załatwia, oprócz rzeczy zabawę mających na celu, hulankę, wesołość. Kucharze jedynie i cukiernicy winni być zajęci! Niech równe przysługują prawa wszystkim: niewolnikom i wolnym, biednym i bogatym! Gniewać się, miotać, grozić – wzbronione! (…) Niech nikt w czasie świąt ani sreber, ani szat swych nie kontroluje, ani gimnastyki w Kronia ( = Saturnalia) nie uprawia, ani wymową niech się nie para.

Drugie prawo Saturnaliów:

[Bogacze] mają trzymać w gotowości mniej więcej dziesiątą część dochodów, z garderoby rzeczy zbędne, sprzęty i znaczniejszą liczbę sreber. Dzień przed uroczystością mają zarządzić ofiarę oczyszczalną (…). Podzieliwszy te rzeczy, niech je przed zachodem słońca poślą przyjaciołom (…). Uczonym należy dwa razy tyle wszystkiego posłać – zasługują oni na podwójne porcje. (…) Niech bogacze zapłacą długi za ubogich przyjaciół, a także czynsz za tych, co są winni, a uiścić go nie mogą. W ogóle mają się w pierwszym rzędzie dowiedzieć, czego szczególnie potrzebują (…) Jako dar w zamian niech pośle biedny bogaczowi, jeśli jest wykształcony, starą książkę treści wesołej, albo biesiadniczą, lub przez siebie samego napisaną broszurkę.

Trzecie prawo Saturnaliów – zasady ucztowania:

Wykąpać się, skoro cień wskazówki na zegarze słonecznym będzie miał sześć stóp. Przed kąpielą zagrać w kostki o orzechy. Niech każdy się położy [na uczcie], gdzie Los zdarzy: stanowisko, ród, bogactwa nie dają prawa do pierwszeństwa. Niech wszyscy piją to samo wino (…). Porcje mięsa mają być równe dla wszystkich. (…) Kielichy niech postawione będą rozmaite. Niech wolno będzie wznosić toast, jeśli kto ma ochotę. (…) Nie zmuszać do picia, gdy kto pić nie może. Na biesiadę tancerza albo lutnisty początkującego niech nie będzie wolno sprowadzić. Żarty dozwolone, ale niedokuczliwe. Na zakończenie – gra w kości o orzechy. Gdyby ktoś o pieniądze grał, nie dać mu na drugi dzień nic jeść. I zostać na miejscu, i wyjść niech będzie wolno każdemu, kiedy zechce.

Sosna. (fresk z podziemnej sali jadalnej w willi Liwii (Prima Porta), I w. p.n.e., obecnie w Palazzo Massimo alle Terme (Rzym)

Przyznacie, że te rady: odpoczywajmy, nie bądźmy dla siebie nawzajem wredni, traktujmy się sprawiedliwie, pozwólmy każdemu jeść i pić tyle, ile chce, bez zmuszania, dajmy sobie nawzajem przestrzeń, będąc razem, a szykując prezenty, pamiętajmy o potrzebach zarówno przyjaciół, jak i tych osób ubogich, którym możemy jakoś pomóc (a przy okazji prezentów – zrecyklować coś, co nam już niepotrzebne) – brzmią jak przepis na całkiem przyjemne święta. No i nie zapominajmy o podwójnych prezentach dla uczonych, oni na pewno na nie zasłużyli!

Wesołych Świąt wszystkim!

Śnieżna góra boga zmarłych

Chyba najbardziej znany opis zimy w łacińskiej literaturze zawdzięczamy, a jakże, Horacemu. W pieśni dziewiątej z księgi pierwszej tak oto opisał zimowy widok (przekład własny – AK)

Spójrz! Połyskuje w głębokich śniegach szczyt
Sorakte. Ciężar zimy przytłacza las,
gałęzie skrzypią, mróz aż trzaska.  
Rzeki zamarły, skute lodem.

Roztop to zimno: dołóż do ognia drew,
I nie oszczędzaj! Szczodrze w puchary  wlej,
Mój Taliarchu, czyste wino,
Z dzbanków sabińskich o dwóch uchach.

A całą resztę bogom w opiekę dać
trzeba. Już ucichł z ich woli wściekły szkwał
i walka wichrów, a cyprysy
I stary jesion tkwią bez ruchu.

Co jutro przyjdzie, to już nie nasza rzecz
Pytać, nie nasza martwić się o te dni
Które da los. Ciesz się miłością,
Mój chłopcze, z tańców nie rezygnuj,

nim nad twą głową nie zawisł jeszcze cień
Gorzkiej siwizny. Teraz jest właśnie czas
Ćwiczyć się w walce, a pod wieczór
 W ciemności szeptać czułe słówka.

Ukrytą w kącie dziewczynę zdradzi śmiech
Słodki. Tej nocy od niej pamiątkę weź,
Z ramienia zdjętą albo z palca
Co się opiera dla zabawy.

Soracte, choć bez śniegu. Zdjęcie zreprodukowane z bloga Let it snow! 5 must-visit winter landmarks in Latium – Kappa Language School Blog

Soracte (dziś Monte Soratte), cała w śniegu, to jest jeden z tych obrazów z poezji łacińskiej, który się zwykle pamięta nawet po jednorazowej lekturze – wizja lodowatej pogody, która zmroziła rzeki i pokryła świat warstwą śniegu tak grubą, że jęczą i skrzypią pod jej ciężarem gałęzie leśnych drzew, jest daleka od tego, co wyobrażalibyśmy sobie, myśląc o italskiej zimie.

Soracte, góra, którą wspomina w swojej pieśni Horacy, to najwyższy szczyt w okolicach Rzymu – liczy raptem jakieś plus minus siedemset metrów n.p.m., ale wygląda imponująco, zwłaszcza że jest górą samotną, wyrastającą wśród równiny. A z zimą kojarzyła się starożytnym nie bez przyczyny.

Jean-Baptiste-Camille Corot, Monte Soratte widziana z miejscowości Civita Castellana, szkic, 1827; źródło: strona miasta Civita Castellana

Soracte mianowicie była siedzibą kultu Ojca Soranusa – dość tajemniczego boga, czczonego oryginalnie przede wszystkim przez mieszkających w pobliżu góry Falisków. Faliskowie, lud spokrewniony językowo z Rzymianami, a kulturowo pozostający pod mocnym wpływem Etrusków, zostali w końcu, mimo zawziętego oporu, podbici przez Rzym – proces ten ostatecznie zakończył się podczas pierwszej wojny punickiej, kiedy Rzymianie stłumili bunt Falisków i ostatecznie złamali opór podbitego już wcześniej ludu. Związki Falisków z Etruskami okażą się znaczące w kontekście Soranusa.

Moneta z głową Apollina i wizerunkiem wilka. Rhegium, II w. p.n.e. (Rutter, HN, 2562)

W rzymskich źródłach bóg ten pojawia się jako identyfikowany z dwoma klasycznymi bóstwami. Najczęstsze skojarzenie to Soranus Apollo – jak w najstarszym źródle wspominającym Soranusa, którym jest Wergiliuszowa Eneida (I w. p.n.e.); w poemacie tym (XI, 784), gdzie jeden z bohaterów, pochodzący z okolic Soracte Arruns, modli się słowami summe deum, sancti custos Soractis Apollo, „świętej Sorakte z bogów największy strażniku, Apollo”! (przekład własny – AK). Taka sama identyfikacja pojawia się i u innych starożytnych pisarzy.

Druga wersja identyfikacji Soranusa, tym razem w jednym z najobszerniejszych źródeł – komentarzu Serwiusza do Eneidy – zakłada z kolei, że Soranus jest bóstwem, odpowiadającym takim postaciom, jak Dis Pater czy Pluton. W tej wersji byłby on więc władcą zaświatów, odpowiednikiem greckiego Hadesa.

Hades (Dis Pater, Pluton) i Persefona (Prozerpina). Tablica wotywna z Lokrów (Kalabria, ale miejscowość grecka), obecnie w muzeum w Reggio di Calabria. Źródło: wikipedia

Soranus miał w miasteczkach położonych w okolicy Soracte – dziś te tereny administracyjnie należą do miasta stołecznego Rzym, ale w starożytności, zwłaszcza na początku rzymskich podbojów, te czterdzieści pięć kilometrów od centrum miasta to była całkiem spora odległość i leżały tu odrębne miasteczka – swoje specjalne kapłańskie bractwo. Kapłanów tych – byli to mężczyźni, pochodzący z konkretnych, zwykle arystokratycznych, rodzin z okolicy – zwano Hirpi Sorani, co w jezyku falijskim oznacza wilki Soranusa albo, jak twierdzą niektórzy językoznawcy, wilki z Soracte. Raz w roku prezydowali oni bardzo specyficznemu, lokalnemu kultowi. Zimą na górze wznoszono stos z suchego drewna (u Wergiliusza – sosnowego, ale nie wiemy, czy rzeczywiście były to gałęzie i pnie poświęconej Kybele sosny, czy też poecie po prostu pasowały one metrycznie i stylistycznie), które następnie podpalano. Gdy ognisko się wypaliło, kapłani-wilcy zdejmowali buty i bosymi stopami spacerowali po gorącym żarze, nie odnosząc żadnych ran ani kontuzji.

Skąd się ta, kojarząca się z legendami o fakirach, tradycja wzięła? Wspomniany wcześniej komentarz Serwiusza do Eneidy opowiada nam szalenie ciekawą historię. Pewnego dnia mianowicie pasący stada na górskich łąkach Soracte pasterze składali ofiarę ku czci Plutona – bowiem, jak przypomina Serwiusz, szczyt ten dis manibus consecratus est, „poświęcony jest bóstwom podziemnym” – kiedy do ognia podbiegły wilki i porwały  część wrzuconych na ofiarę zwierzęcych wnętrzności. Pasterze rzucili się za nimi w pogoń, chcąc pozabijać złodziei, ale nie zdołali. Wilki zawiodły ich prosto do jaskini, w której się ukryły, a z której nagle wydobyła się chmura trującego gazu, natychmiast zabijając ścigających z wyjątkiem paru. Miejscowi, gdy to odkryli, zrozumieli, że wilki nie były zwykłymi zwierzętami, ale wysłannikami bogów, i od tej pory wyznaczyli spośród siebie grupę kapłanów, którzy mieli przebłagać bogów za ten atak na ich posłańców, przyjmując wilczy tryb życia, czyli, jak pisze nasz autor, żyć z rabunku.

Nie jest do końca jasne, co ma autor na myśli, gdy chodzi o to ostatnie, ale jedno wydaje się pewne – obecność wilka w kulcie na Soracte ma na pewno związek z chtonicznymi i boskimi konotacjami tego zwierzęcia. Dla Greków (a Faliskowie, przez wpływy etruskie, nie byli od kultury greckiej odcięci) wilk to święte zwierzę Apollina, kojarzone z jego matką (o Latonie jako wilczej bogini pewnie kiedyś napiszę osobno) i z nim samym, jako Apollinem Lykajosem, czyli Wilczym. W Rzymie z kolei – no cóż, o roli wilczycy w rzymskiej tradycji chyba nie muszę mówić; z kolei wszelkie opisy omenów i znaków wróżebnych sugerowałyby, że wilk postrzegany jest w religii rzymskiej podobnie, jak w opowieści Serwiusza – jako wysłannik bogów, w tym zwłaszcza Marsa.

Nie ma więc wątpliwości, że góra Soracte widziana była przez Falisków, a po nich – przez Rzymian, jako święta i związana z zaświatami. Poświadcza to także, poniekąd, wczesne powstanie tam miejsc kultu chrześcijańskiego – te nader często lokowano w okolicy kiedyś znanej z religijnych ceremonii pogańskich.

Bogini Feronia na monecie Petroniusza Turpillianusa z czasów augustwoskich. Źródło: wikipedia

Dodajmy jeszcze, że jedno z naszych dość wczesnych źródeł – Geografia Strabona – wskazuje na obecność na górze Soracte kultu innej boskiej postaci. Strabon mianowicie wymienia boginię Feronię – ważne lokalne bóstwo, której kult rozpowszechnił się później w Rzymie. Feronię, której imię może przywodzić na myśl słowo ferus, dziki, kojarzono w Rzymie bądź jako boginię dzikiej natury, pustkowi i natury, bądź jako postać związaną ze żniwami i zbieraniem plonów. Związane z nią mity – jak ten, że jej święty gaj, zniszczony przez pożar, natychmiast z powrotem się zazielenił, kiedy tylko próbowano wynieść z niego posągi bogini, albo że kiedy próbowano zabudować fortyfikacjami teren między jej świątynią a okolicznym miasteczkiem, wszystkie te próby skończyły się niszczeniem kolejnych wież przez piorun – wskazują na konotacje związane z naturą, choć raczej dziką. Co ciekawe, Feronia była także boginią-patronką wyzwoleńców i generalnie wyzwalania z niewoli, a w jej świątyni w miejscowości Terracina wyzwalano niewolników.

I wiecie, myślę, że jak się czyta wiersz Horacego, to ten kontrast (tam jest skuta lodem, spowita śniegiem góra boga zmarłych, my tutaj musimy napalić w piecu, napić się wina i dobrze się bawić, póki możemy) nie jest chyba tak całkiem przypadkowy 😊

Do poczytania:
Ciekawy artykuł naukowy na temat Hirpi Sorani:

Mika Rissanen, „The Hirpi Sorani and the wolf cults of Central Italy” Arctos 46 (2012), s. 115–35, do znalezienia tutaj.

Drzewa z zaświata

Przy okazji początku listopada oraz inspirujących zdjęć znajomej autorki postanowiłam napisać wpis o drzewach.  Ale nie o wszystkich, i nie o przypadkowych. O drzewach związanych z zaświatami – tych z ogrodów Hadesa, i tych prowadzących w zaświaty, i tych, które kojarzyły się z dramatyczną śmiercią herosów. Przed nami więc noteczka o topoli, cyprysie, granacie i sośnie.

O topoli była już kiedyś wcześniej mowa, ale zawsze warto przypomnieć sobie pewne fakty.

Populus_alba_branch

Topola biała (Populus alba), zdjęcie użytkownika MPF, na licencji GNU Free Documentation License, Version 1.2

Drzewem najmocniej kojarzonym z zaświatami w greckiej mitologii jest biała topola (gr. λευκή, leukê). Jak wiele roślin mających mityczne znaczenie, biała topola uważana jest za powstałą w wyniku metamorfozy. Imię Leuke nosiła oryginalnie nimfa, a konkretniej – Okeanida, córka Okeanosa i (zapewne) jego małżonki Tethys, boskiej pary patronów pierwotnych wód. Choć może akurat Leuke miała inną matkę? W końcu była nimfą śmiertelną – na tym zasadza się cały jej mit.

Leuke była bowiem pierwszą mityczną ukochaną Hadesa. Władca zaświatów zabrał ją do swego królestwa, chcąc uczynić ją swą małżonką – w końcu jego brat, władca mórz Posejdon, także wziął za żonę morską nimfę (Amfitryta była, w zależności od wersji, albo Nereidą (tak jest m.in. w Teogonii Hezjoda), albo Okeanidą (jak u Apollodora w Bibliotece). Leuke jednak, zgodnie ze swoim śmiertelnym losem, umarła, a zrozpaczony władca zaświatów przemienił ją w drzewo białej topoli, które od tej pory porasta, według mitu, brzegi Acherontu, podziemnej rzeki cierpienia – a także tego Acherontu, który płynie w jak najbardziej realnym greckim świecie, w Epirze, a którego źródła są jednym z najpiękniejszych przyrodniczo miejsc, w jakim zdarzyło mi się być. Grecy wierzyli, że ta rzeka wypływa z zaświatów – rzeczywiście, źródła Acherontu są podziemne, jako że rzeka wypływa z jaskini niedaleko Janiny i jest, jak na Grecję, dość nieludzko zimna. Brzegi obu części Acherontu, tej ludzkiej i tej zaświatowej, miały być porośnięte miłymi bogu zmarłych topolami. To piękne i dające obfity cień drzewo zobaczył kiedyś nad ziemskim Acherontem Herakles i zabrał ze sobą jego sadzonkę do Olimpii, gdzie ustanowił igrzyska ku czci swego ojca Zeusa. Obsadził okolice drzewem, które pozwalało łatwo ukryć się przed słońcem. Może jednak Zeus i Hades dzielili zamiłowanie do białej topoli już wcześniej? W końcu w Elei, greckiej kolonii położonej w dzisiejszej Kampanii na Półwyspie Apenińskim, używano drewna białej topoli w kulcie Zeusa i to z niego rozpalano ognie ofiarne dla króla bogów…

Nootka_Cypress

 Cyprys wiecznie zielony (Cupressus sempervirens), zdjęcie użytkownika MPF, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported

Pamiętacie ten moment w Dziadach, kiedy Gustaw wprowadza do domu Księdza swojego rzekomego towarzysza? Ksiądz i jego dzieci podejrzewają, że to wielka jodłowa gałąź, kojarząca się im z atakiem, z postacią zbójcy. Gustaw wyjaśnia, że to nie tak: że gałąź w rzeczywistości pochodzi z drzewa cyprysu, które, wedle jego słów, symbolizowało w Grecji nieszczęśliwe zakochanie. Gałąź miała mu dać ukochana – choć, zważywszy na rozmiar tej gałęzi, trochę trudno uwierzyć w jej ręką ułamaną gałąź cyprysową, z którą nieszczęsny kochanek od tamtej pory się nie rozstaje… Gdyby chcieć czytać ten fragment kluczem greckiej mitologii – Gustaw przyszedł do Księdza w towarzystwie swojego duchowego bliźniaka.

Drzewo cyprysu, według greckich przekazów mitologicznych, powstało, podobnie jak topola, w wyniku metamorfozy: Apollo przemienił w nie jednego ze swoich kochanków, Kyparissosa (o czym też już kiedyś pisałam).  Kyparissos, piękny śmiertelny młodzieniec, przypadkiem zabił na polowaniu swoje ukochane zwierzę – łanię lub jelonka, w zależności od wersji mitu, jaką czytamy. Wprawiło go to w rozpacz, która nie mijała:

(…) gdy ujrzał, że go [jelenia] zranił śmiertelnie okrutnym grotem, sam zapragnął umrzeć. Jakich to pociech nie skąpił mu Febus [Apollo]! Ileż razy nie napominał, że Kyparissos niepotrzebnie aż tak rozpacza po istocie śmiertelnej! Chłopak jednak ciągle płakał i tylko jedn najwyższy dar błagał bogów: by dali mu płakać na wieki. Wtedy jego ciało, osłabione i bezkrwiste od ciągłego płaczu, zaczęło zabierać zielonej barwy; loki, wiszące nad jasnym czołem, zmieniły się w nastroszoną gęstwinę. Młodzieniec przemienił się w drzewo, wysmukłym szczytem sięgające ku rozgwieżdżonemu niebu. Bóg zaś [Apollo] westchnął i ze smutkiem powiedział: „Zawsze cię będę opłakiwał, tak jak i ty będziesz opłakiwać innych i nieść pociechę cierpiącym”. [Owidiusz, Metamorfozy X, 131-142, przekład roboczy własny].

Kyparissos jest więc symbolem smutku i – chyba można zaryzykować takie stwierdzenie – depresji. Ajtiologiczny mit o pochodzeniu cyprysa wskazuje na typową semantykę tej rośliny: jej skojarzenie ze śmiercią i smutkiem. W Atenach cyprysowymi gałązkami dekorowano domy podczas żałoby, a i do dziś na cmentarzach bardzo często sadzi się cyprysy.

1200px-Flower_of_Pomegranate1

Kwiat granatu (Punica granatum), zdjęcie użytkownika Sanu N, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International

Granat – a właściwie jego owoce – jest może tym drzewem, które najmocniej kojarzy się nam z greckimi zaświatami, a to ze względu na jego rolę w micie o Persefonie. Przypomnijmy: to właśnie fakt, że bogini, czy to z własnej woli, choć nieświadomie (Owidiusz), czy to zwiedziona podstępem (inne źródła), zjadła w zaświatach kilka pesteczek tego owocu, zadecydował o tym, że mamy zimę – a konkretniej o tym, że na trzy zimowe miesiące Kora odchodzi od matki, ze świata żywych, i powraca do męża w podziemnej krainie. Owoce pochodziły z ukochanego sadu Hadesa, którym opiekował się ogrodnik boga zmarłych, Askafalos.

Askafalos był, według mitu, albo jedynym synem Charona, przewoźnika zmarłych, albo dzieckiem boga znanego nam już dobrze Acherontu. Jego matką była Orfne, nimfa ciemnych zaświatowych mgieł, przez niektórych nazywana Gorgyrą (co znaczy „podziemny strumień”, albo, niestety, „rynsztok”), a utożsamiana czasem z potężną podziemną boginią Styks, jedyną kobietą wśród bóstw rzek. Askafalos miał oko na sad swego pana – i to on był świadkiem zjedzenia przez Korę owocu granatu; poświadczył to przed Zeusem i źle się to dla niego skończyło. Według bowiem różnych wersji mitu wściekła Demeter albo przygniotła świadka w Hadesie potężnym kamieniem, albo też przemieniła go w puszczyka (*).

A skąd w ogóle wzięły się drzewa granatu? Ano, też powstały w wyniku metamorfozy. Tym razem ofiarą była Side, żona Oriona. Nierozsądnie ogłosiła, że jest piękniejsza od Hery – i za to właśnie wylądowała w zaświatach, przemieniona w drzewo.

A jak już jesteśmy w ogrodach Hadesa: według Wergiliusza (Eneida VI) w samym środku krainy zmarłych rośnie drzewo wiązu (Ulnus glabra), a pod każdym jego liściem śpi jedno bóstwo snów – lub koszmarów (Oneiros). Gdy przychodzi noc, czarną chmarą zrywają się w powietrze i przez jedną z bram zaświatów wylatują na ziemię, nawiedzać śpiących ludzi…

800px-Flowering_young_pine_cones

Zdjęcie autorstwa użytkownika Oleg Bor, na licencji Creative Commons BY-SA 4.0

Sosny nie są drzewami bezpośrednio związanymi ze światem zmarłych, ale ich pochodzenie, owszem, łączy się z mitem związanym ze śmiercią i (przynajmniej tymczasowym) pobytem w Hadesie. Chodzi tu mianowicie o mit dość zagadkowy i nieoczywisty, a mianowicie – mit o śmierci Attisa. Według jednej z wersji skomplikowanego i niejednolitego mitu o orientalnym, frygijskim pochodzeniu Attis, w ataku zesłanego przez jego boginię-patronkę Kybele szaleństwa, wykastrował się i umarł pod sosną, w którą, jak sugerują niektóre ujęcia mitu, następnie się przemienił:

Sosna, miła Matce Bogów, od kiedy sługa Kybele, Attis, pod nią oddał ostatni ludzki oddech i zastygł w sosnowy pień. [Owidiusz, Metamorfozy X, 103-105, przekład roboczy własny]

Attis – według tego, co wiemy o jego tajemniczych świętach z pewnego rzymskiego kalendarza – po trzech dniach powrócił z zaświatów, cudownie przeistoczony przez żałującą swojego gniewu boginię, ale sosna pozostała drzewem, które kojarzyło się z przemianą, ale i z tragedią.

Różne gatunki sosen mają dodatkowo własne mity. Sosna alepska (Pinus halepensis) i sosna kalabryjska (Pinus brutia) związane są z Posejdonem, i to wielu aspektach – w gajach tych rosnących zwykle nad morzem drzew czczono boga mórz, a wieńcem z sosnowych gałęzi koronowano zwycięzcę igrzysk ku czci Posejdona na Istmie Korynckim. Sosna czarna, w tym – sosna korsykańska (Pinus nigra, w tym subsp. laricio) i pinia (Pinus pinea) wiążą się z, jakże by inaczej, metamorfozą. Tym razem ofiarą była nimfa imieniem Pitys („Sosna”), która wolała przemienić się w drzewo nazwane swoim imieniem niż dać się zgwałcić Panu, bogu natury. Sosny te wyrosły następnie w świętym gaju Pana na peloponeskiej górze Mainalos w Arkadii, skąd bóg pochodził. Inny mit dotyczył z kolei mieszkanek Oichalii. Kiedy ich królewna Dryope porzuciła dom i dołączyła do nimf, mieszkanki miasta rozpuściły o niej różne plotki, sugerując przede wszystkim, że Dryope została przez nimfy uprowadzona przemocą. Nimfy rozgniewało to na tyle, że przemieniły nieszczęsne plotkary w sosny.

Tyle w kwestii kojarzących się z zaświatami drzew. Kwiaty i rośliny zielne to zupełnie osobna historia. Zostawiam Was z mitem o tym, że pierwszy na świecie tojad (Aconitum napellus) wyrósł w miejscu, w które napluł wywleczony przemocą przez Heraklesa z zaświatów Cerber. Ciekawe, czy napluł wszystkimi trzema głowami…

 

 

(*) jakby ktoś chciał przeczytać, to ja kiedyś napisałam małe opowiadanko, w którym Askafalos występuje w niewielkiej roli.

 

Ant-Man jest bogiem

A przynajmniej herosem.

A jak nie Ant-Man, to doktor Pym już na pewno.

Ant-Man

Ant-Man, źródło: Wikipedia za Flickr (autor: vernieman), na licencji CC-BY-20

W Marvelowym uniwersum filmy o Ant-Manie były sympatycznym powiewem codzienności – lżejsze w tonie od sporej części pozostałych produkcji, miały urok często zabawnych historyjek, w których superbohaterami (albo przynajmniej prawdziwymi herosami) zostawali bohaterowie niekoniecznie z elity finansowej lub intelektualnej świata (i niekoniecznie z czystą kartą na policji). Niekoniecznie też głównym postaciom tego filmu da się przypisać mityczne (jak Thorowi et consortes) czy legendarne pochodzenie – i może właśnie dlatego można napisać sobie fajną notkę o zupełnie przypadkowych mitologicznych zbieżnościach między Ant-Manem a pewnym panem. A nawet może całym plemieniem.

Ferdinand_Bol_-_Aegina_wacht_op_de_komst_van_ZeusZeus lubił metamorfozy – tu widzimy go w drodze do kochanki po tym, jak przyjął postać orła z piorunem w dziobie.
Ferdinand Bol, Egina oczekująca nadejścia Zeusa, olej na płótnie, XVII w., dziś w Meininger Museen. Ilustracja z Wikipedii, obraz w domenie publicznej.

 

Zróbmy może, jak nam radzą starożytni autorzy i᾿Εκ Διὸς ἀρχώμεσθα, zacznijmy od Zeusa.

Mniej więcej w klimacie tego, powszechnie krążącego po sieci memu (ja pożyczyłam stąd). Nie całkiem, dodajmy, nieprawdziwego.

What-Causes.jpg

Jesteśmy pewnie i zdecydowanie w obszarze niebieskim, jak łatwo się domyślić – niezależnie od tego, którą wersję historii Myrmidona / Myrmidonów wybierzemy.

Zacznijmy może od pojedynczego Ant-Mana, co? Otóż zaczyna się od faktu, że Zeus się zakochał. W jego (i innych bogów oraz herosów) przypadku oznaczało to, że musiał wybraną osobę zdobyć: gwałtem, przemocą, podstępem i nader rzadko pytając obiekt uczuć o zdanie w tej kwestii (choć, i owszem, takie sytuacje też się zdarzały).

Tym razem wzrok Zeusa padł na Eurymeduzę (o czym mówi nam hellenistyczny mitograf i skądinąd znany geograf Eratostenes w zachowanych w cytatach u innych pisarzy fragmentach swego dzieła). Eurymeduza byłą albo śmiertelniczką, córką Klejtora, króla północnogreckiej krainy zwanej Ftiotydą, albo też nimfą – w tej wersji jej ojcem jest Acheloos, bóg największej greckiej rzeki. Jej imię w każdym razie znaczy „Szeroko znana z mądrości”, „Bardzo mądra”. Zeus nie pofatygował się, żeby z Eyrymeduzą porozmawiać – uciekł się do swojej starej sztuczki i poddał metamorfozie. Tym razem zmienił się w mrówkę i w tej postaci zgwałcił swoją wybrankę.

Tak, ja wiem, że w Internecie jest porno na każdy temat, a starożytni po pierwsze fantazjowali o rozlicznych metamorfozach, po drugie – wierzyli, że w Indiach żyją myrmeki, czyli mrówki, wielkości sporych psów – ale nawet ci starożytni mieli niejaki problem z wyobrażeniem sobie stosunku seksualnego mrówki i kobiety.  Sami Grecy i Rzymianie usiłowali racjonalizować tę historię na różne sposoby. Według jednej z wersji (znanej z pełnego oburzenia opisu bezeceństw bogów w chrześcijańskim dziele pseudo-Klemensa) Zeus nadał mrówczą postać również i Eurymeduzie (co czyni mechanikę tego pomysłu nieco, ale tylko nieco, logiczniejszą). Według innej z kolei opowieści Eurymeduza była jak Alkmena – jako wierną i lojalną żonę można było zdobyć ją jedynie przybierając postać jej małżonka, co też Zeus bez skrupułów uczynił, zamieniając się w rzeczonego męża, niejakiego Myrmeksa (Pana Mrówkę). Tu „mrówka” byłaby więc jedynie ozdobnikiem i skojarzeniem z imieniem.

Niezależnie od tego, jak było, Eurymeduza zaszła w ciążę i wkrótce urodziła syna, któremu nadała imię Myrmidon, Człowiek-Mrówka. Heroiczna kariera Myrmidona wbrew oczekiwaniom nie wygląda jakoś specjalnie… bohatersko. Wiemy o nim głównie, że się ożenił. Wybranką była córka króla Eola (ale nie władcy wiatrów, znanego z Odysei – jego imiennika, herosa-eponima Greków eolskich) i jego żony Enarety. Dziewczyna miała na imię Pejsidike („Posłuszna Sprawiedliwości”) i najwyraźniej stworzyła z Myrmidonem stadło na tyle zwyczajne, że niewiele o nim słyszymy. Wiemy tylko, że miała urodzić mężowi dwóch synów. Jednym z nim był Antyfos, który znany jest, podobnie jak jego przodkowie, przede wszystkim z mitów genealogicznych, jako ojciec licznych dzieci wżenionych w wiele mitycznych familii. Drugim był Aktor, który został królem krainy Ftyi i albo zmarł w niej bezpotomnie, albo wygnał synów, albo miał tylko jednego i stracił go tragicznie, musiał więc przysposobić sobie następcę.  I tu historia zaczyna wyglądać ciekawie.

Wróćmy na moment do obrazu Ferdinanda Bola. O, tego:

Ferdinand_Bol_-_Aegina_wacht_op_de_komst_van_Zeus

Naga dziewczyna, u której stóp czai się Amorek (i usiłuje zabrać resztki odzienia) to Ajgina. Ajgina według większości przekazów jest nimfą, konkretniej – najadą, nimfą łąki. Jej ojcem był bóg rzeki Asopos, matką nimfa Metope (sama będąca córką boga rzeki,  Ladona), a siostrą – Thebe, kochanka Zeusa i heroina, od której nazwano Teby. Ajgina także zwróciła uwagę władcy bogów – i podobnie jak Eurymeduzę w poprzednim micie i całe mnóstwo innych bohaterek, Zeus, by ją zdobyć, porzucił własną postać. U Ajginy pojawił się albo w postaci orła, albo jako wieczny płomień, po czym porwał ją i umieścił na wyspie Ojnone, której zmienił nazwę na cześć kochanki; odtąd, i do dziś, wyspa ta nazywa się Egina.

Na wyspie Ajgina urodziła Zeusowi syna Ajakosa, a potem poślubiła śmiertelnika – być może wspomnianego wcześniej Aktora, któremu także dała syna, Menojtiosa. Bracia podzielili się zadaniami: Ajakos został królem Eginy, jego brat – władcą miasta Opus w krainie zwanej Lokrydą. I teraz, wybaczcie, nastąpi większa partia genealogii – ale uwierzcie, warto się przez nią przedrzeć. Choć, OK, będzie trochę komplikacji.

Luis.jpg

Gotowi?

Najpierw Ajakos. Syn Zeusa wziął za żonę nie byle kogo: Endeis, córkę samego centaura Chejrona i jego małżonki nimfy Chariklo. Para miała dwóch synów – Telamona i Peleusa, i tu już szybkim krokiem wkraczamy w grono pierwszoplanowych bohaterów mitologii greckiej. Telamon bowiem ożenił się z Periboją, córką smoka-herosa, Kychreusa, i miał z nią syna Ajasa – tak, tego, Ajasa zwanego Większym, bohatera wojny trojańskiej.
Z Troją zresztą losy tej rodziny wiązały się od początku i w niepokojący sposób. Najpierw Ajakos został zaproszony przez Heraklesa i Posejdona do pomocy przy budowie murów miasta Troi dla ówczesnego władcy. Kiedy tylko każdy z twórców ukończył swój kawałek budowy, z morza wyłoniły się trzy smoki. Dwa nie zdołały wedrzeć się do miasta przez sekcje murów zbudowane przez bogów; udało się to jednak trzeciemu, który starał się dostać od strony muru Ajakosa. Apollo, bóg-wieszcz, zapowiedział wtedy, że jest to prorocze zdarzenie: Troja ostatecznie upadnie za sprawą potomków pechowego budowniczego.
Kim byli ci potomkowie? Ano, dziećmi i wnukami drugiego z braci, Peleusa. Podobnie jak Telamon, uczestniczył on w wyprawie Argonautów – bo trochę nie miał wyjścia. Ajakos bowiem wypędził z domu i Peleusa, i Telamona – jako że bracia dopuścili się zbrodni. Zabili mianowicie swojego przyrodniego brata. Fokos, bo tak się chłopak nazywał, był synem zgwałconej przez Ajakosa Psamate, Nereidy i bogini morskiego piasku, żony zmiennokształtnego Proteusza. Król wyspy znalazł ją kiedyś śpiącą na brzegu morza i rzucił się na nią, trzymając ją mocno (po latach jego syn Peleus identycznie postąpi z siostrą Psamate, Tetydą). Bogini na próżno próbowała przybrać postać foki i wymknąć się gwałcicielowi: w końcu przestała się opierać. Urodziła Ajakosowi syna, któremu dała na imię Fokos i który trafił na wychowanie do domu ojca, gdzie szybko stał się ulubieńcem króla. Tego nie mogli znieść synowie królowej-centaurydy: napadli na chłopca i zabili go, za co ojciec wypędził ich z domu.
To z wyprawy Argonautów, według niektórych wersji, Peleus przywiózł żonę (według innych zdobył ją później): Tetydę, morską boginię, córkę morskiego starca Nereusza. W tym momencie oczywiste już jest, jak bardzo w główny nurt mitologii greckiej zawędrowaliśmy: synem tej nieudanej i niedobranej pary jest przecież największy z herosów wojny trojańskiej, Achilles.

Achilles_fighting_against_Memnon_Leiden_Rijksmuseum_voor_Oudheden.jpg

Achilles, greckie naczynie czerownofigurowe, obecnie w Leiden Rijksmuseum voor Oudheden. Na licencji Creative Commons CC0 1.0 Universal Public Domain Dedication.

(I nie, to nie on był bezpośrednio obecny przy upadku Troi: w koniu trojańskim siedział syn jego i królewny Dejdamei, Neoptolemos). Peleus miał wyjątkowego, ale to wyjątkowego pecha do związków – ale może o tym w szczegółach innym razem, co?
Przy innej okazji pod Troją znalazł się z kolei Telamon, przyszły jeszcze wtedy stryj Achillesa. Jego z kolei zabrał tam kumpel z wyprawy Argonautów, Herakles. Panowie zdobyli miasto i Herakles sprezentował koledze brankę, królewnę Hezjone. To z jej powodu była ta wojna – Heraklesowi król Troi obiecał ją za żonę, a potem odmówił, heros ruszył więc przeciw miastu, by pomścić zniewagę. Hezjone urodziła Telamonowi syna, Teukrosa (który miał własną ciekawą mityczną historię, ale ja już za bardzo meandruję w stylu Ant-Manowego Luisa, prawda?).
Wróćmy może na moment do Ajakosa. Kiedy przyszedł moment jego śmierci, Zeus nie pozwolił synowi po prostu odejść: mianował go w zaświatach jednym z sędziów. To za bycie niezwykle sprawiedliwym i uczciwym za życia (i nie, dla Greków zgwałcenie Psamate nie ma w tym kontekście znaczenia).

Pewnie już zapomnieliście, że Ajakos sam miał przyrodniego brata, syna Ajginy i śmiertelnika? Ten brat, Menojtios, pojechał z bratankami Telamonem i Peleusem na wyprawę Argonautów, a potem wrócił do domu i się późno ożenił. Wersji imienia jego żony jest wiele, ale o żadnej z tych postaci zbyt dużo nie wiemy. Ważne jest za to imię ich syna: Patroklos.

  800px-Jacques-Louis_David_-_Patroclus_-_WGA06044.jpgJacques Louis Davis, Patroklos, olej na płótnie, ok. 1780, obecnie w Musée des beaux-arts Thomas Henry w Cherbourgu, ale miałam przyjemność widzieć ten obraz na wystawie czasowej o dziejach męskiej nagości w sztuce w Musée d’Orsay w Paryżu. Domena publiczna.

Widzicie? Zebraliśmy drużynę. Trzech kuzynów, wnuk i dwóch prawnuków Ajginy: syn jej syna Menojtiosa, Patroklos, i wnukowie jej drugiego syna, Ajakosa, Achilles (syn Peleusa) i Ajas (syn Telamona). Teraz, zanim chłopcy ruszą podbić Troję, muszą jeszcze mieć jakieś wojsko.

I tu pojawiają się nam Myrmidonowie. Ci w liczbie mnogiej. Ludzie-mrówki.

W jednej wersji ci bezwzględnie lojalni i skuteczni wojownicy są potomkami naszego Myrmidona, syna Eurymeduzy; jako że w pewnym momencie na ich wyspie władzę przejmuje Peleus, wiernie służą jego rodzinie. W innej zaś, znanej z Owidiusza, wiążą się z historią Ajginy.

W tej wersji o romansie Zeusa i umieszczeniu kochanki na wyspie Eginie dowiedziała się, no cóż, Hera. I jak to Hera, nie była zadowolona. Wściekła się do tego stopnia, że wysłała na wyspę smoka, który wyniszczył na niej wszystkich mieszkańców i większość zwierząt. Ajgina, którą ocalił władca bogów, prosiła, by dał wyspie jakichś mieszkańców i wskazała, że atak smoka przeżyły jednak jakieś żywe istoty. Tak, dobrze zgadujecie. Mrówki. To z nich Zeus stworzył nowych mieszkańców wyspy, który pozostali wierni swoim królom, potomkom Ajginy.

Achilles pod Troją jest królem i wodzem Myrmidonów, żołnierzy w zbrojach rudobrązowych jak ciało mrówki, i z ich pomocą walczy i wygrywa. Jeżeli to was nie przekonuje, że z mrówki może być dzielni wojownik, to lećcie obejrzeć Ant-Mana.

Drzewne dziewczyny

Jak wpiszecie w wyszukiwarkę grafiki Google „dryad”, to wyjdzie mniej więcej to:

dryad

I nic dziwnego, że wszystkie te obrazki wyglądają bardzo fantasy – driady, jak mało które istoty z mitologii klasycznej, zadomowiły się w bestiariuszach fantasy. Mamy je u Eddingsa, mamy u Sapkowskiego, u Marty Kisiel i innych autorów; a do fantasy driady też trafiły niekoniecznie wprost z mitologii Greków i Rzymian, a raczej – z wyobraźni późniejszych twórców, zafascynowanych ideą nimfy, żyjącej tak długo, jak jej drzewo.

W mitologii grecko-rzymskiej, jednakowoż, sprawa nie jest taka prosta. Zanim więc porozmawiamy o tym, jak driady można wpleść we współczesne dzieło fantasy, przyjrzyjmy się, jak wyglądają, skąd się biorą i co robią driady w mitologii Greków i Rzymian.

Dryad11

Evelyn de Morgan, Driada, olej na desce, ok. 1884-5, dziś w De Morgan Centre, Londyn; źródło zdjęcia: Wikipedia, ilustracja w domenie publicznej

Po pierwsze, zacznijmy od klasyfikacji – wbrew pozorom mitografowie uwielbiają klasyfikacje, listy i zestawienie. W takim zestawieniu greckich bóstw przyrody driady (gr. Δρυαδες, dryades), zwane też hamadriadami (dosłownie „jednymi z drzewem”) lub adriadami (dosłownie „z drzewa, od drzewa pochodzącymi”) należą do szerszej klasy nimf, śmiertelnych lub nieśmiertelnych kobiecych duchów natury. Nimfy i ich rozliczne grupy pewnie doczekają się kiedyś własnej notki, na razie skupmy się na driadach, bo już ich ilość i typy mogą przyprawić o ból głowy.

Rozprawmy się może na początek z mitem o driadzie umierającej ze swym drzewem. Tak, te mity pojawiają się w greckiej tradycji, dotyczą jednak tylko pewnej grupy driad, a  mianowicie – nimf konkretnych, poszczególnych egzemplarzy drzew, szczególnie tych wielkich i imponujących. Teoretycznie powinniśmy driady wiązać głównie z dębami, bo słowo δρῦς [drys] zwykle tak się tłumaczy. Warto jednak pamiętać, że wyraz ten nie musi oznaczać tylko tego konkretnego gatunku – zdarza się w znaczeniach ewidentnie odnoszących się do różnych gatunków dużych, okazałych drzew. Nimfy pojedynczych drzew są więc, owszem, śmiertelne – żyją tyle, ile ich drzewo.

Inaczej ma się sprawa z pozostałymi grupami driad: nimfami poszczególnych gatunków drzew oraz konkretnych typów lasów. Te boginki zazwyczaj są nieśmiertelne, a ich rodowody bywają różnorodne i skomplikowane. I tak, pradawne Melie [gr. Meliai], nimfy jesionu, narodziły się z krwi wykastrowanego przez syna Uranosa. Krew spadła na łono Gai, Matki-Ziemi, i tak narodziły się Melie, najmłodsze z dzieci boskiej pary, siostry straszliwych Erynii. W tych czasach ludzkość – według części mitografów – żyła jeszcze bez kobiet, nie stworzono bowiem jeszcze pierwszej z nich, Pandory. Stąd też niektóre z Melii zostały małżonkami śmiertelników, stając się wzorami kobiecości.

Hamadriady z kolei, nimfy dębu i topoli, były uważane za córki pierwszej driady, Hamadryas, i Oksylosa. Ich ojciec był bogiem lasu bukowego; matka, urodzona na górze Othrys w centralnej Grecji, była pierwszą boginką drzew. Rodzice byli jednocześnie rodzeństwem, jako dzieci potężnego Oreiosa (personifikacji Gór), . Jako córki tej pary wymieniano także osiem driad konkretnych drzew: Ajgejros (czarna topola, Populus nigra), Ampelos (pnącza, w tym dzika winorośl, Vitis silvestris), Balanis (ostrokrzew i dąb ostrolistny, Quercus ilex), Karya (nimfa orzechów i jadalnych kasztanów), Kraneia (nimfa cenionego bardzo przez Greków derenia), Morea (opiekunka morwy i czarnej oliwki), Ptelea (driada-patronka wiązu) i Syke (figa). Czasami uważa się te nimfy za matki-patronki całych grup nimf danych drzew – nazwy tych grup widzicie na poniższej ilustracji.

driady - pełna wersja

Wśród driad były także te związane z drzewami owocowymi i tymi używanymi powszechnie w kulcie. Maliady (Meliady) albo Epimelidy były patronkami jabłonek, kojarzono je przede wszystkim z Arkadią. Orodemniady miały za zadanie zajmować się w ogóle drzewami owocowymi; w tradycji rzymskiej za jedną z nich uchodziła Pomona, bogini owoców. Dafnaje albo Dafnaidy z kolei opiekowały się ukochanym przez Apollina wieszczym drzewem laurowym, a Kissaje – wybranym przez Dionizosa bluszczem (gr. kissos).

Wyróżniano również driady i ogólnie nimfy związane z konkretnymi typami lasów. Oready opiekowały się górskimi zagajnikami (później ich zadania rozszerzono na opiekę nad górami w ogóle – była to w końcu domena ich ojca, Oreiosa!). O górskie lasy troszczyły się także Hyleoroi, inna grupa nimf związanych ze skałami i pasmami górskimi. Alseidy były głównie nimfami wilgotnych zagajników (nasze jedyne źródło, Homer, wiąże je z miłymi lasami i źródłami). Auloniady z kolei uważano za nimfy cienistych dolinek i wilgotnych brzegów rzek; część mitografów za Auloniadę uważa Eurydykę, ukochaną Orfeusza. W wąwozach i dolinach rzek mieszkały nimfy tamtejszych lasków, Napaje; ich siostry, Heleionomai, uchodziły za nimfy bagien i moczarów. Nie wszystkie z nich jasno i oczywiście zaliczano do driad, ale istnieją między tymi grupami boginek znaczące podobieństwa.

Driadami były też zapewne Hesperydy, nimfy cudownego ogrodu na końcu świata, w którym rosła magiczna jabłoń przywracająca siły i młodość. Te z kolei nimfy uchodziły za córki tytana Atlasa.

 

Niezależnie od mitów o driadach jako grupie istnieją także opowieści o poszczególnych przedstawicielkach tej klasy mitologicznych istot. Wiele driad było, jak inne nimfy, kochankami bogów. Oreada Ejdoteja miała romans z Posejdonem, Othreis była kochanką Apollina (czasami utożsamianą z Kyrene znaną nam z innej notki) i Hermesa. Ten ostatni miał słabość do driad: jego partnerkami były oreada Penelopa (1), matka – według niektórych przekazów – syna Hermesa, boga pasterzy Pana, a także epimelida Thymbris i najada-wieszczka Sose. Wieszczek wśród driad było zresztą sporo, wystarczy wspomnieć górskie nimfy Klaję i Erato (imienniczkę muzy poezji miłosnej).

Czy driadom zdarzało się ulegać metamorfozie? A pewnie, i to w obie strony. Córki Heliosa, Heliady, po śmierci brata Faetona cierpiały tak bardzo, że stały się duchami białej topoli. Śmiertelniczkę Byblis driady uratowały przed samobójstwem (chciała się zabić, bo się kazirodczo zakochała w rodzonym bracie) i uczyniły jedną ze swego grona. Z drugiej strony, oreada Pitys miała tak serdecznie dość końskich zalotów Pana, że ubłagała bogów, by zmienili ją w drzewo; tak stała się driadą sosny.

Ogromnie, ogromnie żałuję, że nie zachowało się dzieło Kallimacha z Cyreny o nimfach i ich klasach. O ile więcej dziwnych nazw i zapomnianych dziś postaci moglibyśmy dzięki niemu poznać!

 

(1) Tożsamość/ nietożsamość tejże Penelopy z żoną Odyseusza to jest, serio, temat na osobną notkę.

 

Apollo i kobiety

Poprzednia notka o mitologicznych romansach była, zasadniczo, o tym, jak Apollinowi nie układało się z mężczyznami. Ta będzie z kolei o tym, że z kobietami też szło mu nie za bardzo.

Jak przyjrzymy się historiom z poprzedniej notki, to zauważymy pewną prawidłowość: w odróżnieniu od na przykład Zeusa (z bogów) czy, powiedzmy, Lajosa (ze śmiertelnych), Apollo nie porywał przemocą chłopaków, w których się kochał. Wszystkie te historie były opowieściami o wzajemnej miłości, o odwzajemnionym zakochaniu i fascynacji.

Z kobietami nie było już tak dobrze.

Ponieważ mity wiążą Apollina z ogromną wręcz ilością kochanek, podzielmy je sobie na jakieś kategorie, OK? W ten sposób cała ta seria upstrzonych imionami mitycznych opowieści o (głównie, choć nie tylko) emocjonalnych katastrofach ułoży się nam w jakąś w miarę ogarnialną całość.

1.  MAŁŻEŃSTWA

AN00237888_001_l.jpg

Bogini Libia koronuje wieńcem zwycięstwa Kyrene, walczącą z lwem. Relief z terenu Cyreny, obecnie w British Museum. Ilustracja ze strony British Museum.

Oczywiście w tym momencie każdy czytelnik Parandowskiego powie mi: „Zaraz, zaraz. Jakie małżeństwa?! Apollo przecież nie miał żony”.

No więc to nie do końca jest prawda. Ale zanim przejdziemy do postaci, które można byłoby uznać za małżonki boga, może powiemy parę słów o małżeństwie, którego nie było.

Apollo otóż, podobnie jak jego stryj Posejdon, ubiegał się kiedyś o rękę bogini ogniska domowego, Hestii (której był bratankiem, jako syn Zeusa). Ta jednak odmówiła obydwóm i zażądała od nowego króla bogów, swego brata Zeusa, prawa do pozostania dziewicą, które uzyskała.

I choć rzeczywiście Apollo nie ma oficjalnej małżonki w większości mitologicznych wersji, to jest pewna nimfa, którą część źródeł traktuje jako żonę boga: Kyrene, córka nimfy i wnuczka boga rzeki (a przed ojca – potomkini samego Apollina; yeah, mitologia), patronka i założycielka miasta Cyrena na wybrzeżu Afryki. Według ważnego źródła antycznego, jakim jest dziewiąta Oda pytyjska wielkiego poety Pindara (V w. p.n.e.), bóg poezji i muzyki spotkał ją w dość niecodziennych okolicznościach.

On to [król Penejos, mąż najady Kreuzy] wychował pięknoramienną córkę Kyrenę.
Lecz nie lubiła ona tam i z powrotem chodzić koło krosien
Ani urządzać przyjęć
Wśród zabaw z towarzyszkami.
Walczyć lubiła oszczepem spiżowym
I nożem dzikie zabijać zwierzęta,
Dużo cichego spokoju zapewniając ojcowym wołom.
A na towarzysza łoża [wybrała] słodki sen (…)
Spotkał ją strzelający z daleka Apollon (…)
gdy sama, bez włóczni, z potężnym raz zmagała się lwem.

Kyrene jest w tej scenie ukazana nie tylko jako dziewczyna odrzucająca świat kobiet i lubiąca przypisywane w starożytności młodzieńcom rozrywki. Ta uwaga o wołach wyraźnie świadczy o tym, że pełniła ona również rolę typową dla młodych herosów, a mianowicie – strzegła rodzinnego bydła przed złodziejami i dzikimi zwierzętami – jak Apollo, kiedy służył u Admeta, jak Parys, Romulus czy Remus, by wymienić tylko kilku.

Apollo zaś, w tej opowieści poety przynajmniej, zachowuje się bardzo, jak na niego, szlachetnie. Udaje się do mistrza wszelkiej mądrości, starego centaura Chejrona, i pyta go, mniej więcej: „Sensei, czy wypada mi ją ot tak, poderwać?”. Chejron, który podobnie jak Apollo ma dar wieszczy, poucza młodego boga, że ma podejść do Kyrene z szacunkiem, bo czeka ich wspólna przyszłość:

Przybyłeś w tę dolinę [mówi Chejron do Apollina], mając dziewczyny tej zostać małżonkiem.
I masz ją unieść przez morze do wybornego ogrodu Zeusa.
Tam ją władczynią miasta uczynisz (…).
Tam ona ci syna urodzi [A Hory i Gaja uczynią go bogiem].

[na postawie przekładu M. Brożka, Pindar: ody zwycięskie, Kraków 1987]

Apollo posłuchał rady i zabrał Kyrenę do Afryki, do pałacu boskiej królowej Libii, córki Epaphosa, a więc – wnuczki Zeusa. Ta potężna i bogata nieśmiertelna władczyni przyjęła młodą parę życzliwie, a Kyrenie podarowała ziemię i bogactwa, by mogła założyć własne miasto – sławną później i potężną Cyrenę. A co do tego syna… no cóż. Był nim niejaki Aristajos, bóg pszczół. Niestety, znamy go jednak głównie nie z dobroczynnych dla ludzi osiągnięć, a z faktu, że to on ścigał ukochaną swego przyrodniego brata Orfeusza, Eurydykę, by ją zgwałcić / porwać – i wszyscy wiemy, jak to się skończyło… (albo nie wiemy, osobny wpis o wariantach mitu o Orfeuszu pewnie kiedyś będzie…

Tyle w kwestii małżeństw Apollina, przejdźmy do kolejnej grupy.

2. RODZICIELSTWO

1024px-Delfi_Apollons_tempel

Świątynia Apollina w Delfach, założonych wg mitu przez syna boga, Delfosa.

Zgrupujemy sobie w tej kategorii postacie, które często nie mają jakiegoś skomplikowanego mitu, a ich rola ogranicza się do genealogicznej: X urodziła Apollinowi dziecko, a to dziecko miało do odegrania rolę albo jako przodek/przodkini jakiegoś rodu, albo założyciel/założycielka danego miasta. Tych mitów o wielu bogach jest zawsze sporo, bo też i ta funkcja mitów jest bardzo ważna, utwierdza bowiem znaczenie i lokalną dumę poszczególnych miejsc i rodzin.

Jak to wygląda w praktyce? Ano tak: nimfa Ajthousa z Beocji urodziła Apollinowi syna Eleutherosa, założyciela miasta Eleutheroi. Potomkini Heraklesa, Thero, została matką Chajrona, który założył i nazwał na własną cześć Cheroneę (gr. Chajroneja). W Fokidzie nimfa Korykia miała z Apollinem syna Likorasa, który został królem miasta Likorei. Ze swą wnuczką, królewną Kelaino, miał Apollos potomka imieniem Delfos, który założył wokół wyroczni swego przodka (podwójnego!) miasto Delfy. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej, lista liczy kilkadziesiąt takich opowieści: zasadniczo pozbawionych mitu, za to wyraźnie związanych z lokalną onomastyką i/lub genealogią.

3. BOGINIE

The_Muses_Leaving_their_Father_Apollo_to_Go_Out_and_Light_the_World_by_Gustave_Moreau

Gustave Moreau, Muzy opuszczają Apollina, by nieść światłość światu, olej na płótnie, 1868; obecnie w Musée National Gustave-Moreau w Paryżu.

Apollo, po nieudanych zalotach do Hestii, miał jeszcze jeden plan małżeński; chciał mianowicie poślubić którąś z Muz. Nie mógł się jednak zdecydować, a że małżeństwo z dziewięcioma naraz nie wchodziło w grę, zrezygnował z idei ślubu w ogóle i ograniczył się do romansów ze swymi towarzyszkami. Kaliope lub Urania urodziła mu syna-muzyka Linosa (tego, co to potem pechowo próbował nauczyć Heraklesa gry na lirze i zginął, uderzony przez pozbawionego talentu i chęci do nauki ucznia lirą w głowę). Innym synem Apollina i Kalliope miał być Orfeusz, choć część mitów widzi w nim syna trackiego króla Ojagrosa. Z romansu Apollina z Muzą Talią mieli się z kolei narodzić mityczni kapłani-tancerze Korybanci, czciciele babki Apollina, Matki Bogów Rei-Kybele (ale mitów o ich pochodzeniu też jest sporo). Miał też Apollo mieć romans z boginią nocy i  czarnej magii, Hekate.

4. CUDZE ŻONY

800px-Troilos_Louvre_CA6529

Troilos, według niektórych syn Apollina i Hekabe (a mit o nim zasługuje na osobną notkę). Czerwonofigurowe naczynie etruskie, ok. 300 p.n.e, obecnie w Luwrze.

Podobnie jak jego tatuś, Apollo także miewał predylekcję do uwodzenia cudzych żon. Jeden z synów trojańskiej królowej Hekabe, słynny z urody Troilos, miał być jego dzieckiem, choć mąż Hekabe, Priam, nie bardzo zdawał sobie z tego sprawę. Karyjska królowa Chryzotemis też miała romans z Apollinem i to on był ojcem jednej z jej córek. Władczyni miasta Orchomenos urodziła bogu syna Trofoniosa, a żona króla Argos, Hypermestra, miał z Apollinem syna Amfiaraosa. Obaj chłopcy – wychowywani jako synowie królów, nie boga – zostali ważnymi wieszczami.  Z żoną króla Messenii, również bez wiedzy jej męża, Apollo miał córki, zwane Leukippidami.

5. APOLLO, TY DRANIU

800px-Piero_del_Pollaiolo_(attr.)_Apollo_and_Daphne

Piero del Pollaiolo (?), Apollo i Dafne, ok. 1470-80, olej na desce; dziś w National Gallery w Londynie.

Tu dochodzimy wreszcie do kategorii może nie najliczniejszych, ale za to najbardziej znanych mitów o Apollinie i kobietach: tych mianowicie, kiedy Apollo zachował się – mierząc naszą współczesną miarą, oczywiście! – jak ostatni drań i bałwan; ba, czasem nawet starożytni miewali poczucie, że przegiął.

Przyjrzyjmy się kilku z jego popisowych wyczynów.

Wszyscy chyba znamy mit o Dafne, nimfie, która nie chciała mężczyzn ani romansów. Apollo jednak, świeżo po pokonaniu Pytona, zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia – co, w kontekście zarówno greckim, jak i rzymskim zwykle oznacza „zobaczył ją i natychmiast postanowił zgwałcić”. Dafne tak strasznie nie chciała zostać kochanką/ ofiarą Apollina, że ubłagała swego ojca, boga rzeki Peneus, by za pomocą swej matki Gai zamienił ją w drzewo. Apollo uczynił drzewo Dafne – laur – swoim symbolem.

A to nie jest jeszcze szczyt możliwości Apollina w kwestii traktowania (realnych i potencjalnych) kochanek. Nimfę Koronis, która będąc z nim w ciąży zdradziła go z innym, kazał zabić swojej siostrze, Artemidzie (ale płód uratował – może to medyczny cud sprawił, że to dziecko, Asklepios, zostało herosem-wynalazcą medycyny). Mieszkająca w Achai (pd. Grecja) dziewczyna imieniem Bolina tak bardzo bała się zalotów boga, że rzuciła się w morze: Apollo jednak nie pozwolił jej umrzeć i zamienił w nieśmiertelną nimfę (ale czy zrobił to ze współczucia czy też po to, by ją potem uwieść, mitologia milczy – o Bolinie mamy tylko jedną wzmiankę z antycznego „przewodnika turystycznego” z II w. n.e.). Nimfa Okyrroe z wyspy Samos też nie chciała zostać kochanką boga; próbowała uciec przed nim łodzią, a Apollina tak to oburzyło, że zamienił i dziewczynę, i łódź w kamienie. Okeanidę Melię porwał Apollo z domu starego Okeanosa i jego żony Tethys i zabrał do Teb. Brat dziewczyny, Kaanthos, wyruszył, by ją odzyskać na rozkaz rodziców, a gdy mu się nie udało – podpalił świątynię porywacza. Apollo zabił go za to z łuku, a Melię zatrzymał u siebie i spłodził z nią wieszcza Tenerosa i boga lokalnej tebańskiej rzeki, Ismenosa.  Z córką króla Troi Priama, Kasandrą, zawarł pakt: da jej zdolności wieszcze, których królewna pragnęła, w zamian za seks. Kasandra się zgodziła, ale kiedy bóg uczynił ją wieszczką, seksu odmówiła. Apollo, który nie mógł cofnąć daru, nie zrezygnował z zemsty – dołożył dziewczynie dodatkową cechę. Jej przepowiednie, owszem, miały zawsze być prawdziwe – nikt, ale to nikt nie miał jednak w nie uwierzyć. Królewna Dryope z kolei uratowała kiedyś i zabrała do domu rannego żółwia. Kiedy tylko zostali sami, żółw przybrał boską postać, by uprawiać seks z dziewczyną – ewidentnie Apollo czegoś się od ojca nauczył. Historia o przybraniu innej postaci pojawia się też w jednej z najciekawszych opowieści o romansie Apollina – ciekawej, bo nie mitycznej, a propagandowej. W postaci węża miał mianowicie Apollo uwieść pewną młodą Rzymiankę, od niedawna zamężną. Kiedy więc młoda kobieta, Atia Balba Cezonia, urodziła syna, wzięto go za dziecko jej męża, Gajusza Oktawiusza. W rzeczywistości jednak chłopiec był synem Apollina – a synem tym był, jak się pewnie część czytelników domyśla, boski Oktawian August (który był również na 100% autorem tego pseudomitu – w końcu w podobny sposób mieli zostać spłodzeni przez bogów Aleksander Wielki i Scypion Afrykański; tu więcej o Atii i jej rodzinie).

No i jest jeszcze Kreuza, ateńska królewna. Jej historia do czasów Eurypidesa wygląda jak typowy mit genealogiczny: Kreuza jest córką króla Aten, wychodzi za króla wyspy Eubei, ma z nim syna Iona, który zostaje herosem-eponimem Greków jońskich. Eurypides jednak przekształca jej historię (nie wiemy, czy sam stworzył tę wersję, czy też zaczerpnął ją z nieznanych nam dziś źródeł) i opowiada ją tak:
Kreuza była ostatnim, po heroicznej śmierci sióstr (zabił je rodzony ojciec, by ratować kraj ofiarą z dziewic), dzieckiem króla Aten Erechtheusa.  Apollo napadł ją i zgwałcił pewnej nocy, podczas świąt (a Eurypides rozumiał kobiety i opisał los Kreuzy naprawdę przejmująco). Dziewczyna aszła w ciążę i ukryła ją przed rodzicami, a kiedy urodziła synka – zostawiła go w jaskini, tej samej, w której została zgwałcona, na śmierć. Niedługo potem wydano ją za mąż za króla wyspy Eubei, Ksuthosa, którego ani nie kochała, ani za bardzo nie szanowała; była jednak świadoma, że jej rodzinie wojowniczy Ksuthos potrzebny jest jako sojusznik i następca tronu. Kiedy przez wiele lat małżeństwa Kreuza i Ksuthos nie doczekali się syna, królowa wiedziała, że to jej wina: w końcu de facto zabiła swoje pierwsze dziecko i mogła oczekiwać za to kary bogów. Po latach czekania na dziedzica król w końcu postanowił zrobić to, co każdy Grek. Tak, zgadliście: pojechać do wyroczni. Do Delf. Do Apollina.
Kreuza nie mogła protestować – nie chciała zdradzić swojej strasznej tajemnicy, z której brzmieniem żyła już tyle lat. Była przerażona, że Apollo wszystko powie jej mężowi i załamana samą perspektywą spotkania z bogiem. Nawet nie wiedziała, że sympatyczny młody sługa świątynny, z którym rozmawiała po przyjeździe, to syn, którego urodziła Apollinowi. Bóg uratował dziecko, ale nie raczył nic powiedzieć jego matce, która osiemnaście lat przeżyła w poczuciu, że skazała synka na śmierć. Ba, teraz też jej nie powiedział, wymyślił za to wyjątkowo głupi podstęp. Własnej wieszczce kazał mianowicie skłamać i powiedzieć Ksuthosowi, że nie ma co czekać na nowego syna, skoro jednego już ma, choć o tym nie wie. Spłodził go z pewną dziewczyną w czasach kawalerskich i co więcej, za chwilę go spotka: będzie nim pierwszy młodzieniec, którego napotka po wyjściu z przybytku boga. Apollo wymyślił sobie, że w ten sposób bezboleśnie posadzi na tronie syna swojego i Kreuzy, tylko jak zwykle zapomniał wspomnieć o tym Kreuzie.
Kreuza tymczasem, kiedy usłyszała od męża o całej sprawie, dostała szału. Nieślubny syn! Na tronie jej ojca! Ona sama wzgardzona, bo nie urodziła dziecka, obciążona ponurą tajemnicą z przeszłości – a mąż się cieszy! Zrozpaczona, załamana, postanowiła zabić rzekomego „pasierba”, nie wiedząc, że to jej rodzony syn. Dopiero interwencja Ateny, która wyjaśniła Kreuzie całą sytuację, zapobiegła tragedii. Atena, patronka rodzinnego miasta Kreuzy, przyszła w miejsce swego brata Apollina i powiedziała wprost: Apollo się nie zjawi, bo się boi, że Kreuza będzie mu robić wyrzuty za to, co zrobił. No brawo, Apollo. Brawo.

5.  APOLLO, DOBRZE CI TAK

800px-Rape_Marpessa_Staatliche_Antikensammlungen_2417_n2

Idas (z łukiem) i Marpessa, których Zeus chroni przed Apollinem (niewidocznym z tej strony naczynia). Naczynie czerwonofigurowe, ok. 480 p.n.e., przypisywane Malarzowi Pana. Dziś w Staatliche Antikensammlungen (Monachium).

Po tym wszystkim człowiek z przyjemnością czyta historię młodej kobiety imieniem Marpessa. Była ona śmiertelną królewną-heroiną, wnuczką Aresa, i miała dwóch zalotników: Apollina i człowieka, księcia Idasa. Panowie rywalizowali tak ostro, że się pobili. W końcu interweniować musiał sam Zeus, który – niespodziewanie – zostawił sprawę w rękach samej zainteresowanej. Marpessa wybrała Idasa, bo – jak powiedziała – zestarzeją się wspólnie z mężem, podczas gdy Apollo prędko ją porzuci i na starość zostanie sama. Brawo ona – stworzyli z Idasem udane małżeństwo; może aż za udane, bo kiedy mąż zginął, Marpessa, nie chcąc żyć dalej bez niego, popełniła samobójstwo.
Inna wersja jest jeszcze bardziej heroiczna – mówi ona, że Apollo porwał Marpessę, gdy ta była już żoną Idasa i że śmiertelny heros ruszył na łuczniczy pojedynek z Apollinem, by ją odzyskać. Szczerze mówiąc, w tym pojedynku też bym kibicowała Idasowi, przy całej mojej do postaci Apollina sympatii.

A jak macie niedosyt historyjek, w których Apollo dostaje kosza, to zawsze jeszcze jest ta oto bajka Henryka Sienkiewicza. Miłej zabawy!

Apollo i młodzieńcy

Lektura greckich tekstów mitologicznych uświadamia człowiekowi dość jasno: generalnie niezbyt fajnie było zwrócić na siebie uwagę bóstwa, ale szczególnie fatalne było to w przypadku Apollina. A już najgorzej chyba było, kiedy Apollo się w kimś śmiertelnym zakochał.

Zacznijmy może od kochanków boga sztuki, bo jest ich mniej, niż zapisanych przez mitografów dziewcząt i kobiet, które uwodził.

Na początek – kilka faktów. O ile wśród kochanek i żeńskich obiektów uczuć Apollina znajdują się zarówno śmiertelniczki, jak i boginie, o tyle wszyscy jego kochankowie to ludzie, nie ma wśród nich bogów. Dlaczego? Ano dlatego, że w dość powszechnym odczuciu Greków związek homoseksualny jest związkiem hierarchicznym, gdzie inną rolę ma do odegrania dorosły mężczyzna-kochanek, a inną – podporządkowany mu, uczący się od niego ukochany młodzieniec. Przeniesienie takiej relacji na związek bóstwa z człowiekiem jest proste – ale jak ustalić hierarchię między bogami? To zapewne dlatego w zasadzie nie mamy historii męsko-męskich romansów wśród bóstw greckich.

Kim więc byli kochankowie Apollina i jaki był ich los?

Po pierwsze – Hiakintos/ Hiacynt. W najbardziej popularnej wersji mitu był on księciem, synem króla Amyklasa i jego żony Diomede. Tu mamy, w punktu widzenia naszej wrażliwości, pewien problem: Diomede otóż była córką króla Tesalów, Lapithesa, ten zaś – synem nimfy Stilbe i, no cóż, Apollina. Zakochał się więc bóg muzyki bez pamięci we własnym prawnuku. A może być, w sumie, jeszcze gorzej: część mitografów uważa, że siostrą-bliźniaczką Hiakintosa była Dafne – tak, ta sama, którą Apollo spotkał w swoim pierwszym dniu na greckiej ziemi, po pokonaniu Pytona, i którą prześladował tak, że wolała zamienić się w drzewo…

Hyakinthos

Zefir i Hiacynt, attyckie naczynie czerwonofigurowe, dziś w Museum of Fine Arts, Boston (USA)

Hiakintosa mitologia i literatura grecka bardzo mocno wiąże z homoerotyzmem. Miał być pierwszym młodzieńcem zaangażowanym w związek z innym mężczyzną, śmiertelnikiem Thamyrisem, i pierwszym, w którym zakochało się dwóch bogów: pierwszego z nich, boga wiatru zachodniego, Zefira, Hiakintos porzucił dla Apollina (sztuka grecka jednak zachowała dla nas całkiem sporo scen erotycznych, ukazujących Zefira i królewicza, patrz wyżej).

The_Death_of_Hyacinthos.gif

Jean Broc, Śmierć Hiacynta, olej na płótnie, 1801, dziś w muzeum w Poitiers (Francja).

Nie dajmy się nabrać dziewiętnastowiecznej sztuce: Hiakintos miał małe szanse być wiotkim chłopcem o delikatnych dłoniach, bladej cerze i długich blond lokach. W Sparcie i leżących niedaleko Amyklach, skąd pochodził jego ród, Hiakintosa czczono jako herosa-wojownika, idealnego młodego żołnierza, a mitografowie wspominają, że on i Apollo najchętniej spędzali czas na polowaniu, wspinaczce i ćwiczeniach sportowych. To właśnie w trakcie tych ostatnich zazdrosny Zefir sprawił, że Apollo zabił kochanka: bóg wiatru pchnął dysk rywala tak, że ten uderzył Hiakintosa w czoło i zabił na miejscu. Na nic zdały się moce leczenia, jakimi dysponował Apollo, bóg-uzdrowiciel: ukochanego nie ocalił. Tradycja świąt ku czci Hiakintosa w Amyklach sugerowałaby jakiś mit o jego wskrzeszeniu, być może analogiczny do opowieści o Adonisie/ Attisie / Dafnisie itd.; najpowszechniejsza wersja mówi oczywiście o metamorfozie i o powstaniu z krwi Hiakintosa kwiatu hiacynta.

Istnieje drugi, niemal identyczny mit, tym razem dotyczący młodzieńca imieniem Hymenajos, rodem z Arkadii; Apollo miał go pokochać, a potem, przypadkiem, zabić dyskiem podczas ćwiczeń.

800px-Cyparissus_mg_0159

Jacopo Vignali, Kyparissos, lata 70. XVII w., olej na płótnie; obecnie w Muzeum Sztuk Pięknych w Strasbourgu.

Inny z kochanków Apollina, Kyparissos, też skończył tragicznie. Kyparissos był księciem wyspy Keos, słynnej między innymi z tego, że żył tam cudowny jeleń, ulubieniec bogów i ludzi. To boskie zwierzę o złotych rogach, łagodne i życzliwe, zostało przypadkiem zabite przez młodego królewicza podczas polowania. Kochanek Apollina nie dał się pocieszyć po tym wypadku – był do jelenia przywiązany, często chodził razem z nim do źródła i traktował go jak przyjaciela. Nic nie pomogło – nawet zaklęcia i prośby zakochanego boga. Kyparissos po długim okresie smutku postanowił ostatecznie odebrać sobie życie. Apollo, który go kochał, nie pozwolił mu umrzeć, odebrał mu jednak udrękę i świadomość: przemienił ukochanego w cyprys, drzewo smutku.

The_Awakening_of_Adonis_-_John_William_Waterhouse_(1899)

John William Waterhouse, Przebudzenie Adonisa, 1899-1900, olej na płótnie, kolekcja prywatna (obraz należy do Andrew Lloyda Webbera, tak skądinąd).

Kochankiem Apollina miał być też Adonis, tu traktowany jak wcielenie antycznego greckiego rozumienia biseksualności: mitografowie (a konkretnie Ptolemeusz Hefajstion w I/II w. n.e.) wskazują, że był jednocześnie kochankiem Apollina i Afrodyty, z nią uprawiając seks jak mężczyzna, z nim – jak kobieta (yup, tak to sobie właśnie Grecy tłumaczyli). Adonis też umarł młodo, zabity na polowaniu przez dzika (i to jest dłuższa historia, o której kiedyś). Skądinąd według tegoż samego mitografa to Apollo miał osobiście zabić Adonisa, zmieniwszy się w dzika – nie z zazdrości, bynajmniej, a z powodów rodzinnych: Afrodyta miała oślepić jednego z synów boga poezji, kiedy ten podglądał, jak ona i Adonis uprawiali seks. Apollo, wściekły za tę niesprawiedliwą jego zdaniem karę, a nie mogąc zemścić się na bogini miłości, wyładował swój gniew na dawnym kochanku. Przyznajmy jednak uczciwie, że wersja ta jest znana tylko z jednego źródła: zazwyczaj dzik, który zabija Adonisa, jest albo wyjątkowo groźnym zwierzęciem pokonującym niedoświadczonego łowcę, albo – Aresem, chcącym odzyskać Afrodytę per fas et nefas.

Constance_Phillott_-_The_Herdsmen_of_Admetus

Constance Philippot, Pasterze króla Admeta, ok. 1890, kolekcja prywatna. Ten młodzieniec z lirą pod drzewem to zapewne służący królowi jako pasterz Apollo.

Zostaje jeszcze jedna historia miłosna z Apollinem jako kochankiem, zagadkowa i intrygująca. Kiedy mianowicie Apollo podpadł ojcu, Zeus zesłał go karnie na ziemię, by tam, w ludzkiej postaci, przez rok służył jako pasterz u króla Tesalii Admeta, znanego z odwagi i uczciwości. Kto się tu w kim pierwszy zakochał, nie wiadomo – starożytni poeci jednak już od czasów Kallimacha (III w. p.n.e.) uznają króla i boga-pasterza za kochanków. Apollo musiał rzeczywiście darzyć Admeta uczuciem – w końcu to dla niego upoił winem Mojry i namówił je, by pozwoliły Admetowi wrócić do życia, jeżeli po jego śmierci znajdzie się śmiertelnik, który poszedłby do Hadesu za niego! (i znalazł się, a raczej – znalazła, a może wręcz – została znaleziona, czy tego chciała, czy nie, i Eurypides napisał o tym wspaniały dramat, a ja kiedyś napiszę osobną notkę).
Przy czym niech sobie nikt nie wyobraża, że kobiety miały z Apollinem łatwiej. Zazwyczaj nie miały – choć jest kilka przykładów szczęśliwych związków Apollina z dziewczętami i nimfami, przeważają te tragiczne; o tym jednak już następnym razem.