Ant-Man jest bogiem

A przynajmniej herosem.

A jak nie Ant-Man, to doktor Pym już na pewno.

Ant-Man

Ant-Man, źródło: Wikipedia za Flickr (autor: vernieman), na licencji CC-BY-20

W Marvelowym uniwersum filmy o Ant-Manie były sympatycznym powiewem codzienności – lżejsze w tonie od sporej części pozostałych produkcji, miały urok często zabawnych historyjek, w których superbohaterami (albo przynajmniej prawdziwymi herosami) zostawali bohaterowie niekoniecznie z elity finansowej lub intelektualnej świata (i niekoniecznie z czystą kartą na policji). Niekoniecznie też głównym postaciom tego filmu da się przypisać mityczne (jak Thorowi et consortes) czy legendarne pochodzenie – i może właśnie dlatego można napisać sobie fajną notkę o zupełnie przypadkowych mitologicznych zbieżnościach między Ant-Manem a pewnym panem. A nawet może całym plemieniem.

Ferdinand_Bol_-_Aegina_wacht_op_de_komst_van_ZeusZeus lubił metamorfozy – tu widzimy go w drodze do kochanki po tym, jak przyjął postać orła z piorunem w dziobie.
Ferdinand Bol, Egina oczekująca nadejścia Zeusa, olej na płótnie, XVII w., dziś w Meininger Museen. Ilustracja z Wikipedii, obraz w domenie publicznej.

 

Zróbmy może, jak nam radzą starożytni autorzy i᾿Εκ Διὸς ἀρχώμεσθα, zacznijmy od Zeusa.

Mniej więcej w klimacie tego, powszechnie krążącego po sieci memu (ja pożyczyłam stąd). Nie całkiem, dodajmy, nieprawdziwego.

What-Causes.jpg

Jesteśmy pewnie i zdecydowanie w obszarze niebieskim, jak łatwo się domyślić – niezależnie od tego, którą wersję historii Myrmidona / Myrmidonów wybierzemy.

Zacznijmy może od pojedynczego Ant-Mana, co? Otóż zaczyna się od faktu, że Zeus się zakochał. W jego (i innych bogów oraz herosów) przypadku oznaczało to, że musiał wybraną osobę zdobyć: gwałtem, przemocą, podstępem i nader rzadko pytając obiekt uczuć o zdanie w tej kwestii (choć, i owszem, takie sytuacje też się zdarzały).

Tym razem wzrok Zeusa padł na Eurymeduzę (o czym mówi nam hellenistyczny mitograf i skądinąd znany geograf Eratostenes w zachowanych w cytatach u innych pisarzy fragmentach swego dzieła). Eurymeduza byłą albo śmiertelniczką, córką Klejtora, króla północnogreckiej krainy zwanej Ftiotydą, albo też nimfą – w tej wersji jej ojcem jest Acheloos, bóg największej greckiej rzeki. Jej imię w każdym razie znaczy „Szeroko znana z mądrości”, „Bardzo mądra”. Zeus nie pofatygował się, żeby z Eyrymeduzą porozmawiać – uciekł się do swojej starej sztuczki i poddał metamorfozie. Tym razem zmienił się w mrówkę i w tej postaci zgwałcił swoją wybrankę.

Tak, ja wiem, że w Internecie jest porno na każdy temat, a starożytni po pierwsze fantazjowali o rozlicznych metamorfozach, po drugie – wierzyli, że w Indiach żyją myrmeki, czyli mrówki, wielkości sporych psów – ale nawet ci starożytni mieli niejaki problem z wyobrażeniem sobie stosunku seksualnego mrówki i kobiety.  Sami Grecy i Rzymianie usiłowali racjonalizować tę historię na różne sposoby. Według jednej z wersji (znanej z pełnego oburzenia opisu bezeceństw bogów w chrześcijańskim dziele pseudo-Klemensa) Zeus nadał mrówczą postać również i Eurymeduzie (co czyni mechanikę tego pomysłu nieco, ale tylko nieco, logiczniejszą). Według innej z kolei opowieści Eurymeduza była jak Alkmena – jako wierną i lojalną żonę można było zdobyć ją jedynie przybierając postać jej małżonka, co też Zeus bez skrupułów uczynił, zamieniając się w rzeczonego męża, niejakiego Myrmeksa (Pana Mrówkę). Tu „mrówka” byłaby więc jedynie ozdobnikiem i skojarzeniem z imieniem.

Niezależnie od tego, jak było, Eurymeduza zaszła w ciążę i wkrótce urodziła syna, któremu nadała imię Myrmidon, Człowiek-Mrówka. Heroiczna kariera Myrmidona wbrew oczekiwaniom nie wygląda jakoś specjalnie… bohatersko. Wiemy o nim głównie, że się ożenił. Wybranką była córka króla Eola (ale nie władcy wiatrów, znanego z Odysei – jego imiennika, herosa-eponima Greków eolskich) i jego żony Enarety. Dziewczyna miała na imię Pejsidike („Posłuszna Sprawiedliwości”) i najwyraźniej stworzyła z Myrmidonem stadło na tyle zwyczajne, że niewiele o nim słyszymy. Wiemy tylko, że miała urodzić mężowi dwóch synów. Jednym z nim był Antyfos, który znany jest, podobnie jak jego przodkowie, przede wszystkim z mitów genealogicznych, jako ojciec licznych dzieci wżenionych w wiele mitycznych familii. Drugim był Aktor, który został królem krainy Ftyi i albo zmarł w niej bezpotomnie, albo wygnał synów, albo miał tylko jednego i stracił go tragicznie, musiał więc przysposobić sobie następcę.  I tu historia zaczyna wyglądać ciekawie.

Wróćmy na moment do obrazu Ferdinanda Bola. O, tego:

Ferdinand_Bol_-_Aegina_wacht_op_de_komst_van_Zeus

Naga dziewczyna, u której stóp czai się Amorek (i usiłuje zabrać resztki odzienia) to Ajgina. Ajgina według większości przekazów jest nimfą, konkretniej – najadą, nimfą łąki. Jej ojcem był bóg rzeki Asopos, matką nimfa Metope (sama będąca córką boga rzeki,  Ladona), a siostrą – Thebe, kochanka Zeusa i heroina, od której nazwano Teby. Ajgina także zwróciła uwagę władcy bogów – i podobnie jak Eurymeduzę w poprzednim micie i całe mnóstwo innych bohaterek, Zeus, by ją zdobyć, porzucił własną postać. U Ajginy pojawił się albo w postaci orła, albo jako wieczny płomień, po czym porwał ją i umieścił na wyspie Ojnone, której zmienił nazwę na cześć kochanki; odtąd, i do dziś, wyspa ta nazywa się Egina.

Na wyspie Ajgina urodziła Zeusowi syna Ajakosa, a potem poślubiła śmiertelnika – być może wspomnianego wcześniej Aktora, któremu także dała syna, Menojtiosa. Bracia podzielili się zadaniami: Ajakos został królem Eginy, jego brat – władcą miasta Opus w krainie zwanej Lokrydą. I teraz, wybaczcie, nastąpi większa partia genealogii – ale uwierzcie, warto się przez nią przedrzeć. Choć, OK, będzie trochę komplikacji.

Luis.jpg

Gotowi?

Najpierw Ajakos. Syn Zeusa wziął za żonę nie byle kogo: Endeis, córkę samego centaura Chejrona i jego małżonki nimfy Chariklo. Para miała dwóch synów – Telamona i Peleusa, i tu już szybkim krokiem wkraczamy w grono pierwszoplanowych bohaterów mitologii greckiej. Telamon bowiem ożenił się z Periboją, córką smoka-herosa, Kychreusa, i miał z nią syna Ajasa – tak, tego, Ajasa zwanego Większym, bohatera wojny trojańskiej.
Z Troją zresztą losy tej rodziny wiązały się od początku i w niepokojący sposób. Najpierw Ajakos został zaproszony przez Heraklesa i Posejdona do pomocy przy budowie murów miasta Troi dla ówczesnego władcy. Kiedy tylko każdy z twórców ukończył swój kawałek budowy, z morza wyłoniły się trzy smoki. Dwa nie zdołały wedrzeć się do miasta przez sekcje murów zbudowane przez bogów; udało się to jednak trzeciemu, który starał się dostać od strony muru Ajakosa. Apollo, bóg-wieszcz, zapowiedział wtedy, że jest to prorocze zdarzenie: Troja ostatecznie upadnie za sprawą potomków pechowego budowniczego.
Kim byli ci potomkowie? Ano, dziećmi i wnukami drugiego z braci, Peleusa. Podobnie jak Telamon, uczestniczył on w wyprawie Argonautów – bo trochę nie miał wyjścia. Ajakos bowiem wypędził z domu i Peleusa, i Telamona – jako że bracia dopuścili się zbrodni. Zabili mianowicie swojego przyrodniego brata. Fokos, bo tak się chłopak nazywał, był synem zgwałconej przez Ajakosa Psamate, Nereidy i bogini morskiego piasku, żony zmiennokształtnego Proteusza. Król wyspy znalazł ją kiedyś śpiącą na brzegu morza i rzucił się na nią, trzymając ją mocno (po latach jego syn Peleus identycznie postąpi z siostrą Psamate, Tetydą). Bogini na próżno próbowała przybrać postać foki i wymknąć się gwałcicielowi: w końcu przestała się opierać. Urodziła Ajakosowi syna, któremu dała na imię Fokos i który trafił na wychowanie do domu ojca, gdzie szybko stał się ulubieńcem króla. Tego nie mogli znieść synowie królowej-centaurydy: napadli na chłopca i zabili go, za co ojciec wypędził ich z domu.
To z wyprawy Argonautów, według niektórych wersji, Peleus przywiózł żonę (według innych zdobył ją później): Tetydę, morską boginię, córkę morskiego starca Nereusza. W tym momencie oczywiste już jest, jak bardzo w główny nurt mitologii greckiej zawędrowaliśmy: synem tej nieudanej i niedobranej pary jest przecież największy z herosów wojny trojańskiej, Achilles.

Achilles_fighting_against_Memnon_Leiden_Rijksmuseum_voor_Oudheden.jpg

Achilles, greckie naczynie czerownofigurowe, obecnie w Leiden Rijksmuseum voor Oudheden. Na licencji Creative Commons CC0 1.0 Universal Public Domain Dedication.

(I nie, to nie on był bezpośrednio obecny przy upadku Troi: w koniu trojańskim siedział syn jego i królewny Dejdamei, Neoptolemos). Peleus miał wyjątkowego, ale to wyjątkowego pecha do związków – ale może o tym w szczegółach innym razem, co?
Przy innej okazji pod Troją znalazł się z kolei Telamon, przyszły jeszcze wtedy stryj Achillesa. Jego z kolei zabrał tam kumpel z wyprawy Argonautów, Herakles. Panowie zdobyli miasto i Herakles sprezentował koledze brankę, królewnę Hezjone. To z jej powodu była ta wojna – Heraklesowi król Troi obiecał ją za żonę, a potem odmówił, heros ruszył więc przeciw miastu, by pomścić zniewagę. Hezjone urodziła Telamonowi syna, Teukrosa (który miał własną ciekawą mityczną historię, ale ja już za bardzo meandruję w stylu Ant-Manowego Luisa, prawda?).
Wróćmy może na moment do Ajakosa. Kiedy przyszedł moment jego śmierci, Zeus nie pozwolił synowi po prostu odejść: mianował go w zaświatach jednym z sędziów. To za bycie niezwykle sprawiedliwym i uczciwym za życia (i nie, dla Greków zgwałcenie Psamate nie ma w tym kontekście znaczenia).

Pewnie już zapomnieliście, że Ajakos sam miał przyrodniego brata, syna Ajginy i śmiertelnika? Ten brat, Menojtios, pojechał z bratankami Telamonem i Peleusem na wyprawę Argonautów, a potem wrócił do domu i się późno ożenił. Wersji imienia jego żony jest wiele, ale o żadnej z tych postaci zbyt dużo nie wiemy. Ważne jest za to imię ich syna: Patroklos.

  800px-Jacques-Louis_David_-_Patroclus_-_WGA06044.jpgJacques Louis Davis, Patroklos, olej na płótnie, ok. 1780, obecnie w Musée des beaux-arts Thomas Henry w Cherbourgu, ale miałam przyjemność widzieć ten obraz na wystawie czasowej o dziejach męskiej nagości w sztuce w Musée d’Orsay w Paryżu. Domena publiczna.

Widzicie? Zebraliśmy drużynę. Trzech kuzynów, wnuk i dwóch prawnuków Ajginy: syn jej syna Menojtiosa, Patroklos, i wnukowie jej drugiego syna, Ajakosa, Achilles (syn Peleusa) i Ajas (syn Telamona). Teraz, zanim chłopcy ruszą podbić Troję, muszą jeszcze mieć jakieś wojsko.

I tu pojawiają się nam Myrmidonowie. Ci w liczbie mnogiej. Ludzie-mrówki.

W jednej wersji ci bezwzględnie lojalni i skuteczni wojownicy są potomkami naszego Myrmidona, syna Eurymeduzy; jako że w pewnym momencie na ich wyspie władzę przejmuje Peleus, wiernie służą jego rodzinie. W innej zaś, znanej z Owidiusza, wiążą się z historią Ajginy.

W tej wersji o romansie Zeusa i umieszczeniu kochanki na wyspie Eginie dowiedziała się, no cóż, Hera. I jak to Hera, nie była zadowolona. Wściekła się do tego stopnia, że wysłała na wyspę smoka, który wyniszczył na niej wszystkich mieszkańców i większość zwierząt. Ajgina, którą ocalił władca bogów, prosiła, by dał wyspie jakichś mieszkańców i wskazała, że atak smoka przeżyły jednak jakieś żywe istoty. Tak, dobrze zgadujecie. Mrówki. To z nich Zeus stworzył nowych mieszkańców wyspy, który pozostali wierni swoim królom, potomkom Ajginy.

Achilles pod Troją jest królem i wodzem Myrmidonów, żołnierzy w zbrojach rudobrązowych jak ciało mrówki, i z ich pomocą walczy i wygrywa. Jeżeli to was nie przekonuje, że z mrówki może być dzielni wojownik, to lećcie obejrzeć Ant-Mana.

Wcale nie mała syrenka

Cały „mój” kawałek internetów przez chwilę ekscytował się, pozytywnie lub negatywnie, tym, że ta oto młoda osoba – Halle Bailey  – została nową Disneyowską Małą Syrenką. Ja oczywiście, zagrzebana po uszy w czym innym, nie miałam okazji się w temacie wypowiedzieć. Ale co mi tam, zrobię to teraz.

GettyImages-1142107652

Jak by to powiedzieć  – to poniżej to wcale nie jest syrenka.

Ariel_disney

To jest syrenka.

Odysseus and the Sirens

A nawet kilka syrenek. Siedzą sobie na skałach i trochę nie mogą się doczekać, żeby zjeść Odyseusza i jego towarzyszy.

Greckie syreny, bo o nich tu mowa, to postacie dość zagadkowe.

Ich nazwę, Σειρῆνες [sejrenes], łączy się najczęściej ze słowem σειρά [sejra, z akcentem na ostatnią sylabę], znaczącym „sznur”, „więzy”. To całkiem pasuje, zobaczcie – syreny wiążą nieszczęsne ofiary swoją pieśnią – a konotacje więzów i pętania z magią, nie tylko starożytną, są przecież bardzo mocne.

Najczęściej kojarzymy te antyczne syreny właśnie ze sceną ukazaną powyżej na słynnym attyckim czerwonofigurowym naczyniu: z konfrontacją ich morderczej magii ze sprytem i nieopanowaną ciekawością Odyseusza, któremu udało się, nie pierwszy i nie ostatni raz, zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko: i być jednym z ludzi, który słyszał pieśń syren, i jednocześnie tym, który zdołał przeżyć to doświadczenie. No, tym razem trochę mu pomogła Kirke – tak, w Odysei to ona, nie Odys, jest autorką pomysłu z przywiązaniem się do masztu. Dziwnie się jakoś o tym zapomina, wychwalając przemyślność herosa…

Wokół syren narósł później mit, jakoby pożerały swoje ofiary; czy jednak te w Odysei nie oczarowują ich, świadomie czy nie, dla samego oczarowania? Opis stosów kości na wybrzeżu ich wyspy, z których powoli odpadają gnijące resztki ciała (Odyseja XII, 39 – 58) sugeruje, tak naprawdę, obie możliwości. Pisząc o syrenach, Jane Ellen Harrison (1850-1928), jedna z twórczyń współczesnego mitoznawstwa w kontekście kultury greckiej, zwraca uwagę na inne możliwości interpretacji: według niej mężczyźni, którzy usłyszeli pieśń syren, mieli – uwiedzeni jej profetyczną treścią i obietnicami objaśnienia wszelkich tajemnic życia, zasłuchani – umierać w rodzaju nirwany wynikłej z całkowitego odrzucenia wszystkiego, co ziemskie i światowe, z zapomnienia, że trzeba jeść i pić i żyć…

O21.1Seiren

Syrena, naczynie apulijskie, IV w. p.n.e.

Dla Syren, według najpowszechniejszej wersji, spotkanie z Odyseuszem skończyło się znacznie gorzej, niż dla herosa. Część popularnych wersji mitu (np. Hyginus 141) mówi, że Syreny były dotknięte klątwą: mogły żyć tak długo, póki żaden śmiertelnik nie zdołał wymknąć się po usłyszeniu ich pieśni. Wyczyn Odyseusza sprawił, że rzuciły się do morza i utonęły (może z wyjątkiem jednej, ale o niej później).

A może jednak było inaczej? Odyseusz nie był przecież jedyny. Przed nim inny śmiertelny heros usłyszał pieśń Syren – choć może wcale jej nie słyszał. Apollonios z Rodos (Argonautyki IV, 885 – 922) opisuje scenę, w której do wyspy Syren zbliżają się, w swojej podróży powrotnej do domu, Argonauci pod dowództwem Jazona. Już-już słychać było w powietrzu dźwięki magicznej pieśni, kiedy na pokładzie pojawił się Orfeusz ze swą lirą. Jego muzyka i cudowny głos, wraz z szumem wiatru i morza, zagłuszyły głosy syren. Usłyszał je tylko jeden z towarzyszy Jazona, młodego Butesa, syna Zeuksippe (która mogła być nimfą, jako córka boga rzeki, Eridanosa). Butes jednak nie zginął: choć rzucił się do morza, by dopłynąć do Syren, nie zdołał: z wody porwała go Afrodyta, która zabrała go na Sycylię, gdzie zatrzymała go jako kochanka (i urodziła mu syna Eryksa, od którego, a raczej od założonego przez którego miasta, pochodzi jej znany rzymski przydomek Ericina). Butes byłby więc trzecim śmiertelnikiem, który usłyszał syrenią pieśń i przeżył.

Czy Syreny umarły po spotkaniu z Odyseuszem, czy nie, to jedna sprawa. Skąd jednak w ogóle wzięły się na tamtej samotnej wyspie? I kim były, zanim stały się echami zabójczych głosów w morskim powietrzu?

 

Mitologia najczęściej widzi w Syrenach córki boga rzeki, Acheloosa, co na zdrowy mitologiczny rozum czyniłoby je nimfami (o czym później). Ich matką miała być albo śmiertelna królewna imieniem Sterope (Apollodoros, Biblioteka 1, 63), albo któraś z Muz – może Terpsychora (Argonautyki IV, 892), albo, co może wydawać się najlogiczniejsze (ale gdzie mitologia, a gdzie potocznie rozumiana logika!) muza pieśni, Melpomene (Hyginus, Apollodoros). W Helenie Eurypidesa pojawia się jeszcze jedna sugestia, widząca w Syrenach bóstwa o genealogii znacznie starszej – córki Gai/ Ziemi, zapewne zrodzone albo partenogenetycznie, albo ze związku z Uranosem.

Najczęściej przekazuje się trzy warianty imion Syren. Często nosiły imiona  Telxiope, Telxinoe i Telxiepea (wszystkie związane z rzeczownikiem θέλξις, thelxis, oczarowanie, czar); znaczyłyby one mniej więcej tyle co Oczarowująca Obliczem, Oczarowująca Umysłem, Oczarowująca Słowami.  Drugi zestaw imion Syren to mające dość zbliżone znaczenia Molpe, Peisinoe i Aglaofonos – Pieśń, Ta, Która Przekonuje Umysły i Ta O Cudownym Głosie. W trzecim wreszcie z popularnych wariantów mamy cztery Syreny: Ligeję, Leukozję, Aglaope i Partenope. Zostawmy tę ostatnią (O Dziewiczym Obliczu) i zauważmy, że znów mamy imiona z tej samej sfery znaczeń (O Jasnym/Wysokim Głosie, Biała, O Jasnym Obliczu). Oczywiście, czasem te imiona się łączyły na różne sposoby – u Hezjoda na przykład w Katalogu kobiet mamy Telxiope lub Telxinoe, Molpe i Aglaofonos.

Młode Syreny – może właśnie jako nimfy? – były, według dość powszechnej zgody mitografów, towarzyszkami córki Demeter, Kory, którą bawiły swoimi pieśniami. Widzicie to, prawda? Syreny, jeszcze bez skrzydeł, z ich wieszczą pieśnią, zbyt potężną dla śmiertelnych, i dziewczynka, która ma stać się królową umarłych i panią życia i śmierci, słuchająca ich muzyki…

Greckie syreny nie mają rybich ogonów: mają ptasie skrzydła, nogi i korpusy, dodane do kobiecych głów. Tę ptasią formę nadała im, według niektórych mitografów, Demeter, by ułatwić poszukiwanie ich porwanej przyjaciółki, swojej córki (Owidiusz, Metamorfozy, 552 i nast.) – choć według innych ukarała rzeczne nimfy przemianą w ptasiokształtne kobiety, gdyż nie zdołały uratować Kory przed porywaczem… (Hyginus 141). W mitologii greckiej taka pół-kobieca, pół-ptasia forma skojarzona jest jednocześnie z potwornością, śmiercią i wieszczymi talentami – mają ją Kery, boginie śmierci w bitwie, zbierające się w postaci czarnych ptaków po skończonych walkach, mają harpie, mordercze, choć, jak wiemy z Eneidy, obdarzone zdolnością wróżenia. Syreny znakomicie do tego modelu pasują.

Syreny – przez swą pełną zabójczej wiedzy pieśń, przez władzę nad życiem, przez związki z Korą/Persefoną, przed podobieństwo do Ker i harpii – związane są wyraźnie ze śmiercią i zaświatami. W sztuce greckiej i rzymskiej często spotykamy się z wizją Syreny-psychopompa/płaczki, związanej z grobami i pochówkami, opłakującej zmarłych.

320px-Funerary_siren_Louvre_Myr148

Syrena-płaczka, figurka z Myriny (Grecja), I w. p.n.e.

Czym jest pieśń Syren? Dla mnie nie ma jej doskonalszego oddania, niż w krótkim, olśniewającym wierszu Rilkego (tu w przekładzie innego olśniewającego poety):

Kiedy owym, które go gościły
i pytały, jeszcze w późny wieczór,
o podróżnych niebezpieczeństw siły,
opowiadał cicho: nie mógł przeczuć,

jaka trwoga w ich słowach trzepoce,
że i one, i on wiedzą o tem,
jak w ściszonej błękitem zatoce
wyspy owe obsiewają zlotem,

które czyni, że niebezpieczeństwo
znika; bo nim nie jest szum, co rośnie,
ani fal rozhukanych szaleństwo,
lecz zagarnia żeglarzy bezgłośnie,

którzy wiedzą, że kędyś wyrosła
z złotej wyspy pieśń na widnokręgu,
więc wspierają się ślepe o wiosła,
już w kręgu

owej ciszy, z której w uszy wioną
wszystkie dale wzniesione dokoła,
tak jak gdyby był jej drugą stroną
śpiew, którego nikt przemóc nie zdoła.
(przeł. K.K. Baczyński)

Cisza, wiecie? Cisza, gotowa na słowa i melodię, których nie da się odsłyszeć, na wiedzę nie do zapomnienia, na potęgę nie dla ludzkiego ucha przeznaczoną, ukrytą w słowach i muzyce.

Z41.1Seirenes

Wyspa Syren, mozaika rzymska, Bardo (Tunezja), II/III w. n.e.

Mieliśmy na moment jeszcze wrócić do Syreny, co to być może nie umarła z pozostałymi, i do Partenope. To właśnie ona w niektórych wersjach jest tą ocalałą Syreną. Według popularnej lokalnej legendy, Partenope, żywa lub martwa, przyczyniła się do założenia Neapolu – albo bowiem mieszkańcy zbiegli się i oddali boską cześć wyrzuconej na brzeg martwej półbogini, albo to ona sama, jak najbardziej żywa, stała się miastem lub jego założycielką. W tej ostatniej, rzymskiej wersji, Partepone osiadła w Zatoce Neapolitańskiej, gdzie byłoby jej całkiem dobrze, gdyby nie natrętny centaur imieniem Wezuwiusz, który uparł się, żeby ją zauroczyć, a jak się nie uda – zgwałcić. Syrenie pomógł w końcu Jowisz, który zamienił natręta w – no serio, to chyba oczywiste, w co – i umożliwił Syrenie spokojne życie. To dlatego wulkan Wezuwiusz jest tak zawzięty i gotowy zniszczyć miasto naszej Syreny…  Ta opowieść być może związana jest z greckim jeszcze mitem (znanym z dziwacznych, fragmentarycznych aleksandryjskich źródeł), w którym to Syreny spowodowały ostateczną zagładę Centaurów.

Delle_imprese_trattato_detail

Szesnastowieczna ilustracja, przedstawiająca Partenope gaszącą płomienie Wezuwiusza wodą z własnych piersi. Ten sam motyw ukazany jest na znanej neapolitańskiej fontannie Spinacorona. 

A co z Arielką, zapytacie? Ano, Arielka nie jest żadną syreną, przynajmniej według greckiego nazewnictwa. Jest Nereidą – morską dziewczyną z rybim ogonem. A Nereidy to zupełnie inna historia, zapewne na jakiś następny raz :). Oczywiście, nie zamierzam toczyć wojen o utarte już znaczenie słowa „syrena” w językach nowożytnych – zupełnie mi ono nie przeszkadza, choć jednocześnie uważam, że warto czasem zajrzeć do etymologii i źródeł, poszukać starych, intrygujących historii.

Prawdziwa miłość

Słowa-klucze: Rzym, homoseksualizm, puer delicatus, recepcja antyku.
Będzie o romansie męsko-męskim, więc komu nie po drodze z takimi tematami, niech się czuje ostrzeżony.

Hadrian

Takie oto piękne, naprawdę piękne zdjęcie wrzucił Walentynkowo jeden z moich ulubionych okołoantycznych blogów, Following Hadrian, na swoją stronę fejsbukową. A ja sobie pomyślałam: okej, do trzech razy sztuka. Nosiłam się z notką o Antinoosie i Hadrianie z okazji urodzin tego pierwszego, a potem tego drugiego. Nie zdążyłam. I dobrze, teraz będzie okazja.

Mottem dzisiejszej notki powinno być motto bloga: Starożytność to obca planeta. Nie, nie próbuję powiedzieć, że kulturowo nie mamy nic wspólnego z tamtymi czasami, wręcz przeciwnie: dziedziczymy po nich mnóstwo rzeczy, często nawet nie zdając sobie sprawy, skąd biorą się niektóre nasze imiona, historie, przesądy… Natomiast antyk grecko-rzymski bywa przestrzenią z innej planety ze względu na kulturowe różnice między nimi a nami tu i teraz.

Przykład? A proszę bardzo, na zdjęciu powyżej.

W tym tu wpisie chciałabym powiedzieć, z grubsza, o dwóch różnych i rozdzielnych sprawach. Jedną jest fakt, zupełnie mnie nie dziwiący, że pary niehetero też chcą mieć swoje mity i opowieści o miłościach idealnych, tragicznych, ponad grób, wzniosłych, niezwykłych. W tym kontekście gloryfikacja historii o romansie cesarza-intelektualisty z urodziwym młodzieńcem z Bitynii, o tragicznej śmierci tego drugiego i rozpaczy pierwszego zupełnie nie zaskakuje jako powracający przez wieki model homoseksualnej fascynacji i miłości. Bo pewnie, happy endy i historie o tym, że żyli długo i szczęśliwie są życiowo znacznie lepsze, ale miłosne tragedie też mają swoją kulturową nośność (z klasycznych tragedii miłosnych wystarczy wspomnieć Romea i Julię czy Tristana i Izoldę).

285px-0024MAN-Antinous

Antinoos z Patras, obecnie w Muzeum Narodowym w Atenach. Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, autor: Ricardo André Frantz, użyte na podstawie licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported

Przez długie wieki europejskiej kultury Antinoos – podobnie jak Ganimedes – używany był jako symbol homoerotycznej pasji i fascynacji. Jego legendarna uroda, tragiczne losy, a także, niebagatelnie, fakt, że dzięki ubóstwieniu go przez Hadriana po roku 130 n.e. wykonano ogromną ilość jego portretów, z których sporo zachowało się do dziś, sprawiły, że pojawiał się, zwłaszcza od XVIII wieku, nader często w kontekstach kulturowych kodujących homoseksualne pożądanie  (lub mówiących o nim otwartym tekstem). Od aluzji i wzmianek u postaci mniej lub bardziej otwarcie homoseksualnych intelektualistów europejskich, od Fryderyka Wielkiego po Oscara Wilde’a, przez użycie jego postaci jako powszechnie czytelnego kodu w kulturze (popatrzcie np. na dziewiętnastowieczną karykaturę – często można w niej znaleźć wizualne odwołania do postaci Antinoosa w powiązaniu z sugestią homoseksualnej orientacji karykaturowanego), po literackie odniesienia w twórczości Rilkego, wspomnianego Wilde’a, Pessoi, po, wreszcie, klasyczną powieść Marguerite Yourcenar  – Antinoos kojarzony jest wprost z erotyczną męsko-męską fascynacją.

 

Trailer do opery Hadrian Rufusa Wainwrighta z librettem Daniela McIvora (prapremiera Toronto 2018). W wizji Wainwrighta (skądinąd jednego z moich ulubionych popularnych muzyków) historia Hadriana i Antinoosa też jest, oczywiście, przede wszystkim opowieścią o miłości i pożądaniu (i perfidii, jak to w operze, ale to osobna sprawa)

Opowieść o Hadrianie i Antinoosie czytana dziś jako historia wielkiej wzajemnej miłości między dwoma mężczyznami zupełnie więc nie dziwi – i ma swoje znaczące miejsce w historii europejskiej kultury. Natomiast – hmm, spróbujmy przyjrzeć się jej rzymskim realiom i umieścić je we współczesnym kontekście.

Hadrian urodził się w roku 76 n.e., kiedy więc – zapewne około 123 n.e. – spotkał Antinoosa, miał jakieś czterdzieści siedem lat. Antinoos, urodzony wedle wszelkiego prawdopodobieństwa w 111 n.e., miał dwanaście. Jeżeli, jak twierdzi większość biografii, Antinoos został kochankiem cesarza około roku 128, to miał wtedy lat mniej więcej siedemnaście, a Hadrian – pięćdziesiąt dwa. Ta data wiąże się głównie z faktem, że to wtedy Antinoos, w orszaku cesarza, wyruszył z nim na objazd prowincji cesarskich. Nie bardzo są na to inne dowody – pierwsza wzmianka o Antinoosie jest wiersza z roku 130 n.e., można ewentualnie coś tam wnioskować z tak zwanego Obelisku Antinoosa (o którym kiedy indziej), ale znajdująca się tam fraza jest niejasna i niewiele mówiąca (wyrósł na pięknego młodzieńca).

Antinous_Pio-Clementino_Inv256_n3

Antinoos jako Dionizos-Ozyrys, Muzea Watykańskie. Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, domena publiczna.

I teraz tak. Drodzy czytelnicy nie siedzący za bardzo w tematyce antycznej, zamierzam wam powiedzieć rzecz dla współczesnego człowieka raczej nieprzyjemną. Biorąc pod uwagę greckie i rzymskie podejście do erotycznej fascynacji młodzieńcami i męskiej urody, siedemnaście lat to już całkiem, całkiem sporo; statystycznie Antinoos miał spore szanse zostać kochankiem Hadrian w wieku znacznie młodszym i tak, te dwanaście-trzynaście to jest mniej więcej kulturowa norma. Pierwszym problemem z punktu widzenia współczesnego odbiorcy – bo, że powtórzę, nie Rzymian! – byłaby więc bardzo duża różnica wieku i co najmniej młodzieńczy wiek Antinoosa.

Zaraz zaraz, zapytacie, to Rzymianie nie mieli określonego wieku zgody na stosunki seksualne? No trochę jakby miewali, w różnych epokach; wiązał się on jednak nie tylko i nie tyle z wiekiem, co z wiekiem plus pozycją społeczną. Zostawmy na boku kwestie republikańskiego prawodawstwa i istnienia/ właściwego znaczenia słabo nm dziś znanej (nie zachował się tekst, a tylko wzmianki na jej temat) ustawy zwanej lex Scantinia z roku 149 p.n.e., która regulowała – albo nie – kwestię penalizacji stosunków seksualnych z wolno urodzonymi nieletnimi młodzieńcami i/lub pozycję obywateli, którzy w homoseksualnej relacji przyjmowali bierną…

Okej, rozpędziłam się. Mam wrażenie, że zapomniałam powiedzieć o jednej bardzo istotnej rzeczy, która – choć oczywista dla badaczy starożytności – dla współczesnego człowieka też jest dziś z innej planety. Otóż tak, Rzymianie mieli swoje przekonania na temat tego, jakie formy seksu/ z kim uprawiane są nie w porządku. Zasadniczo w całości jest to temat na zupełnie inni wpis, ale jedno warto podkreślić: podział na akceptowalne/ nieakceptowalne NIE przebiegał wobec tego, jakiej płci osobę bierzemy za partnera. Znajdował się w innym miejscu –  a mianowicie dotyczył kwestii, jaką rolę przyjmujemy w seksie, bierną czy czynną. Bierna była okej – dla kobiet, niewolników, wyzwoleńców, ale, o ile wiemy, nie dla mężczyzn i młodzieńców wolno urodzonych. Oczywiście, nadejście cesarstwa wiele zmieniło w sposobie postrzegania przez Rzymian tego, co wolno, a czego nie wolno (zwłaszcza princepsowi, i to też jest temat na odrębną notkę), ale poczucie, że dla dorosłego wolnego mężczyzny bycie biernym partnerem seksualnym by(wa)ło (1) problematyczne, pozostało.

Status społeczny Antinoosa jest niepewny: źródeł pisanych na jego temat w ogóle jest niewiele, sporo z nich to naturalnie niechętne mu (jako nowemu ogłoszonemu przez ekskochanka bogu) pisma chrześcijańskie. Według tych źródeł Antinoos był albo Grekiem, albo Bityńczykiem, wolnym, niewolnikiem albo wyzwoleńcem.  U autorów chrześcijańskich pojawia się nawet sugestia, że był eunuchem – byłaby to jadowita ironia losu, zważywszy, że to Hadrian wprowadził prawo zakazujące kastracji zarówno wolnych mężczyzn, jak i wyzwoleńców i niewolników.

Kontrowersję wokół Antinoosa – eunucha zostawiam sobie na kiedy indziej – pewnie na notkę o jego śmierci, bo wbrew pozorom akurat tam ta kwestia byłaby nie bez znaczenia; jak blog dotrwa do października, to obiecuję taką notkę.

800px-Warren_Cup_BM_GR_1999.4-26.1_n2

Strona B tak zwanego Pucharu Warrena (którego autentyczność, zaznaczam od razu, bywa czasem poddawana w wątpliwość, choć artykuł Luki Giulianiego z 2015 roku wydaje się rozstrzygać większość wątpliwości na rzecz autentycznego pochodzenia tego obiektu z cesarskiego Rzymu). Srebrne naczynie, obecnie w British Museum, przedstawia dwie sceny miłosne między młodzieńcami a mężczyznami, „grecką” (A) i „rzymską” (B). Chłopiec w tej scenie to właśnie puer delicatus. Zwróćcie uwagę na jego wiek i różnicę wieku między nim a mężczyzną.
Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, domena publiczna.

 

Niezależnie od wszystkiego, Antinoosa, w społecznym kontekście, najlepiej pewnie byłoby nazwać puer delicatus, słodki chłopiec, tłumacząc swobodnie. Kim jest taki puer delicatus? Ano, kochankiem pana; często bardzo młodym; często niewolnikiem. Nawet jeśli nie, to osobą życiowo od pana zależną. Możemy sobie do woli czytać poezję, w której rzymscy autorzy (jak na przykład Tibullus) skarżą się, że popadli w niewolę u ukochanych, że młodzieniec trzyma jego życie w swoich aksamitnych dłoniach etc. etc. etc. Wiadomo, że to gra i literacki topos, z realną życiową sytuacją mający niewiele wspólnego. A realna sytuacja jest taka, że puer delicatus nie ma za bardzo szans wypowiedzenia się w kwestii takiej relacji: jego raczej nikt o zgodę na seks z panem/ zamożnym klientem, jeśli mówimy o chłopcu zatrudnionym w seksbiznesie, nie pytał.

No i mamy drugi problem, kompletnie nieistotny z punktu widzenia rzymskiej moralności, mocno kłopotliwy dla nas. Bo seks bez zgody drugiej strony to gwałt, prawda?

Nie wiemy tak naprawdę, co Antinoos czuł do Hadriana, choć znamy, oczywiście, uczucia Hadriana, widoczne i w żałobie po Antinoosie, w tym – w towarzyszących jej gestach zakładania miast, wyroczni etc. ku czci chłopca, jak i w uczynieniu go bogiem. Co możemy powiedzieć? Niewiele, i chętnie bym to sobie zostawiła na osobną notkę, pewnie tę o śmierci Antinoosa. Na razie jednak podsumujmy: jak życzliwie byśmy nie rekonstruowali tej historii, pozostaje ona akceptowalna dla Rzymian, natomiast z naszej perspektywy nie bardzo nadaje się na opowieść o wielkiej, wzajemnej miłości.

Pamiętniki

A jak już mowa o recepcji – w odróżnieniu od wielu innych postaci antyku, Hadrian i Antinoos doczekali się, jako bohaterowie, naprawdę znakomitej powieści – i to, jak widać, dostępnej po polsku. Polecam serdecznie. Zdjęcie z archiwum allegro.pl

A teraz, zataczając kółko i wracając do początku: nie zmienia to faktu, że relacja między cesarzem a jego nastoletnim kochankiem stała się ważnym kulturowo modelem homoseksualnego romansu. Z recepcją motywów (nie tylko antycznych) tak zwykle jest: tak naprawdę w pewnym momencie szczegóły modelu stają się nieistotne, a kluczowym okazuje się to, co dalsze kultury wybrały jako warte przekazania. Niewiele osób byłoby dziś skłonne postrzegać Prometeusza jako zawziętego, zarozumiałego i pełnego pychy typa, który nie godzi się z tym, że władza nad światem się zmieniła i nie sprawują jej już jego bliscy krewni – a taki obraz jak najbardziej da się ze źródeł wyczytać. Nie, my w nim widzimy nadludzkiego, mesjańskiego herosa, dobrowolnie cierpiącego za to, że był dobry dla ludzi. Po prostu motyw po przetworzeniu i recepcji zasadniczo różni się od tego zastanego, z miliona powodów, o których też pewnie kiedyś napiszę. I tak samo jest z Hadrianem i Antinoosem: kolejne pokolenia twórców widziały w nich przecież przede wszystkim historię o miłości młodego mężczyzny do ukochanego, o tęsknocie i żałobie. Te dwie opinie – to, jak byśmy dziś taki związek postrzegali i to, jaką on kulturową rolę odgrywa(ł), wbrew wszelkim pozorom nie są sprzeczne.

(1) Eva Cantarella, badaczka rzymskiej seksualności, postawiła tezę, że ta opinia znacząco osłabia się od czasów Cezara i Augusta, ze względu na popularne pogłoski dotyczące ich obu; znowu, temat raczej na osobny wpis niż rozwijanie tutaj 🙂

 

Warto przeczytać:

Royston Lambert, Beloved and God: The Story of Hadrian and Antinous, London 1984

Sarah Waters, „The Most Famous Fairy in History. Antinous and Homosexual Fantasy”, Journal of the History of Sexuality, Vol. 6, No. 2 (Oct., 1995), pp. 194-230

Eva Cantarella, Bisexuality in the Ancient Word, Yale University Press, New Haven 1992

Luca Giuliani, „Der Warren-Kelch im British Museum. Eine Revision”, Zeitschrift für Ideengeschichte, IX, no. 3: 89–110, 2015