Święty grzyb, czyli teorie spiskowe

Serię o teoriach spiskowych związanych z antykiem otwórzmy jedną z bardziej (nie)sławnych książek je głoszących: The Sacred Mushroom and the Cross Johna Allegro, z 1970 roku.

okładka saacfred mushrpopom

Wyjściowe założenie książki Johna Allegro jest niewątpliwie a) niegłupie, b) wielce prawdopodobne. Jest nim mianowicie wskazanie, że w przypadku religii Bliskiego Wschodu, w tym – judaizmu i chrześcijaństwa – istotnym czynnikiem w ich kształtowaniu się były elementy tradycji szamańskiej, związanej z transowością, specyficznymi formami profetyzmu oraz użyciem świętych roślin i grzybów halucynogennych. Nie ma wątpliwości, że ślady takich tradycji są w Biblii hebrajskiej widoczne i że odbijają one wcześniejszy stan cywilizacyjny (1). Punkt wyjścia The Sacred Mushroom and the Cross jest, że powtórzę, całkowicie naukowo akceptowalny.

Plaincourault_webFresk z kaplicy w Plaincourault (Francja), przedstawiający Adama i Ewę pod Drzewem Wiadomości Dobrego i Złego, które tu ma postać grzyba, być może Amanita muscaria. XII wiek.

To chwilę później zaczynają się problemy.

Pierwszą ważną przesłanką Johna Allegro jest bowiem założenie, że na terenie Izraela/Palestyny/Judei istniała misteryjna grupa, wymagająca inicjacji w swoje obrzędy i posługująca się w rytuałach świętymi substancjami zmieniającymi świadomość. Znowu, to zupełnie nie jest nieprawdopodobne, istnieją liczne precedensy dla tego typu grup na przykład z tradycji greckiej. John Allegro jednak widzi tę grupę nie jako odłam judaizmu, ale jako istniejącą odrębnie, bardzo pierwotną, wywodzącą się wprost z tradycji religii Mezopotamii i kultów płodności (stąd np. idea Boga Ojca – wywiedziona nie z relacji Jahwe z Izraelem, ale z idei boskiego penisa zapładniającego Matkę Ziemię; uprzedzę fakty – boski penis będzie w tym tekście powracał z nużącą regularnością (2)) grupę. Autor nazywa ją właściwym chrześcijaństwem (to, co my nazywamy chrześcijaństwem, jest w jego oczach herezją, która wygrała). Większość śladów istnienia tej grupy została wymazana wspólnym wysiłkiem Żydów, Rzymian i chrześcijaństwa takiego, jakie dzisiaj znamy. Yup, SPISEK. Pozostały idee, obecne w dzisiejszym chrześcijaństwie, ale tak naprawdę w nim kompletnie niezrozumiałe.

Czemu są niezrozumiałe? Ano dlatego, twierdzi Allegro, że nigdy nie było rabbiego imieniem Jeszua/ Jezus, ani nie zdarzyły się przypisywane mu czyny. Jezus był bowiem jedynie kodem, imieniem, które miało zmylić niewtajemniczonym, a jednocześnie pozwolić zachować świętą, niewypowiadalną wiedzę w formie czytelnej dla wtajemniczonych i wyznawców. Gdy zaś taki tekst wpadał w ręce niepowołane – cóż, pozostawały opowieści, których symboliczny sens był niezrozumiały, dało się je za to odczytać dosłownie.

Niestety, twierdzi autor The Sacred Mushroom and the Cross, historia potoczyła się niespodziewanie: w koszmarnie krwawej żydowsko-rzymskiej wojnie lat 66 – 70 n.e. zginęło zbyt wielu wysoko wtajemniczonych. Tekst-kod – znany nam dziś jako Nowy Testament – w zasadzie przestał być zrozumiały na swoim symbolicznym poziomie. Odczytany dosłownie, jako historia religijnego przywódcy imieniem Jezus, stał się początkiem chrześcijaństwa, jakie dziś znamy. Zakodowano w nim bowiem, pod postacią historii nauczyciela imieniem Jezus, prawdę znacznie bardziej prawdziwą (zdaniem autora).

I tu się pojawia grzyb.

Grzyb jest – tu Allegro ma sporo racji – był przez starożytnych kojarzony z piorunem (grzyby rosną, jak wierzyli Grecy, po burzy). Jest więc (to już Allegro) produktem boskiego penisa, poczętym dziewiczo z ziemi, rosnącym bez korzenia. Widzicie analogie do poczęcia z dziewicy? Ja nie bardzo, autor – zdecydowanie. Jako taki, grzyb zawiera szczególną koncentrację boskiego nasienia – znaczy, ma właściwości halucynogenne.

Oczywiście, sam grzyb jest też fallusem, bo ta książka jest jednym wielkim hymnem do fallusa, erekcji i nasienia, nie ma strony bez odwołania do nich. Allegro rozumie kult płodności dosyć specyficznie – właśnie jako kult erekcji, seksu i penisa – i nie pozwala nam ani na moment zapomnieć, że to właśnie ten rodzaj kultu leży u podłoża jego wersji chrześcijaństwa. Podobieństwo szybko rosnącego grzyba do męskich narządów płciowych jest co najmniej równie ważne, jak jego halucynogenne właściwości.

Mówimy bowiem nie o każdym grzybie, ale o jednym, jedynym i specyficznym. Amanita muscaria. O, takim.

muchomor

Generalnie, zazwyczaj, kiedy mowa jest o Jezusie, tak naprawdę chodzi o grzyb. No chyba, że mowa o świętym Piotrze, jego imię też znaczy „grzyb” [tylko że nie – AK]. Z kolei w genealogii Jezusa (tej wskazującej na pokrewieństwo z Dawidem) wszystkie w zasadzie imiona i przydomki znaczą, zgadli/łyście, „penis”. Gdyby mi kto nie wierzył, cytuję:

The oracle of David, son of Jesse; the oracle of the erect phallus (RSV “the man who was raised on high”), the semen-smeared (RSV “anointed”) of the God of Jacob, the Na’im (“heavenly canopy”, RSV; “sweet”) of the stretched penis (RSV: “psalmist”) of Israel.

A jakby nam było mało grzybów, to dorzucę za autorem:

The name Herod, meaning “heron” (Latin ardeola) serves throughout the New Testament as a useful play on the Semitic ‘Ardila’, “mushroom”, as does the feminine form “Rhoda” who opened the door to Peter after his release from prison (Acts 12:13)

Gdybyście się zastanawiali: ponieważ muchomor jest czerwony, to Jezusa w J 19:2 ubierają w czerwoną szatę i koronę cierniową. Ta ostatnia się kojarzy z pozostałościami po obrzezaniu, ta pierwsza, tak, zgadli/łyście, z kolorem penisa. Nie wymyśliłam tego sama, zapewniam; relata refero. Aha, termin „ukrzyżowanie” co prawda odnosi się na pozór do okrutnej kary historycznie stosowanej przez Rzymian, ale w sumie chodzi o to, że jest metaforą „noszenia ciężaru kobiety”, czyli kopulacji. Nie, tego też sama nie wymyśliłam. Że Ostatnia Wieczerza = spożywanie grzyba halucynogennego, już pewnie się domyślacie.

Byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie zauważyła, że autor odnosi się także do pierwiastka kobiecego w swoim wyobrażonym „oryginalnym chrześcijaństwie”. Jest mowa i o świętej prostytutce kultowej, i o tym, że błona otaczająca młody egzemplarz niektórych grzybów jest jak łono, które przebija rodzący się grzyb-penis. W tym wszystkim jakoś zawsze wracamy do tematu seksu (i penisa).

Częścią problemu są też mocno ryzykowne pomysły językoznawcze Allegro, zaskakujące u profesora filologii. Zerknijmy na przykład na taki wywód z rozdziału III:

The Greek word daimön derives, through the Persian dew (there is a strong linguistic affinity between m and w), from a probable Sumerian original *DA…..U_NA, meaning “having power over fertility”.

Z punktu widzenia etymologii (a konkretniej słownika etymologicznego greki klasycznej), δαίμων [daimon] pochodzi od czasownika δαίομαι [daiomai], „rozdawać, rozdzielać”, a jego źródła szuka się nie w sumeryjskim (!), tylko w praindoeuropejskim rdzeniu, zapisywanym w nauce deh ; ten sam rdzeń prawdopodobnie widoczny jest w takich słowach, jak sanskryckie bhaga (znaczenia tutaj) czy staroperskie baga, „bóg”. Dew/daeva i wszelkie jego derywaty w wielu językach wywodzą się z kolei raczej z rdzenia *dyḗws, tego samego, z którego pochodzi grecki „Zeus” i nasz „dzień” (rdzeń oznacza prawdopodobnie „jasny, świetlisty”, a Zeus oryginalnie jest bogiem dziennego, jasnego nieba). Jak widać, nic się nie zgadza, wszystkie skojarzenia są mocno przypadkowe, za to mają budować argument popierający główną, obsesyjną ideę Allegro: kult świętego penisa zapładniającego ziemię.

Albo popatrzmy na taki kawałek:

The fertility god Dionysus (Greek Dionusos) , whose cult emblem was the erect phallus, was also a god of healing, and his name, when broken down to its original parts, IA-U—NU—ShUSh, is almost identical with that of Jesus, having NU, “seed”, only in addition: “Semen, seed that saves”, and is comparable with the Greek Nosios, “Healer”, an epithet of Zeus.

I wszystko by było pięknie, bo Nosios rzeczywiście znaczy “Uzdrowiciel” i faktycznie jest epitetem Zeusa, a i Dionizosa na upór można uznać za bóstwo z płodnością związane, ale etymologia tutaj jest czysto z fantazji: imię Dionizos zwykle kojarzy się z albo tradycyjnie z dios-, dopełniaczem od imienia Zeusa, ojca Dionizosa, albo z czasownikiem diemai, i z cząstką -nus(a), który według jedynego znanego nam antycznego objaśnienia znaczy „drzewo” Językoznawca i badacz mitologii, Michael Janda, widzi w imieniu Dionizosa znaczenie „ten, który pospiesza za drzewem”, rozumianym jako drzewo świata; byłby więc Dionizos bóstwem związanym z kreacją świata i z kosmologią. Żadne z tych słów nie ma, w grece, najmniejszego związku ze spermą ani nasieniem.

Skąd się skądinąd autorowi ulęgło, że „Persephone” znaczy „pochwa”, a „Kore” „penis w erekcji”, to ja nie wiem. No nie wiem, nie wymyślę, ani znajomość greki, ani mitologii mi nie pomaga (i nie, nie wierzę w sumeryjskie etymologie autora).

Ten problem wychodzi zresztą poza falliczne obsesje autora: on generalnie zestawia ze sobą fenomeny z różnych kultur, które mu się kojarzą, i uznaje je za spokrewnione, bo – bo jego zdaniem mają jakąś wspólną etymologię. Najpewniej sumeryjską. Z większością z nich jest jak z daimonem i Dionizosem: jakieś strzępy faktów przemieszane z czystą fantazją.

78891277

Pewnie widzicie już w tym momencie, czemu ta książka wywołała taką silną reakcję w świecie naukowym. No to teraz dodajcie jeden element: osobę autora. Nie mamy do czynienia, jak w przypadku przyszłych bohaterów mojego cyklu o spiskowych teoriach z antykiem w tle, z nawiedzonym pseudouczonym. Przeciwnie; kiedy John Marco Allegro publikował swoje rozważania o genezie chrześcijaństwa, był bardzo znanym archeologiem biblijnym, a jego pozycję określał fakt, że uczestniczył w oryginalnej grupie badającej Zwoje znad Morza Martwego. Miał na koncie liczne ważne publikacje. Miał pozycję i generalnie cieszył się opinią wybitnego specjalisty; kiedy pisał The Sacred Mushroom…, był profesorem teologii w Manchesterze.

Ta jedna książka zrujnowała mu karierę. Na serio wzięto ją jedynie w niektórych kręgach posthippisowskich, w nauce natomiast raz na zawsze podważyła pozycję autora. I, jakby, trochę mnie to – metodologicznie, koncepcyjnie – nie dziwi.

(1) Robert D. Miller II, „Shamanism in Early Israel”,Wiener Zeitschrift für die Kunde des Morgenlandes, Vol. 101 (2011), pp. 309-341

(2) Patrz np. męcząco szczegółowe i w sumie kompletnie zbędne dla wywodu rozważania o piorunie jako boskim orgazmie z ejakulacją, zieeeew [nigdzie nie obiecywałam, że będzie bardzo naukowo 😀 ]

Apollo i młodzieńcy

Lektura greckich tekstów mitologicznych uświadamia człowiekowi dość jasno: generalnie niezbyt fajnie było zwrócić na siebie uwagę bóstwa, ale szczególnie fatalne było to w przypadku Apollina. A już najgorzej chyba było, kiedy Apollo się w kimś śmiertelnym zakochał.

Zacznijmy może od kochanków boga sztuki, bo jest ich mniej, niż zapisanych przez mitografów dziewcząt i kobiet, które uwodził.

Na początek – kilka faktów. O ile wśród kochanek i żeńskich obiektów uczuć Apollina znajdują się zarówno śmiertelniczki, jak i boginie, o tyle wszyscy jego kochankowie to ludzie, nie ma wśród nich bogów. Dlaczego? Ano dlatego, że w dość powszechnym odczuciu Greków związek homoseksualny jest związkiem hierarchicznym, gdzie inną rolę ma do odegrania dorosły mężczyzna-kochanek, a inną – podporządkowany mu, uczący się od niego ukochany młodzieniec. Przeniesienie takiej relacji na związek bóstwa z człowiekiem jest proste – ale jak ustalić hierarchię między bogami? To zapewne dlatego w zasadzie nie mamy historii męsko-męskich romansów wśród bóstw greckich.

Kim więc byli kochankowie Apollina i jaki był ich los?

Po pierwsze – Hiakintos/ Hiacynt. W najbardziej popularnej wersji mitu był on księciem, synem króla Amyklasa i jego żony Diomede. Tu mamy, w punktu widzenia naszej wrażliwości, pewien problem: Diomede otóż była córką króla Tesalów, Lapithesa, ten zaś – synem nimfy Stilbe i, no cóż, Apollina. Zakochał się więc bóg muzyki bez pamięci we własnym prawnuku. A może być, w sumie, jeszcze gorzej: część mitografów uważa, że siostrą-bliźniaczką Hiakintosa była Dafne – tak, ta sama, którą Apollo spotkał w swoim pierwszym dniu na greckiej ziemi, po pokonaniu Pytona, i którą prześladował tak, że wolała zamienić się w drzewo…

Hyakinthos

Zefir i Hiacynt, attyckie naczynie czerwonofigurowe, dziś w Museum of Fine Arts, Boston (USA)

Hiakintosa mitologia i literatura grecka bardzo mocno wiąże z homoerotyzmem. Miał być pierwszym młodzieńcem zaangażowanym w związek z innym mężczyzną, śmiertelnikiem Thamyrisem, i pierwszym, w którym zakochało się dwóch bogów: pierwszego z nich, boga wiatru zachodniego, Zefira, Hiakintos porzucił dla Apollina (sztuka grecka jednak zachowała dla nas całkiem sporo scen erotycznych, ukazujących Zefira i królewicza, patrz wyżej).

The_Death_of_Hyacinthos.gif

Jean Broc, Śmierć Hiacynta, olej na płótnie, 1801, dziś w muzeum w Poitiers (Francja).

Nie dajmy się nabrać dziewiętnastowiecznej sztuce: Hiakintos miał małe szanse być wiotkim chłopcem o delikatnych dłoniach, bladej cerze i długich blond lokach. W Sparcie i leżących niedaleko Amyklach, skąd pochodził jego ród, Hiakintosa czczono jako herosa-wojownika, idealnego młodego żołnierza, a mitografowie wspominają, że on i Apollo najchętniej spędzali czas na polowaniu, wspinaczce i ćwiczeniach sportowych. To właśnie w trakcie tych ostatnich zazdrosny Zefir sprawił, że Apollo zabił kochanka: bóg wiatru pchnął dysk rywala tak, że ten uderzył Hiakintosa w czoło i zabił na miejscu. Na nic zdały się moce leczenia, jakimi dysponował Apollo, bóg-uzdrowiciel: ukochanego nie ocalił. Tradycja świąt ku czci Hiakintosa w Amyklach sugerowałaby jakiś mit o jego wskrzeszeniu, być może analogiczny do opowieści o Adonisie/ Attisie / Dafnisie itd.; najpowszechniejsza wersja mówi oczywiście o metamorfozie i o powstaniu z krwi Hiakintosa kwiatu hiacynta.

Istnieje drugi, niemal identyczny mit, tym razem dotyczący młodzieńca imieniem Hymenajos, rodem z Arkadii; Apollo miał go pokochać, a potem, przypadkiem, zabić dyskiem podczas ćwiczeń.

800px-Cyparissus_mg_0159

Jacopo Vignali, Kyparissos, lata 70. XVII w., olej na płótnie; obecnie w Muzeum Sztuk Pięknych w Strasbourgu.

Inny z kochanków Apollina, Kyparissos, też skończył tragicznie. Kyparissos był księciem wyspy Keos, słynnej między innymi z tego, że żył tam cudowny jeleń, ulubieniec bogów i ludzi. To boskie zwierzę o złotych rogach, łagodne i życzliwe, zostało przypadkiem zabite przez młodego królewicza podczas polowania. Kochanek Apollina nie dał się pocieszyć po tym wypadku – był do jelenia przywiązany, często chodził razem z nim do źródła i traktował go jak przyjaciela. Nic nie pomogło – nawet zaklęcia i prośby zakochanego boga. Kyparissos po długim okresie smutku postanowił ostatecznie odebrać sobie życie. Apollo, który go kochał, nie pozwolił mu umrzeć, odebrał mu jednak udrękę i świadomość: przemienił ukochanego w cyprys, drzewo smutku.

The_Awakening_of_Adonis_-_John_William_Waterhouse_(1899)

John William Waterhouse, Przebudzenie Adonisa, 1899-1900, olej na płótnie, kolekcja prywatna (obraz należy do Andrew Lloyda Webbera, tak skądinąd).

Kochankiem Apollina miał być też Adonis, tu traktowany jak wcielenie antycznego greckiego rozumienia biseksualności: mitografowie (a konkretnie Ptolemeusz Hefajstion w I/II w. n.e.) wskazują, że był jednocześnie kochankiem Apollina i Afrodyty, z nią uprawiając seks jak mężczyzna, z nim – jak kobieta (yup, tak to sobie właśnie Grecy tłumaczyli). Adonis też umarł młodo, zabity na polowaniu przez dzika (i to jest dłuższa historia, o której kiedyś). Skądinąd według tegoż samego mitografa to Apollo miał osobiście zabić Adonisa, zmieniwszy się w dzika – nie z zazdrości, bynajmniej, a z powodów rodzinnych: Afrodyta miała oślepić jednego z synów boga poezji, kiedy ten podglądał, jak ona i Adonis uprawiali seks. Apollo, wściekły za tę niesprawiedliwą jego zdaniem karę, a nie mogąc zemścić się na bogini miłości, wyładował swój gniew na dawnym kochanku. Przyznajmy jednak uczciwie, że wersja ta jest znana tylko z jednego źródła: zazwyczaj dzik, który zabija Adonisa, jest albo wyjątkowo groźnym zwierzęciem pokonującym niedoświadczonego łowcę, albo – Aresem, chcącym odzyskać Afrodytę per fas et nefas.

Constance_Phillott_-_The_Herdsmen_of_Admetus

Constance Philippot, Pasterze króla Admeta, ok. 1890, kolekcja prywatna. Ten młodzieniec z lirą pod drzewem to zapewne służący królowi jako pasterz Apollo.

Zostaje jeszcze jedna historia miłosna z Apollinem jako kochankiem, zagadkowa i intrygująca. Kiedy mianowicie Apollo podpadł ojcu, Zeus zesłał go karnie na ziemię, by tam, w ludzkiej postaci, przez rok służył jako pasterz u króla Tesalii Admeta, znanego z odwagi i uczciwości. Kto się tu w kim pierwszy zakochał, nie wiadomo – starożytni poeci jednak już od czasów Kallimacha (III w. p.n.e.) uznają króla i boga-pasterza za kochanków. Apollo musiał rzeczywiście darzyć Admeta uczuciem – w końcu to dla niego upoił winem Mojry i namówił je, by pozwoliły Admetowi wrócić do życia, jeżeli po jego śmierci znajdzie się śmiertelnik, który poszedłby do Hadesu za niego! (i znalazł się, a raczej – znalazła, a może wręcz – została znaleziona, czy tego chciała, czy nie, i Eurypides napisał o tym wspaniały dramat, a ja kiedyś napiszę osobną notkę).
Przy czym niech sobie nikt nie wyobraża, że kobiety miały z Apollinem łatwiej. Zazwyczaj nie miały – choć jest kilka przykładów szczęśliwych związków Apollina z dziewczętami i nimfami, przeważają te tragiczne; o tym jednak już następnym razem.

Wcale nie mała syrenka

Cały „mój” kawałek internetów przez chwilę ekscytował się, pozytywnie lub negatywnie, tym, że ta oto młoda osoba – Halle Bailey  – została nową Disneyowską Małą Syrenką. Ja oczywiście, zagrzebana po uszy w czym innym, nie miałam okazji się w temacie wypowiedzieć. Ale co mi tam, zrobię to teraz.

GettyImages-1142107652

Jak by to powiedzieć  – to poniżej to wcale nie jest syrenka.

Ariel_disney

To jest syrenka.

Odysseus and the Sirens

A nawet kilka syrenek. Siedzą sobie na skałach i trochę nie mogą się doczekać, żeby zjeść Odyseusza i jego towarzyszy.

Greckie syreny, bo o nich tu mowa, to postacie dość zagadkowe.

Ich nazwę, Σειρῆνες [sejrenes], łączy się najczęściej ze słowem σειρά [sejra, z akcentem na ostatnią sylabę], znaczącym „sznur”, „więzy”. To całkiem pasuje, zobaczcie – syreny wiążą nieszczęsne ofiary swoją pieśnią – a konotacje więzów i pętania z magią, nie tylko starożytną, są przecież bardzo mocne.

Najczęściej kojarzymy te antyczne syreny właśnie ze sceną ukazaną powyżej na słynnym attyckim czerwonofigurowym naczyniu: z konfrontacją ich morderczej magii ze sprytem i nieopanowaną ciekawością Odyseusza, któremu udało się, nie pierwszy i nie ostatni raz, zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko: i być jednym z ludzi, który słyszał pieśń syren, i jednocześnie tym, który zdołał przeżyć to doświadczenie. No, tym razem trochę mu pomogła Kirke – tak, w Odysei to ona, nie Odys, jest autorką pomysłu z przywiązaniem się do masztu. Dziwnie się jakoś o tym zapomina, wychwalając przemyślność herosa…

Wokół syren narósł później mit, jakoby pożerały swoje ofiary; czy jednak te w Odysei nie oczarowują ich, świadomie czy nie, dla samego oczarowania? Opis stosów kości na wybrzeżu ich wyspy, z których powoli odpadają gnijące resztki ciała (Odyseja XII, 39 – 58) sugeruje, tak naprawdę, obie możliwości. Pisząc o syrenach, Jane Ellen Harrison (1850-1928), jedna z twórczyń współczesnego mitoznawstwa w kontekście kultury greckiej, zwraca uwagę na inne możliwości interpretacji: według niej mężczyźni, którzy usłyszeli pieśń syren, mieli – uwiedzeni jej profetyczną treścią i obietnicami objaśnienia wszelkich tajemnic życia, zasłuchani – umierać w rodzaju nirwany wynikłej z całkowitego odrzucenia wszystkiego, co ziemskie i światowe, z zapomnienia, że trzeba jeść i pić i żyć…

O21.1Seiren

Syrena, naczynie apulijskie, IV w. p.n.e.

Dla Syren, według najpowszechniejszej wersji, spotkanie z Odyseuszem skończyło się znacznie gorzej, niż dla herosa. Część popularnych wersji mitu (np. Hyginus 141) mówi, że Syreny były dotknięte klątwą: mogły żyć tak długo, póki żaden śmiertelnik nie zdołał wymknąć się po usłyszeniu ich pieśni. Wyczyn Odyseusza sprawił, że rzuciły się do morza i utonęły (może z wyjątkiem jednej, ale o niej później).

A może jednak było inaczej? Odyseusz nie był przecież jedyny. Przed nim inny śmiertelny heros usłyszał pieśń Syren – choć może wcale jej nie słyszał. Apollonios z Rodos (Argonautyki IV, 885 – 922) opisuje scenę, w której do wyspy Syren zbliżają się, w swojej podróży powrotnej do domu, Argonauci pod dowództwem Jazona. Już-już słychać było w powietrzu dźwięki magicznej pieśni, kiedy na pokładzie pojawił się Orfeusz ze swą lirą. Jego muzyka i cudowny głos, wraz z szumem wiatru i morza, zagłuszyły głosy syren. Usłyszał je tylko jeden z towarzyszy Jazona, młodego Butesa, syna Zeuksippe (która mogła być nimfą, jako córka boga rzeki, Eridanosa). Butes jednak nie zginął: choć rzucił się do morza, by dopłynąć do Syren, nie zdołał: z wody porwała go Afrodyta, która zabrała go na Sycylię, gdzie zatrzymała go jako kochanka (i urodziła mu syna Eryksa, od którego, a raczej od założonego przez którego miasta, pochodzi jej znany rzymski przydomek Ericina). Butes byłby więc trzecim śmiertelnikiem, który usłyszał syrenią pieśń i przeżył.

Czy Syreny umarły po spotkaniu z Odyseuszem, czy nie, to jedna sprawa. Skąd jednak w ogóle wzięły się na tamtej samotnej wyspie? I kim były, zanim stały się echami zabójczych głosów w morskim powietrzu?

 

Mitologia najczęściej widzi w Syrenach córki boga rzeki, Acheloosa, co na zdrowy mitologiczny rozum czyniłoby je nimfami (o czym później). Ich matką miała być albo śmiertelna królewna imieniem Sterope (Apollodoros, Biblioteka 1, 63), albo któraś z Muz – może Terpsychora (Argonautyki IV, 892), albo, co może wydawać się najlogiczniejsze (ale gdzie mitologia, a gdzie potocznie rozumiana logika!) muza pieśni, Melpomene (Hyginus, Apollodoros). W Helenie Eurypidesa pojawia się jeszcze jedna sugestia, widząca w Syrenach bóstwa o genealogii znacznie starszej – córki Gai/ Ziemi, zapewne zrodzone albo partenogenetycznie, albo ze związku z Uranosem.

Najczęściej przekazuje się trzy warianty imion Syren. Często nosiły imiona  Telxiope, Telxinoe i Telxiepea (wszystkie związane z rzeczownikiem θέλξις, thelxis, oczarowanie, czar); znaczyłyby one mniej więcej tyle co Oczarowująca Obliczem, Oczarowująca Umysłem, Oczarowująca Słowami.  Drugi zestaw imion Syren to mające dość zbliżone znaczenia Molpe, Peisinoe i Aglaofonos – Pieśń, Ta, Która Przekonuje Umysły i Ta O Cudownym Głosie. W trzecim wreszcie z popularnych wariantów mamy cztery Syreny: Ligeję, Leukozję, Aglaope i Partenope. Zostawmy tę ostatnią (O Dziewiczym Obliczu) i zauważmy, że znów mamy imiona z tej samej sfery znaczeń (O Jasnym/Wysokim Głosie, Biała, O Jasnym Obliczu). Oczywiście, czasem te imiona się łączyły na różne sposoby – u Hezjoda na przykład w Katalogu kobiet mamy Telxiope lub Telxinoe, Molpe i Aglaofonos.

Młode Syreny – może właśnie jako nimfy? – były, według dość powszechnej zgody mitografów, towarzyszkami córki Demeter, Kory, którą bawiły swoimi pieśniami. Widzicie to, prawda? Syreny, jeszcze bez skrzydeł, z ich wieszczą pieśnią, zbyt potężną dla śmiertelnych, i dziewczynka, która ma stać się królową umarłych i panią życia i śmierci, słuchająca ich muzyki…

Greckie syreny nie mają rybich ogonów: mają ptasie skrzydła, nogi i korpusy, dodane do kobiecych głów. Tę ptasią formę nadała im, według niektórych mitografów, Demeter, by ułatwić poszukiwanie ich porwanej przyjaciółki, swojej córki (Owidiusz, Metamorfozy, 552 i nast.) – choć według innych ukarała rzeczne nimfy przemianą w ptasiokształtne kobiety, gdyż nie zdołały uratować Kory przed porywaczem… (Hyginus 141). W mitologii greckiej taka pół-kobieca, pół-ptasia forma skojarzona jest jednocześnie z potwornością, śmiercią i wieszczymi talentami – mają ją Kery, boginie śmierci w bitwie, zbierające się w postaci czarnych ptaków po skończonych walkach, mają harpie, mordercze, choć, jak wiemy z Eneidy, obdarzone zdolnością wróżenia. Syreny znakomicie do tego modelu pasują.

Syreny – przez swą pełną zabójczej wiedzy pieśń, przez władzę nad życiem, przez związki z Korą/Persefoną, przed podobieństwo do Ker i harpii – związane są wyraźnie ze śmiercią i zaświatami. W sztuce greckiej i rzymskiej często spotykamy się z wizją Syreny-psychopompa/płaczki, związanej z grobami i pochówkami, opłakującej zmarłych.

320px-Funerary_siren_Louvre_Myr148

Syrena-płaczka, figurka z Myriny (Grecja), I w. p.n.e.

Czym jest pieśń Syren? Dla mnie nie ma jej doskonalszego oddania, niż w krótkim, olśniewającym wierszu Rilkego (tu w przekładzie innego olśniewającego poety):

Kiedy owym, które go gościły
i pytały, jeszcze w późny wieczór,
o podróżnych niebezpieczeństw siły,
opowiadał cicho: nie mógł przeczuć,

jaka trwoga w ich słowach trzepoce,
że i one, i on wiedzą o tem,
jak w ściszonej błękitem zatoce
wyspy owe obsiewają zlotem,

które czyni, że niebezpieczeństwo
znika; bo nim nie jest szum, co rośnie,
ani fal rozhukanych szaleństwo,
lecz zagarnia żeglarzy bezgłośnie,

którzy wiedzą, że kędyś wyrosła
z złotej wyspy pieśń na widnokręgu,
więc wspierają się ślepe o wiosła,
już w kręgu

owej ciszy, z której w uszy wioną
wszystkie dale wzniesione dokoła,
tak jak gdyby był jej drugą stroną
śpiew, którego nikt przemóc nie zdoła.
(przeł. K.K. Baczyński)

Cisza, wiecie? Cisza, gotowa na słowa i melodię, których nie da się odsłyszeć, na wiedzę nie do zapomnienia, na potęgę nie dla ludzkiego ucha przeznaczoną, ukrytą w słowach i muzyce.

Z41.1Seirenes

Wyspa Syren, mozaika rzymska, Bardo (Tunezja), II/III w. n.e.

Mieliśmy na moment jeszcze wrócić do Syreny, co to być może nie umarła z pozostałymi, i do Partenope. To właśnie ona w niektórych wersjach jest tą ocalałą Syreną. Według popularnej lokalnej legendy, Partenope, żywa lub martwa, przyczyniła się do założenia Neapolu – albo bowiem mieszkańcy zbiegli się i oddali boską cześć wyrzuconej na brzeg martwej półbogini, albo to ona sama, jak najbardziej żywa, stała się miastem lub jego założycielką. W tej ostatniej, rzymskiej wersji, Partepone osiadła w Zatoce Neapolitańskiej, gdzie byłoby jej całkiem dobrze, gdyby nie natrętny centaur imieniem Wezuwiusz, który uparł się, żeby ją zauroczyć, a jak się nie uda – zgwałcić. Syrenie pomógł w końcu Jowisz, który zamienił natręta w – no serio, to chyba oczywiste, w co – i umożliwił Syrenie spokojne życie. To dlatego wulkan Wezuwiusz jest tak zawzięty i gotowy zniszczyć miasto naszej Syreny…  Ta opowieść być może związana jest z greckim jeszcze mitem (znanym z dziwacznych, fragmentarycznych aleksandryjskich źródeł), w którym to Syreny spowodowały ostateczną zagładę Centaurów.

Delle_imprese_trattato_detail

Szesnastowieczna ilustracja, przedstawiająca Partenope gaszącą płomienie Wezuwiusza wodą z własnych piersi. Ten sam motyw ukazany jest na znanej neapolitańskiej fontannie Spinacorona. 

A co z Arielką, zapytacie? Ano, Arielka nie jest żadną syreną, przynajmniej według greckiego nazewnictwa. Jest Nereidą – morską dziewczyną z rybim ogonem. A Nereidy to zupełnie inna historia, zapewne na jakiś następny raz :). Oczywiście, nie zamierzam toczyć wojen o utarte już znaczenie słowa „syrena” w językach nowożytnych – zupełnie mi ono nie przeszkadza, choć jednocześnie uważam, że warto czasem zajrzeć do etymologii i źródeł, poszukać starych, intrygujących historii.

Wydaje mi się

Tak się zastanawiałam i zastanawiałam nad tematem kolejnego wpisu, a tu temat sam przyszedł. Zadano mi mianowicie pytanie: Czy da się interpretować fragment 31 Safony bez uwzględniania homoerotycznych uczuć podmiotu lirycznego/autorki [oryginalne pytanie nie precyzuje, o którą chodzi]?

No to cóż, spróbujmy na to pytanie odpowiedzieć.

800px-Alkaios_Sappho_Staatliche_Antikensammlungen_2416_n2

Safona, z lirą w jednej, a służącym do gry na niej plektronem w drugiej dłoni; druga postać widoczna z boku to rodak i kolega po fachu poetki, Alkajos. Attycki kalathos czerwonofigurowy malarza Brygosa, ok. 470 p.n.e., dziś w Staatliche Antikensammlungen w Monachium. Zdjęcie z domeny publicznej.

Może jednak zaczniemy od początku, czyli od tego mało poetyckiego określenia „Fragment 31”.

Czemu fragment? Bo w całej twórczości Safony, zachowanej do naszych czasów, w zasadzie głównie jeden utwór, hymn do Afrodyty, uważa się za zachowany w całości. Reszta… Weźcie kiedyś do ręki jakiś tomik z wierszami Safony i sami zobaczcie. Dziewięć ksiąg jej wierszy, podziwianych przez starożytnych, czas zredukował do strzępów, fragmentów, jednowersowych kawałków. Spróbujcie to przejrzeć i uświadomić sobie: z największej poetki antyku greckiego mamy połowę urywków. Połowę – bo przecież była Safona-poetka także śpiewaczką, instrumentalistką i kompozytorką, bo w każdym z tych utworów, z których mamy te kawałeczki, brakuje nie tylko słów – brakuje znaczącej części ich duszy.

Fragmenty pozostałe z wierszy Safony zostały ponumerowane przez uczonych w czasach nowożytnych – ani Grecy,  ani Rzymianie z reguły nie nadawali wierszom tytułów. Zamiast nich stosowano incipity, czyli pierwsze słowa. W takiej konwencji nasz utwór nazywałby się Faineitai moi [φαίνεταί μοι], wydaje mi się.

I teraz tak: żeby ten tekst zinterpretować, może my go najpierw przeczytajmy. I tu się pojawia drobny problem,  bo polskie przekłady są… różne. Od wiernych (Danielewicza) przez swobodniejsze (najbardziej chyba znana Brzostowska), ale wszystkie w jakiś sposób dyskusyjne. Trudno – zaryzykujemy poetyckość i żeby wszystko było jasne, zrobimy sobie przekład dosłowny. Nudny. Nieładny. W założeniu – wierny.

φαίνεταί μοι κῆνος ἴσος θέοισιν
ἔμμεν᾽ ὤνηρ, ὄττις ἐνάντιός τοι
ἰσδάνει καὶ πλάσιον ἆδυ φωνεί-
σας ὐπακούει

Wydaje mi się, że równy jest bogom ten mężczyzna,
który naprzeciw ciebie siedzi
i z bliska słucha,
słodko rozmawiającej

καὶ γελαίσας ἰμέροεν, τό μ᾽ ἦ μὰν
καρδίαν ἐν στήθεσιν ἐπτόαισεν·
ὠς γὰρ ἔς σ᾽ ἴδω βρόχε᾽, ὤς με φώναι-
σ᾽ οὐδ᾽ ἒν ἔτ᾽ εἴκει,

i rozkosznie się śmiejącej, a to wprawia
w dygot serce w mojej piersi
gdy bowiem tak cię widzę z bliska
nie jest już możliwe, bym cokolwiek powiedziała

ἀλλ᾽ ἄκαν μὲν γλῶσσα †ἔαγε†, λέπτον
δ᾽ αὔτικα χρῶι πῦρ ὐπαδεδρόμηκεν,
ὀππάτεσσι δ᾽ οὐδ᾽ ἒν ὄρημμ᾽, ἐπιρρόμ-
βεισι δ᾽ ἄκουαι,

ale [czuję] jakby język mi się łamał, przemyka lekki płomień
po skórze natychmiast,
nic już na oczy nie widzę,
w uszach mi dzwoni

†έκαδε μ᾽ ἴδρως ψῦχρος κακχέεται†, τρόμος δὲ
παῖσαν ἄγρει, χλωροτέρα δὲ ποίας
ἔμμι, τεθνάκην δ᾽ ὀλίγω ᾽πιδεύης
φαίνομ᾽ ἔμ᾽ αὔται·

zalewa mnie od razu zimny pot, drżenie
przejmuje całą, zieleńsza jestem od trawy
i można by uwierzyć,  że wydaje się, że
już prawie umarłam

ἀλλὰ πὰν τόλματον ἐπεὶ †καὶ πένητα†
wszystko jednak trzeba znieść, i nawet biednego…

 

Tu urywa się znany nam tekst: cztery zwrotki, kawałek – niepewny – piątej, tak jak zachował je dla nas żyjący w I w. n.e. autor traktatu O wzniosłości, znany jako Pseudo-Longinus. Ile było tych zwrotek w ogóle? Nie wiemy. Jeżeli sugerować się łacińskim przekładem Gajusza Waleriusza Katullusa, brakuje nam trzech linijek, 3/4 jednej zwrotki. Tyle że wszystko, co wiemy o rzymskiej sztuce przekładu, podpowiada nam, że rodacy Katullusa mieli dość swobodne podejście do kwestii wierności tłumaczenia i że raczej teksty greckie przerabiali, przetwarzali i kontaminowali, niż stosowali się do zasad dziś w teorii przekładu panujących. Może więc rację mają uczeni, którzy uważają, że tych zwrotek było więcej – może nawet osiem, jak twierdzi w artykule sprzed sześciu lat profesor Oksfordu Armand D’Angour; jeśli tak, możemy tylko zgadywać, co w nich było.

Zostańmy może jednak przy tym, co jest, zwłaszcza, że i tam nie wszytko jest jasne. Zauważyliście krzyżyki w niektórych linijkach? To tak zwany crux philologorum, udręka filologów – znak wskazujący, że w tej postaci, w jakiej mamy tekst, zachowana jego wersja nie ma sensu. Ktoś przy przepisywaniu coś namieszał, ktoś się pomylił, a my musimy rozwikływać i próbować rozumieć (napiszę wam kiedyś, jak to działa, na przykładzie jednego wiersza Katullusa).  Mamy więc w samym tekście kilka zagadek, na szczęście nie uniemożliwiają one całkiem jego zrozumienia.

I teraz, wracając do naszego pytania: czy da się odczytać ten tekst bez założenia, że osoba mówiąca [formy greckie identyfikują ją wyraźnie jako kobietę] pożąda oglądanej [którą formy greckie również identyfikują jako kobietę]?

Na płaszczyźnie samej lektury tekstu kluczowa wydaje się tu interpretacja objawów opisanych w drugiej połowie strofy drugiej oraz w strofach trzeciej i czwartej. Ten passus, określany w starożytności mianem pathographia, opis cierpień, zyskał w starożytności ogromną sławę. Obecne w nim objawy stały się standardowym zestawem reakcji, używanych do opisu nagłego zakochania – od Medei w hellenistycznym poemacie Apolloniosa z Rodos po bohaterów rzymskich elegii i greckich romansów.

Co się w tym passusie dzieje? Czytając jak najdosłowniej: na widok pełnej radości i uśmiechów rozmowy dziewczyny z równym bogom mężczyzną podmiot liryczny (nazwijmy ją Safoną, nie po to, by koniecznie utożsamić ją z poetką, ale dlatego, że Safona robi tak w wielu swoich wierszach) przeżywa cały szereg fizycznych objawów. Nie może mówić. Plącze się jej język. Ma dreszcze albo nagły atak gorąca, na zmianę z lodowatymi potami. Oczy zachodzą jej mgłą, a w uszach zaczyna dzwonić. Staje się zieleńsza od trawy – za moment zastanowimy się, o co w tym chodzi – i generalnie wygląda i czuje się tak fatalnie, że jest bliska śmierci.

Zanim pójdziemy dalej, przyjrzyjmy się trawie.

Grasses_in_the_Valles_Caldera_2014-06-26

Trawy w Valles Caldera, NM. Zdjęcie autorstwa Dustin V. S. na licencji CC BY-SA 3.0

Naszym pierwszym skojarzeniem z trawą będzie zieleń, prawda? Grecy też, w końcu Safona użyła tu stopnia wyższego od przymiotnika chloros [χλωρός], zielony – od niego pochodzi w końcu nasza nazwa „chlor”.

Tyle że semantyka nazw kolorów w grece działa trochę inaczej, niż na przykład w polszczyźnie – mamy z kolorami inne skojarzenia. My, jeśli zieleniejemy, to z zazdrości (nie tylko my-użytkownicy polszczyzny zresztą, patrz szekspirowskie green-eyed monster na określenie zawiści). Natomiast w greckim kolor zielony przywołuje nie jaskrawą zieleń świeżej, wilgotnej trawy, a raczej skojarzenia z szarozielonym, jak kolor liści oliwki. To nie jest kolor zawiści – to kolor bladości, choroby, zmęczenia. Nieprzypadkowo sporo złożeń z chloros denotuje rzeczy/zjawiska/procesy kojarzące się z bladością – na przykład czasownik chlorainomai [χλωραίνομαι] oznacza blednąć, rzadki rzeczownik chloriasis [χλωρίασις] – bladość, a chloriao [χλωριάω] – zarówno zielenić się, jak i blednąćZieleńsza od trawy Safona jest więc po prostu bardzo, bardzo blada.

800px-Olive_blossoms

Liście i kwiaty oliwki. Zdjęcie autorstwa Sputnikcccr, na licencji CC BY-SA 3.0

Wszystko to dzieje się, jak wiemy, podczas jakiejś sytuacji, w której nasza podmiot-Safona obserwuje dziewczynę rozmawiającą z mężczyzną. O obojgu nie wiemy niemal nic: on wydaje się wcieleniem doskonałości, ona się lubi śmiać i jest słodka. Ale zobaczmy – czemu on jest doskonały? Nie ma mowy o urodzie, pozycji, osiągnięciach – jest równy bogom, bo rozmawia z dziewczyną. On może i umie – ewidentnie nie dotykają go te same objawy, z powodu których cierpi Safona.

Pytaniem, które dobrze byłoby tu zadać, jest: Czemu właściwie ona tak cierpi? Czy dlatego, że jest zazdrosna o mężczyznę i jego rozmowę, o to, że to nie z nią dziewczyna rozmawia ze śmiechem i słodko? Czy może dlatego, że w ogóle nie ośmieliłaby się podejść, że ta reakcja jest po prostu na sam widok dziewczyny, a nie powodu faktu, że ona rozmawia z kim innym? Zauważcie, że w zależności od odpowiedzi, którą wybierzemy, dostajemy dwa różne teksty: pierwszy jest o zazdrości, drugi – o patologicznej nieśmiałości w obliczu innej osoby. A mam wrażenie, że wiersz Safony pozwala na obie interpretacje, choć, przyznam, ta druga jest mi bliższa – może dlatego, że mam wrażenie, że ta pierwsza jakoś podświadomie zakorzeniona jest w naszym, a nie greckim utożsamieniu zieleni i zazdrości.

Niezależnie jednak od wybranej odpowiedzi, wciąż pozostaje pytanie: kim jest dla Safony dziewczyna, w którą się wpatruje? Nasza instynktowna odpowiedź – wywiedziona ze znajomości poezji Safony do dziewcząt i z elementów jej legendy literackiej (bo w jej przypadku niełatwo mówić o biografii, tak mało danych..) sugeruje obiekt uczuć. Pytanie, które mi zadano, sugerowało jednak możliwość innego odczytania. Przyjrzyjmy się jej.

Czy w tym wierszu gdziekolwiek padają słowa takie jak miłość, zakochanie, pożądanie, pragnienie, moja dziewczyna, podoba mi się? No nie, nie padają. W ogóle o dziewczynie )i mężczyźnie też) wiemy tyle, co nic; cała uwaga skupia się na emocjach podmiotu lirycznego.

I teraz tak: w idealnej próżni kulturowej  moglibyśmy pewnie argumentować, że to, co przeżywa podmiot liryczny, to na przykład atak paniki w scenie typu „widzę, jak moja córka rozmawia z jakimś wysoce niebezpiecznym kolesiem”. Ale nie żyjemy w próżni kulturowej, i ten tekst w niej nie powstał. Owszem, opisy nagłego strachu, kiedy herosowi na przykład drżą kolana, ogarnia go słabość, a potem paniczna chęć ucieczki (patrz na przykład Hektor przerażony widokiem Achillesa, od wiersza 135 w linku), noszą pewne zewnętrzne podobieństwo do emocji opisanych przez Safonę. Te są jednak nieco inne – a i sami starożytni nie mieli wątpliwości, co poetka opisuje. I okej, możemy odrzucić ich świadectwo i próbować dopisywać sobie własne, prywatne znaczenia do tego utworu, czemu nie – ale musimy być świadomi, że robiąc to, przeciwstawiamy się całej antycznej i późniejszej tradycji czytania i interpretacji tego utworu. Dla starożytnych reakcje Safony były bez wątpienia objawami nagłego ataku zakochania, być może traktowanego, jak często w starożytności, jako rodzaj choroby (ja wiem, ja wiem, osobna notka). Cała historia czytania i powtarzania zawartych w utworze toposów nam o tym mówi. Tak, mogę napisać dodatkową notkę o tej historii, ale tu nie bardzo jest miejsce na ich dyskusję.

O tym, czy Safonę-poetkę możemy nazwać lesbijką (Lesbijką przez duże L, z miasta Mitylena na Lesbos, była na pewno) możemy pogadać przy innej okazji – i nie po to, by negować jej homoerotyczne fascynacje i doświadczenia miłosne z kobietami, tylko by przedyskutować, czy/jak dzisiejsze terminy dotyczące orientacji seksualnej w ogóle stosuję się do Grecji i Rzymu. Natomiast gdy chodzi o ten konkretny utwór – czytanie go jako czegoś innego niż zapis jakiegoś emocjonalnego doświadczenia związanego z pewną młodą kobietą i zakochaniem/zafascynowaniem nią jest pewnie możliwe, tylko powstaje pytanie: po co?

Mięta, dziewczyna Hadesa

Dzisiejszy wpis zaczął się od takiego oto obrazka, który mi zawędrował na fejsbukową stronę.

Hades11

I o ile w kwestii apokalipsy zombie Hades ma rację, o tyle z tą jedną żoną/ brakiem kochanek to jednak troszkę ściemnia.

Fakt, gdzie mu się tam równać z Zeusem czy Posejdonem, a nawet z bratankiem Apollinem. Mityczni znawcy genealogii nie notują jakichś tabunów kochanek, kochanków czy potomstwa pana podziemi. Nie znaczy to jednak, że wcale ich nie było. Była co najmniej jedna. Co prawda wiedza o niej ukryta jest w niewielkich fragmentach dzieł autorów czytanych na studiach klasycznych rzadziej, jak geograf Strabon (przełom I w p.n.e. i I n.e.) lub, tak po prawdzie, wcale (poemat dydaktyczny Halieutica, czyli „Sprawy morskie” Oppiana, twórcy z II w n.e.), nie znaczy to jednak, że starożytni o niej zapomnieli. Miała na imię Minthe (gr. Μίνθη).

800px-Mint-leaves-2007

Zdjęcie autorstwa Kham Tranhttp://www.khamtran.com

Tak, dobrze Wam się to imię kojarzy. Minthe znaczy mięta, choć tak naprawdę – nie wiemy, co znaczy: etymologia greckiego słowa jest trudna do określenia, głównie dlatego, że słowo minthe prawdopodobnie ma korzenie starsze niż obecność Greków w Europie; wiele wskazuje, że mamy tu do czynienia z wyrazem o przedindoeuropejskim źródłosłowie.

Miętę jako roślinę Grecy znali i chętnie się nią posługiwali: powiązana z zaświatami i zmarłymi, była używana w rytuałach pogrzebowych, a także, prawdopodobnie, jako składnik świętego napoju pijanego podczas misteriów w Eleuzis, zwanego kykeon. Znano również jej właściwości lecznicze, z których i my do dziś chętnie korzystamy.

Jak wiele roślin mających znaczenie w kulcie, mięta także kojarzona była z boską postacią. I tu właśnie wchodzi w naszą historię Hades i jego dziewczyna.

Zdaniem tych nielicznych mitografów, którzy o niej pisali, było tak: Hades się zakochał. Było to zanim jeszcze spotkał porwał Persefonę. Wtedy to nad Kokytosem, gorzką rzeką łez, ujrzał najadę tej rzeki, imieniem Minthe.

Najady – nimfy związane ze słodką wodą – kojarzą się nam głównie ze strumykami, jeziorkami i źródłami otoczonymi zielenią. Rzeki Podziemia jednak też swoje nimfy miały.  Jedną z nich była Orfne, nimfa ciemnych mgieł snujących się nad Styksem, inną – Leuke, o której będzie jeszcze dzisiaj mowa. Minthe też należała do tego grona: Kokytos, bóg podziemnej rzeki, był jej ojcem.

Minthe zakochała się w Hadesie, a Hades w niej, przynajmniej na jakiś czas. Potem jednak na horyzoncie pojawiła się Persefona i bóg zaświatów zapomniał o rzecznej bogince. Minthe kiepsko to znosiła. Jak pisze wspomniany wcześniej Oppian,

Mięta pachnąca, jak mówią, była kiedyś dziewczyną,
nimfą wody podziemnej, gorzkiego córką Kokytu.
Sypiała w łożu Hadesa. Gdy jednak ten Persefonę,
pannę-boginię, porwał z łąk u stóp Etny ognistej,
Minthe nadmierną rozpaczą i zuchwałymi słowami
dręczyła wszystkich, jakby rozsądek straciła z zazdrości,
a wściekłość ją bezrozumna pchała ku czynom niegodnym.
Gniewna Demeter za to zdeptała boskimi stopami
Nimfę, co za piękniejszą się miała od ciemnookiej
Kory i swoje kształty nazwała doskonalszymi.
„Hades za mną zatęskni”, mówiła, „i wróci do mnie,
A tamtą, moją rywalkę, precz wypędzi z pałacu!”
Takie to słowa szał zazdrości jej kazał wykrzyczeć.
(Oppian, Halieutica, III: 486 – 496, przekład własny)

Jak widać, w tym przypadku tragiczny los Minthe spowodowany był nie przez rywalkę, a przez jej matkę; Strabon z kolei sugeruje nieco inne pochodzenie naszej nimfy i odrobinę inne rozwiązanie:

W pobliżu miasta Pylos jest góra, nazwana na cześć Minthe. Według mitu była ona konkubiną (pallaken, παλλακὴν) Hadesa, która została zdeptana przez Korę i zamieniona w ogrodową miętę (Strabo, Geografia, 3, 8, 14, przekład własny).

Ta Minthe, dodajmy na marginesie, raczej nie była najadą, nimfą wody: skoro na jej cześć nazwano górę,  była zapewne oreadą, jedną z nimf związanych ze skałami, górami i wąwozami. Jej ojcem w tej wersji był nie bóg rzeki, ale, jak można się domyślać, któryś z Orosów, bogów gór, potomków Gai – Matki Ziemi.

Populus_alba_leaf

Liście białej topoli (Populus alba); zdjęcie autorstwa MPF, na licencji GNU Free Documentation License

A z tymi żonami też nie było tak prosto. Są pewne poszlaki wskazujące, że Persefona była nie pierwszą, a drugą żoną Hadesa, poślubioną długo po tym, jak tę pierwszą, bardzo kochaną, stracił.

Niektóre nimfy, widzicie, bywały śmiertelne. Taki był los Leuke, ponoć najpiękniejszej z Okeanid – nimf morskich, córek Okeanosa. Wśród Okeanid były zresztą i te nieśmiertelne nimfy – wystarczy przypomnieć wzmiankowaną w jednym z poprzednich spisów Doris, matkę Nereid. Hades pokochał Leuke i zabrał ją w zaświaty, na Pola Elizejskie, choć wiedział, że jest śmiertelna; a kiedy Leuke zmarła, przemienił ją w drzewo białej topoli, o dwukolorowych liściach: białych jak morska piana, ciemnych jak niebo Elizjum.

Nie mamy wizerunków tych poprzedniczek Persefony w życiu (?) boga zmarłych, ale mamy wszędzie dookoła nas – także w Polsce – związane z nimi rośliny. Powąchajcie miętę, przyjrzyjcie się liściom topoli na wietrze i przypomnijcie sobie te prawie zapomniane mityczne opowieści.

Trudno być bogiem

Czy zastanawiali/łyście się kiedyś, jak by to było – patrzeć na świat oczyma greckich bogów, a może jeszcze bardziej – herosów? Kino, ale i popularne opracowania mitologii przyzwyczaiły nas do pewnej określonej wizji tego świata: owszem, leje się krew, herosi i potwory porywają dziewczyny, bogowie często reagują pochopnie i są pełni mściwej satysfakcji z dokopania śmiertelnikowi, ale poza tym otacza nas świat znany i przewidywalny. Zielone drzewa. Malownicze wzgórza. Szemrzące strumyczki. Gorące słońce. Marmurowe posążki nimf w zagajnikach pod błękitnym niebem, szumiące trzciny, a na ich tle – czyjś prywatny dramat, czyli witamy w Metamorfozach Owidiusza.

Christian_Wilhelm_Ernst_Dietrich_-_A_pastoral_landscape_with_Diana_and_her_Nymphs,_1754

Christian Wilhelm Ernst Dietrich, Krajobraz sielankowy z Dianą i jej nimfami, 1754, w kolekcji prywatnej. Ilustracja ze zbioru Wikimedia Commons, domena publiczna.

 

Ale przecież, kiedy czyta się tych tekstów mitologicznych dostatecznie dużo, pojawia się człowiekowi przed oczyma i inny obraz.

Weźmy sobie za przewodnika, na przykład, Alchanosa. Nie znacie go z podręczników mitologii? A pewnie, że nie. Ze źródeł też nie za bardzo? Nic dziwnego.

Postać Alchanosa znana jest jedynie z tego, że był jakimś rodzajem pomniejszego bóstwa/herosa, syna Zeusa i nimfy imieniem Charidia.

motyl charidia.jpg

To też jest Charidia.  Konkretniej Charidia lucaria. Zdjęcie autorstwa Andreasa Kaya, udostępnione na licencji https://creativecommons.org/licenses/by-nc-sa/2.0

Ani o matce, ani o synu nie wiemy nic poza tym: nie mamy nawet tej bazowej informacji, która o takich pomniejszych postaciach często się nam trafia, czyli czy/że któreś z nich założyło jakieś miasto, nadało imię miejscu etc. Obie postacie pojawiają się w korpusie pism chrześcijańskich pseudo-Klemensa, w passusie poświęconym niemoralnemu postępowaniu bóstw pogańskich, a konkretnie, jakże nieoczekiwanie, w kontekście wyliczenia zdrad małżeńskich Zeusa.

Nie wiemy więc nic o Alchanosie, prawdopodobnie nieśmiertelnym (2) synu władcy Olimpu i pomniejszej boginki – i dobrze. Tym skuteczniej, nieobciążony własną historią, posłuży on nam dziś za przewodnika.

341px-Feuerbach_Gaea

Anselm Feuerbach, Gaja, plafon w budynku Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, 1875. Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, domena publiczna

Żyjemy pasożytując na żywym ciele bogini. Matka Gaja urodziła nas wszystkich: boga-niebo, z którym spłodziła innych bogów,  kamienie, z których jej tytaniczni prawnukowie z woli bogów stworzyli ludzi, potwory z naszych koszmarów. Póki Słońce i Czas nie okiełznali jej pierwotnej płodności, rodziła, pod ciemnym niebem, w otchłani bez czasu, istoty niekształtne i hybrydyczne, niepodobne do tych, które chodzą dziś po świecie (3).  Ktoś, kto jest bóstwem bez przynależności, pra-prawnukiem Nieba i Ziemi, tak pewnie widziałby świat wokół siebie.

Z kolei niebo nad nami, jak zapewne widziałby je Alchanos, to pozostałość pradawnego Uranosa, wykastrowanego przez syna i strąconego w czarne podziemia. Za dnia każdy nasz krok śledzą oczy czterech koni – imiona ich wszystkich znaczą ognisty, płomienny, jaśniejący – i ich pana, boga-słońca na złotym rydwanie: nic nie ujdzie jego bystremu spojrzeniu (4). Nocą niebo patrzy na nas oczyma setek istot, przemienionych – za karę, w nagrodę, bo tak – w gwiazdy, i setek gwiezdnych nimf na niebie. Wśród nich z księżycowej twarzy patrzy na nas Selene: te wstydliwe tajemnice, które ukryliśmy przed jej bratem, nie ujdą jej oczom; a jak nie jej, to gwiazdom; a jak nie im, to trzeciej siostrze, Eos, otwierającej o świcie stajnie Heliosa i zaprzęgającej dla niego, wśród łuny poranka, cztery konie do rydwanu. Kiedy pewien zapomniany dziś łaciński poeta, być może niejaki Aulus Furiusz Bibaculus, opisał zimę w górach słowami Jowisz opluł zimowe Alpy siwym śniegiem, rzymskich krytyków to raczej rozśmieszyło (5), ale to nie jest całkiem tak, że to nieprawda: żyjemy, zdaniem Greków i Rzymian, w świecie żywych bogów, to, co boskie – lub od boga pochodzące – otacza nas ze wszech stron.

Jak się patrzy oczyma takiego Alchanosa, to to jest świat, chwilami, jak z najgorszego body horroru pożenionego z weird fiction i aż dziwne (dobra, żartuję, wcale nie dziwne), że autorzy fantastyki w ten sposób po niego nie sięgają. Trzcina, na przykład; trzcina była kiedyś nimfą imieniem Syringa, która tak bardzo nie chciała dać się zgwałcić, że kazała się zmienić w trzcinę (6). Kto wie, jak patrzeć – jak nasz Alchanos, jak Owidiusz – ciągle zobaczy w roślinie udręczone, przekształcone ludzkie ciało. Pamiętacie te barokowe Dafne, przemieniające się w drzewo bobkowe, już nie kobiety, jeszcze nie rośliny?

René-Antoine_Houasse_-_Apollo_et_Daphne_(Versailles)

René-Antoine Houasse, Apollo i Dafne (detal), 1677, Wersal. Ilustracja ze zbiorów Wikimedia Commons, domena publiczna.

Żywe głowy szczeniąt, wyrastające z ciała Skylli. Rozciągnięta na niebie, przykuta do krzesła w wiecznej torturze Kasjopea. Kamień-Niobe, który tylko na pozór nie cierpi: uwięziona we własnym skamieniałym ciele nieszczęsna matka pomordowanych dzieci czuje i pamięta, bo przecież, jak mówią starożytni autorzy, nie przestała płakać.  Dziewczyny, które rozpłynęły się we własnych łzach i stały źródłami. Chłopcy, wrzuceni przemianą w zwierzęce postacie, pozbawieni głosu i woli i, jak Akteon, rozszarpani przez własne psy.  Kwiaty u naszych stóp, piękne i delikatne; wyrosły z rozlanej krwi zamordowanego podstępem Hyakinthosa, zabitego na polowaniu przez dzikie zwierzę Adonisa, z łez Iji, której narzeczony wykrwawił się na jej oczach, po tym, jak w zesłanym przez boginię szaleństwie poddał się kastracji. Mięta, wyrosła z ciała zaświatowej nimfy, którą Demeter zatłukła i rozszarpała na strzępy za romans z Hadesem, niechcianym mężem swojej córki. Ptaki, noszące w sobie pamięć zbrodni, których się jako ludzie dopuściły, i krzywd, których doznały. Kiedy Grek na nie poluje, by je zjeść – co lub kogo zjada? Przepiórkę czy dawną boginię, która próbowała uciec od niechcianego zalotnika? Kuropatwę czy chłopaka, którego zabił jego mistrz, Dedal, bo mu zazdrościł talentu?

1200px-Woodcut_illustration_of_Niobe,_Amphion_and_their_dead_sons_-_Penn_Provenance_Project

Amfion, syn Zeusa, popełnia samobójstwo po tym, jak Apollo (tu ukazany w postaci słońca) pozabijał mu synów. Po lewej stronie Niobe, matka i żona. drzeworyt z ok. 1474, z niemieckiego wydania dzieła Giovanniego Boccaccia De mulieribus claris. Autor zdjęcia: cladcat, udzielone na licencji Creative Commons Attribution 2.0 Generic

Wszystko żyje. Drzewa, z których każde ma swoją hamadriadę. Góry, strumienie, chmury, łąki, polany, kamienie, morskie fale, gwiazdy, mgła – wszystko jest pełne bogów. Kamienie to nasi pradziadkowie i prababki – to z nich stworzyli nas Deukalion i Pyrra po potopie. Achilles jest synem morskiej fali, wnukiem Ziemi i Morza i Słodkiej Wody, pra-prawnukiem centaura, wnukiem góry, prawnukiem wyspy, pra-pra-prawnukiem rzeki i smoka.

Jeżeli jesteś bogiem – albo herosem, albo poetką, albo przeczytałeś/-aś o jedną książkę o mitologii za dużo – możesz nagle spojrzeć na świat z greckich opowieści inaczej. Nie wszystko, widzicie, da się wpisać w krajobraz z marmurową  nimfą i malowniczymi oliwkami.

Do zobaczenia, Alchanosie, nasz mini-Wergiliuszu, przewodniku po świecie trochę z piekła rodem. Może ktoś ci kiedyś wymyśli twoją własną historię.

 

(1) Tytuł nie tak całkiem przypadkowy

(2) Nie wszystkie dzieci nimf i bogów są nieśmiertelne: Asklepios (syn Apollina i nimfy Koronis), Ajakos (syn Zeusa i nimfy Eginy, który mniej więcej umarł – w krainie zmarłych sądzi ludzkie dusze) albo choćby Narcyz, ostatnio opisany syn nimfy i boga rzeki, to kilka przykładów.

(3) No chyba że kradzież jego własności, można by złośliwie powiedzieć w świetle XII księgi Odysei, kiedy to wiadomość o zjedzeniu Heliosowych krów przynoszą bogu słońca dopiero jego córki, nimfy Lampetia i Faetusa – sam Helios nic nie zauważył….

(4) Apoloniusz Rodyjski, Argonautyki 4: 673 i dalej.

(5) Iuppiter hibernas cana nive conspuit Alpes, Kwintylian, Kształcenie mówcy 8.6.17. Przekład mój.

(6) Zupełnie dla chętnych, mam o tym opowiadanie.

Nikt nie chce słuchać o grzecznych dziewczynkach

Pewnie znajdą się wśród czytelników i czytelniczek osoby, które z podobnym jak ja sentymentem wspominają serial HBO „Rzym” (a zwłaszcza jego pierwszy sezon). Jeżeli tak, to z łatwością rozpoznacie bohaterkę ze zdjęcia: Atię z rodu Juliuszów, matkę Oktawiana i zdecydowanie najbarwniejszą z bohaterek serii. Grana błyskotliwie przez Polly Walker Atia ukazana była w serialu jako nadmiernie ambitna, uparta, gotowa wszelkimi metodami – od uwodzenia przez szantaż po zlecenie zabójstwa – osiągnąć, co chciała, a jednocześnie – potrafiąca niepodziewanie pokazać swoją ludzką stronę.

Atia-Rome_(TV_series)

Polly Walker jako Atia. Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons.
By Rome – HBO.com, Fair use.

Scenarzyści i producenci Rzymu wielokrotnie powtarzali, że ich celem było wykreować świat wiarygodny w kontekście rzymskiej kultury, choć niekoniecznie odzwierciedlający detale historycznej prawdy, gdy chodziło o losy bohaterów, ich pochodzenie czy związki rodzinne.

Postać Atii jest dobrą ilustracją tej koncepcji. W teorii oparta jest na historycznej postaci – biograficznie jej pierwowzorem była Atia Balba Cezonia (zwana też Atia Balba Secunda), która była…. Nie. Obawiam się, że w tym miejscu najpierw potrzebujemy drzewa genealogicznego.

800px-JulioClaudian.svg

Angielska wersja drzewa genealogicznego rodu julijskiego. Ilustracja ze zbiorów Wikimedia Commons, na licencji GNU Free Documentation License  

Dobrze, wiem, że to wygląda dość przerażająco. Spróbujmy jednak wybrać z tej listy raptem kilka postaci i umieścić je na historycznym tle. Od razu też wyjaśnię – zostawiamy na razie na boku kobiety z czasów Oktawiana Augusta i jego następców. Chwilowo zajrzymy głębiej w przeszłość.

Wyobraźmy sobie, że jest połowa lat 80. I wieku p.n.e. W Rzymie trwa dyktatura Lucjusza Korneliusza Sulli. Nie jest to specjalnie dobra wiadomość dla jego politycznych przeciwników: Sulla rozprawia się z nimi raczej bezwzględnie. Wysoko na liście wrogów są przede wszystkim zwolennicy nieżyjącego od 86 r. p.n.e. Gajusza Mariusza, wielkiego rywala Sulli.

Mariusz, o którym pewnie kiedyś będzie okazja powiedzieć więcej, bo był wybitnym reformatorem armii rzymskiej, zostawił po sobie wdowę, Julię. Julia zaś miała dwóch braci: Gajusza i Sekstusa Juliuszów. Cała trójka rodzeństwa należała do rodu julijskiego, a konkretnie do jego gałęzi zwanej po łacinie Iulii Caesares.

Julia i Mariusz mieli jednego syna, Gajusza Mariusza Młodszego, który popełnił samobójstwo jako młody człowiek – pokonany w wojnie domowej przez Sullę, nie chciał wpaść żywy w ręce wroga. Brat Julii, Sekstus, pełnił rozmaite funkcje polityczne i religijne i doczekał się syna, który tę tradycję kontynuował. Trzeci z rodzeństwa, Gajusz,  urodzony około 140 p.n.e., także zajmował się polityką – po Rzymianinie z jego pozycją trudno byłoby spodziewać się czegoś innego. Ożenił się z również pochodzącą z politycznego establishmentu Aurelią Kottą, która urodziła mu (wbrew pozorom, chyba niekoniecznie przez cesarskie cięcie) troje dzieci: dwie córki, Julię Starszą i Julię Młodszą, i syna, zwanego oczywiście, według rzymskich schematów, Gajusz Juliusz Cezar.

Tak, wiem, to jest kolejny Gajusz Juliusz Cezar na tej liście – ale to jest wreszcie ten właściwy. Ten Cezar, którego wszyscy kojarzymy. O, ten.

r22b

Źródło: oficjalna strona Asterixa

 

No dobra, raczej ten:

320px-Gaius_Iulius_Caesar_(Vatican_Museum)

Gajusz Juliusz Cezar, portret z I w. p.n.e., Muzea Watykańskie. Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, domena publiczna.

Myśleliście, że skończyłam być hobbitem i wymieniać kolejne pokolenia w tej genealogii? Otóż nie. Julia Starsza wyszła za mąż, zapewne dwukrotnie, i miała dzieci – jej synowie pojawili się jako dziedzice w testamencie Juliusza Cezara. Julia Młodsza natomiast wydana została za Marka Atiusza Balbusa. Balbus pochodził z ważnej rzymskiej rodziny – jego matką była Pompeja, ciotka Pompejusza Wielkiego, który miał stać się najpierw sojusznikiem, a potem wielkim rywalem Juliusza Cezara.

Julia urodziła Atiuszowi trzy córki. Najstarsza, Atia Balba Prima zapewne zmarła dość młodo. Trzecia i najmłodsza z sióstr, Atia Balba Tertia, jest nam znana głównie z informacji o swoich małżeństwach i dzieciach – historycznie rozpoznawalnych, choć oczywiście nie aż tak, jak dzieci jej średniej siostry, tej która najbardziej nas w tym miejscu interesuje: Atii Balbii Secundy.

Atia_Balba_Caesonia

Atia na szesnastowiecznej rycinie. Wizerunek ze zbiorów Wikimedia Commons, domena publiczna

Atia (jak ją od teraz będę skrótowo określała) wychodziła za mąż dwukrotnie. Pierwszy raz za Gajusza Oktawiusza: niezależnie od złośliwych sugestii późniejszych wrogów Oktawiana nie był on człowiekiem znikąd – należał do politycznego establishmentu, pełnił wysokie funkcje państwowe, a doszedłby pewnie i do wyższych, gdyby nie przedwczesna śmierć. On i Atia zdążyli się jednak doczekać dwójki dzieci: w roku 69 p.n.e. córki Oktawii i sześć lat później syna, Gajusza Oktawiusza, lepiej znanego pod nazwiskiem, które przyjął po adopcji przez ciotecznego dziadka: Caius Julius Caesar Octavianus. W roku 27 p.n.e. senat przyznał mu dodatkowo przydomek w uznaniu zasług dla państwa. Pod nowym nazwiskiem i honorowym przydomkiem – jako Oktawiana Augusta – znamy go dzisiaj.  Po śmierci pierwszego męża Atia wyszła za mąż ponownie, za politycznie niezdecydowanego, ale ewidentnie życzliwego i opiekuńczego Lucjusza Marcjusza Filipa. Nie doczekali się własnych dzieci, ale wszystkie znane źródła podkreślają, że Filip był niezwykle kochającym i troskliwym ojczymem dla Oktawii i Oktawiusza.

Julia żona Mariusza. Aurelia Kotta. Julia Młodsza. Atia. Cztery kobiety z ważnych arystokratycznych rodów, związane pochodzeniem lub małżeństwami z rodziną Juliuszów.

I cztery kobiety, dla których rzymscy pisarze i historycy mieli wyłącznie same superlatywy, gdy chodziło o opinię, jaką się cieszyły, i zdanie, jakie mieli o nich współobywatele i potomni. Julię, wdowę po Mariuszu, zostawił w spokoju nawet serdecznie wrogi jej mężowi Sulla, tak dużym szacunkiem się cieszyła. Kiedy zmarła, jej bratanek Gajusz Juliusz Cezar (tak, ten) wygłosił ku jej czci mowę pochwalną – zapamiętano to wystąpienie jako nie tylko hołd dla zmarłej krewnej i popis oratorskich umiejętności młodego urzędnika, ale i deklarację jego osobistych ambicji: miał wtedy wspomnieć o tym, że ciotka (a więc i on sam) pochodziła z rodu wprost wywodzącego się od bogini Wenus (1).

Venus_Genitrix_N367

Tak zwana Afrodyta z Frejus, w typie Wenus Genetrix – czczonej przez Cezara Wenus rodzicielki, której wystawił również świątynię na Forum. Rzymska kopia greckiego oryginału, obecnie w Luwrze. Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, opublikowane na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported

Aurelia Kotta dożyła siedemdziesięciu kilku lat i epoki wielkich triumfów Cezara. Plutarch opisuje ją jako surową i godną szacunku, idealną rzymską damę. Przez całe życie była dla niego oparciem: to ona osobiście dbała o edukację i wychowanie syna, kiedy stracił pierwszą, ponoć bardzo kochaną, żonę, prowadziła mu dom i pomagała w wychowaniu swojej wnuczki. Co więcej – wspomniana żona Cezara, Kornelia była z rodziny politycznie bardzo wrogiej dyktatorowi Sulli. Kiedy Cezar odmówił rozwiedzenia się z nią na rozkaz Sulli, za co groziły mu poważne konsekwencje (czytaj: kara śmierci, tak poważne), Aurelia zaangażowała całą swoją rodzinę – jeden z wielkich republikańskich rodów – a także znajome westalki w obronę syna.

Julia Młodsza, matka Atii, w zasadzie jest nam znana tylko z genealogii, z list mężów i potomków i z tego, że jej najmłodszy wnuk, raptem dwunastoletni Gajusz Oktawiusz (przyszły August) wygłosił jej mowę pogrzebową (2). Więcej – choć też nie za dużo – źródła mówią nam o jej córce Atii.

Gdyby Atia Balba Secunda miała okazję zerknąć na „swój” wizerunek w serialu Rzym, chyba wypłakałaby wszystkie łzy. No bo jak to? Ta serialowa, nader swobodnie sobie poczynająca skandalistka, uwodzicielka cudzych mężów i własnych klientów, zuchwała i bezwzględna osoba – to ma niby być jej odbicie? Widzicie, Atia uchodziła w swoich czasach za kobietę wyjątkowo pobożną, grzeczną, uprzejmą i cichą. W oczach Plutarcha była idealną matką, przejętą opieką nad dziećmi i ich edukacją. Według wspomnianego greckiego pisarza nikt w jej obecności nie ośmieliłby się powiedzieć ani zrobić nic niewłaściwego, tak wielkim szacunkiem się cieszyła.

Jest, owszem, dość niesamowita historia o Atii, wężu i poczęciu Oktawiana, którą opowiem przy innej okazji, ale ona także potwierdza kluczową cechę Atii, na jaką wskazują rzymscy autorzy: jej pobożność i szacunek dla bogów.

aolympias.jpg

Olimpias i boski wąż, ilustracja z Alixandre le grant, printed in Paris by Michel Le Noir ca. 1507-1520. Domena publiczna. Historia poczęcia Oktawiana przez Apollina w postaci boskiego węża mogłaby być tematem niemal identycznej ryciny (i kiedyś o tym opowiem, obiecuję).

I, widzicie, tak to właśnie jest. Nasze dzisiejsze bohaterki – a także jedna tu celowo pominięta, bo ją zostawiam na inną okazję, czyli córka Atii, Oktawia – uchodziły w swoich czasach za kobiety wzorowe, żyjące tak, że inspirowały innych. To nie znaczy wcale, że jedynie siedziały w domu i przędły wełnę – zachowanie Julii wdowy po Mariuszu i Aurelii Kotty pokazuje wyraźnie, że w ramach, jakie zakreślała im praktyka polityczna republiki rzymskiej, nasze bohaterki potrafiły, kiedy było trzeba, działać skutecznie i energicznie. Juliusz Cezar, jak pisze jeden z badaczy, przez większość życia polegał, jak chodzi o rodzinę, niemal wyłącznie na kobietach.

Kultura późniejsza, zwłaszcza ta popularna, nie zapamiętała ich jednak jako ciekawych czy wartych upamiętnienia. Jeżeli pojawiają się w niej jako bohaterki, zwykle bywają przekształcane, czynione bardziej zbuntowanymi i niegrzecznymi, jak i Atia, i Oktawia w Rzymie. Trochę trudno się dziwić – zrobienie fascynującej powieściowej czy ekranowej bohaterki z kobiety, która operuje w granicach przyjętych w jej kulturze obyczajów, co najwyżej je naginając, jest trudniejsze niż z barwnej postaci buntowniczki, intrygantki, kobiety w nosie mającej wszelkie konwenanse. Atia z Rzymu bardziej przypomina – żadne moje odkrycie, twórcy serialu otwarcie o tym mówili – barwną i kontrowersyjną Klodię Metellusową (o której na tym blogu jeszcze się będzie mówić a mówić!) niż pobożną, budzącą szacunek matkę Oktawiana. I wiecie co? Rozumiem to, ale też chętnie bym zobaczyła, jak (pop)kultura sięga po bohaterki takie jak Julia, Aurelia, Atia. Bo one, choć grzeczne, też mogą być silne, ciekawe i intrygujące.

 

(1) Swetoniusz, Żywoty cezarów I: Juliusz Cezar

(2) Swetoniusz, Żywoty cezarów: August 8:1

 

Warto przeczytać:

Swetoniusz, Żywoty cezarów I: Juliusz Cezar, II: Boski August

Plutarch, Żywoty równoległe: Cezar

Monroe E. Deutsch, „The Women of Caesar’s Family”, The Classical Journal Vol. 13, No. 7 (Apr., 1918), pp. 502-514 (powinno być dostępne tu); artykuł jest stary, ale sensownie sumuje dane i informacje na temat kobiet z rodziny Cezara.