Kwiaty, młodzieńcy, lustra, Freud

W walentynki włoscy archeolodzy poinformowali o kolejnym odkryciu w Pompejach. Tym razem w jednym z eleganckich prywatnych domów niedaleko centrum miasta, a konkretniej w jego atrium, znaleziono fresk z wizerunkiem Narcyza.

Narcyz

Ilustracja ze strony BBC

Widać wyraźnie – mimo uszkodzeń – że ujęcie postaci Narcyza jest trochę podobne do znanego już wcześniej, także z ikonografii pompejańskiej.

 

Narcyz2

Fresk z wizerunkiem Narcyza, z domu Oktawiusza Kwartiona w Pompejach. Zdjęcie autorstwa Carol Raddato (1), opublikowane na licencji Creative Commons: Attribution-NonCommercial-ShareAlike

Jeszcze bliższe jest to nowe znalezisko innemu wizerunkowi Narcyza, także znanemu z Pompejów.

F43.1Narkissos

Narcyz, fresk pompejański, obecnie w Museo Archeologico Nazionale w Neapolu. Ilustracja ze strony www.theoi.com

 

Co może zaskakiwać na nowo odkrytym fresku to fakt, że Narcyz nie jest sam. Przywykliśmy kojarzyć go – dzięki najbardziej znanemu wariantowi mitu na jego temat – z opowieścią o zapatrzeniu w siebie, egoizmie, narcyzmie, miłości własnej prowadzącej do samozagłady. Na fresku znalezionym ostatnio Narcyzowi towarzyszy inny młodzieniec, a szatę szarpie go pies – zapewne usiłując ratować pana przez ostatecznym pogrążeniem się w zabójczym samouwielbieniu.

Mitologicznie, widzicie, Narcyz wcale nie jest sam. A przynajmniej – nie przez cały czas i nie we wszystkich opowieściach na swój temat.

Przywykliśmy widzieć w Narcyzie młodzieńca, co by mogło implikować zwykłego śmiertelnika, ale tak naprawdę Narcyz jest, według wszelkich możliwych kryteriów, herosem. Jego matką – co częste zarówno w przypadku bogów, jak i śmiertelnych – była nimfa Leiriope, bytująca w okolicy miasta Tespie w Beocji, niedaleko Teb. Jej historia jest bardzo typowa dla opowieści o nimfach – porwana i poślubiona przez boga (w tym przypadku boga rzeki), urodziła mu syna, właśnie Narcyza. Warto jednak na moment zastanowić się nad jej imieniem.

Leirioipe (greckie Λειριóπη) zawdzięcza swoje imię roślinie – a może roślina jej, tego nie udało mi się ustalić, w moich krótkich poszukiwaniach, na pewno. Wiadomo jednak, że już Grekom jej imię kojarzyło się ze słowem leirion (λείριον), wieloznacznym, ale związanym w w pismach starożytnych botaników z konkretnymi kwiatami.

Co to dokładnie jest leirion? Cóż, zapewne – według Teofrasta, wybitnego botanika i ucznia Arystotelesa – jeden z trzech kwiatów ukazanych poniżej (2).

1280px-Lilium_candidum_1Narcissus-tazetta-2014-Zachi-Evenor800px-Narcissus_serotinus5656

Na ilustracjach od lewej: lilia biała (Lilium candidum), narcyz wielokwiatowy (Narcissus tazetta), Narcissus serotinus. Zdjęcia, od lewej: 1. Autor: Stan Shebs, zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons na licencji GNU Free Documentation License. 2. Autor: Zachi Evenor, zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons na licencji Creative Commons Attribution 3.0 Unported 3. Autor: nanosanchez, zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons w domenie publicznej.

Widać wyraźnie, że przynajmniej dwa z tych kwiatów to nic innego jak narcyzy – tylko ten pierwszy to popularny gatunek lilii. Samo imię Leiriope znaczy „o twarzy jak kwiat leirion. Powstaje oczywiście pytanie, co to znaczy. Jasna? Piękna? A może raczej – jak wskazuje popularny w kilku miejscach Europy przesąd, każący widzieć w narcyzach kwiaty żałobne – zwrócona ku ziemi, smutna? Kwiaty i matki, i syna postrzegano jako żałobne właśnie ze względu na to, że mają opuszczone główki. W tradycji greckiej, oczywiście, dokłada się do tego rola narcyza w epizodzie porwania Persefony (o czym parę słów poniżej).

Wiemy już więc co nieco o matce Narcyza. Jego ojcem natomiast był bóg płynącej w pobliżu rzeki, Kefissos. Rzeka Kefissos – ta beocka, w Grecji jest jeszcze kilka innych – wypływa z północno-zachodniego zbocza Parnasu w okolicach miejscowości Lilea (jej nimfa, Lilaia, uchodziła za córkę rzecznego boga). W czasach klasycznych Kefissos uchodził do jeziora Kopais, znanego z licznych anegdot starożytnych jako źródło najlepszych węgorzy w Grecji. Kiedy jednak pod koniec XIX wieku zaczęto osuszać to jezioro (akcję zakończono ostatecznie dopiero po II wojnie światowej), wody Kefissosu skierowano do sąsiedniego jeziora, zwanego w starożytności Hylike (dzis. Iliki).

Kefissos był bogiem rzeki, a więc synem pradawnych wodnych bóstw, Okeanosa i Thetys, symbolizujących wody słone i słodkie. Jako rzeczne bóstwo, zapewne byłby przedstawiony podobnie do wyobrażeń swych braci, innych rzecznych bóstw: jako brodaty mężczyzna, czasem z rogami, czasem z ciałem byka lub morskiego smoka.

Z36.2Euphrates

Bóg rzeki Eufrat, rzymska mozaika z miejscowości Zeugma, ok. Ii w. n.e.; zdjęcie z zasobów strony www. theoi.com. Wizerunek Kefissosa byłby zapewne dość podobny ikonograficznie.

Narcyza nasze źródła mitologiczne wymieniają jako jedynego syna tej pary, choć zgadzają, że Kefissos miał, z innymi małżonkami czy kochankami, także i inne dzieci. Nas tu jednak zdecydowanie interesuje to jedno konkretne.

Narcyz kojarzy się nam jednoznacznie – z człowiekiem, który zapatrzył się we własne odbicie w wodzie i umarł z miłości do siebie samego. Mitologia tymczasem wcale nie jest w kwestii jego losów taka oczywista.

Po pierwsze, wróćmy na chwilę do postaci na nowo odkrytym fresku. Kim jest młodzieniec? Nie wiemy. A co tu robi piesek? To proste – źródła mitologiczne często przedstawiają Narcyza jako młodego i dzielnego myśliwego, a ni przecież często przemierzają zagajniki i wzgórza w towarzystwie ulubionych psów.

Owidiusz opisuje Narcyza jako doskonale pięknego: o dłoniach jak Dionizos i lokach jak Apollo, z idealną, jasną skórą; gładkie policzki i różane rumieńce na śnieżnej twarzy dopełniają obrazu urody idealnej – choć, w greckich kanonach, bardziej dziewczęcej niż męskiej. Porównania do Apollina i Bachusa też nie są przypadkowe – ci dwaj bogowie bywają przecież często pokazywani jako obdarzeni delikatną, subtelną urodą i przekraczający konwencje prosto rozumianej męskości i kobiecości. Ci idealni młodzieńcy i konwencje ich ukazywania w literaturze i sztuce to jest w ogóle osobny temat na dyskusję, mocno przekraczający granice jednego wpisu – zwłaszcza wpisu na inny temat…

S12.2Dionysos

Dionizos, ukazany jako młodzieniec o subtelnej urodzie. Rzymska kopia greckiego oryginału, II w. n.e. Ilustracja z zasobów strony www.theoi.com

Przywykliśmy, za sprawą Owidiusza, łączyć dzieje Narcyza ze smutnym losem zakochanej w nim bez wzajemności nimfy Echo. Rzeczywiście, opis w III księdze jego Mefamorfoz (w. 339 – 509) jest niezwykle barwny i efektowny. Pokazuje nam nimfę, pozbawioną już głosu przez Junonę (za plotkowanie, krótko mówią), usiłującą za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę obojętnego Narcyza. Echo nie jest jednak jedyną postacią, kojarzoną z zakochaniem w nieczułym synu Leiriope. Przekazana przez kilka źródeł opowieść widzi początek nieszczęść Narcyza w odrzuceniu przez niego uczuć młodzieńca Ameiniasa. Zmęczony niechcianymi zalotami, Narcyz posłał Ameiniasowi prezent – miecz. Zalotnik zrozumiał po swojemu, o co chodziło – poszedł pod dom Narcyza i na jego progu przebił się mieczem, ściągając na chłopaka karę bogów.

No cóż, każdy i każda, kto choć raz był obiektem czyichś nachalnych i niechcianych zalotów, może poniekąd zrozumieć w tej sytuacji Narcyza – choć może niekoniecznie posunie się aż do posłania nagiego miecza w sugestywnym prezencie. Starożytni jednak widzieli w tego rodzaju postępowaniu obrazę bogów, a konkretniej – Afrodyty i jej towarzyszy. Narcyza nie mogła minąć za to kara. Wiecie, że tak zacytuję z zupełnie nie antycznego źródła: Kto nie dotknął ziemi ni razu / ten nigdy nie może być w niebie; yup, Narcyz jest jak ta Zosia od baranka w II części Dziadów, upraszczając.

Ale może jednak było inaczej? Może Narcyz wcale nie zakochał się sam w sobie? Grecki pisarz Pauzaniasz, autor Wędrówki po Helladzie, czegoś w rodzaju pierwszego przewodnika po Grecji (II w. n.e.) pisze, że Narcyz miał identyczną siostrę-bliźniaczkę i że po jej śmierci to z miłości do niej – czy to braterskiej, czy wręcz przeciwnie, romantycznej – wpatrywał się aż po śmierć we własne oblicze; wyobrażał sobie bowiem, że to nie siebie, a ją tam widzi.

450px-Narcissus-Caravaggio_(1594-96)_edited

Narcyz Caravaggia (1597-99), zapatrzony w siebie – jedyną rzecz, widoczną w jego świecie. Domena publiczna.

Niezależnie od tego, jak było, Narcyz umarł. Zabił się mieczem klęcząc nad źródłem-zwierciadłem, albo wpadł do wody i utonął, albo rozpłynął się w jego wodach, znikając ze świata. Pozostał po nim jedynie kwiat nazwany jego imieniem.

No i tu mamy problem jeszcze większy, niż z matką Narcyza, bo – choć używamy słowa „narcyz” na co dzień, to niekoniecznie wiemy, jaki konkretnie kwiat w Grecji oznaczało. Samo słowo, jak twierdzą niektórzy uczeni, jest wyraźnie niegreckie, przedindoeuropejskie, i raczej na pewno oznacza kwiat, kojarzony ze smutkiem i żałobą. One tak mają, te rośliny powstałe z ciał i krwi pięknych, tragicznie zmarłych chłopców: fiołki Attisa składane zmarłym w ofierze, miłki Adonisa, czerwone jak przelana krew, hiacynt (a może raczej irys lub ostróżka), naznaczony, według Greków, znamieniem w kształcie liter AI, okrzyku bólu, na pamiątkę śmierci Hyakinthosa, żałobny cyprys Kyparissosa… i narcyz, który zerwała Kora tuż przed tym, jak Hades porwał ją w zaświaty, do krainy zmarłych. Narcyz, ze schyloną ku ziemi w geście żałoby głową.  Ale jak do końca ten grecki narcyz wygląda, którą roślinę nazywa – tego do końca nie wiemy.

Mit o Narcyzie fascynował odbiorców przez kolejne pokolenia. Syn Kefissosa był i tematem dla artystów, i symbolem próżności (jako bohater umoralniających opowiastek o niebezpieczeństwach płynących z nadmiernego podziwiania samego siebie), i symbolem licznych grzechów (z – w sumie przewidywalnie – masturbacją na czele), a także – znaczącym modelem dla opisu młodzieńca idealnego w kontekście homoseksualnego pożądania (przecież Dorian Grey to, jako żywo, anty-Narcyz, choć tak samo w sobie zakochany). Dobrała się do jego mitu również psychologia, i to jeszcze przed Sigmundem Freudem, dzięki czemu na kartach poradników (i powieści kryminalnych…) co rusz to spotykamy opisy narcyzów i skutków ich zachowania….

1199px-John_William_Waterhouse_-_Echo_and_Narcissus_-_Google_Art_Project

John William Waterhouse, Echo i Narcyz, olej na płótnie, 1903, obecnie w Walker Art Gallery w Liverpoolu. Domena publiczna.

Z Owidiuszowej wersji opowieści o Narcyzie można by również wyciągnąć paradoksalny filozoficzno-życiowy wniosek. Kiedy Leirope pyta wieszcza, czy jej syn dożyje szczęśliwej starości, słyszy zaskakującą odpowiedź: si se non noverit, jeśli sam siebie nie pozna. Może więc kluczem do szczęścia jest nie zastanawiać się zbyt wiele nad sobą i nie patrzeć za często do lustra?

 

1) Na co dzień autorka wspaniałego bloga Following Hadrian

2) Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że mamy też jeszcze jedną roślinę, zupełnie współcześnie nazwaną liriope, z podrodziny myszopłochowatych (nie mogłam sobie odmówić użycia tej nazwy!)

Warto przeczytać:

Owidiusz, Metamorfozy, ks. III, przeł. Anna Kamieńska, Stanisław Stabryła (wiele wydań)

 

 

Prawdziwa miłość

Słowa-klucze: Rzym, homoseksualizm, puer delicatus, recepcja antyku.
Będzie o romansie męsko-męskim, więc komu nie po drodze z takimi tematami, niech się czuje ostrzeżony.

Hadrian

Takie oto piękne, naprawdę piękne zdjęcie wrzucił Walentynkowo jeden z moich ulubionych okołoantycznych blogów, Following Hadrian, na swoją stronę fejsbukową. A ja sobie pomyślałam: okej, do trzech razy sztuka. Nosiłam się z notką o Antinoosie i Hadrianie z okazji urodzin tego pierwszego, a potem tego drugiego. Nie zdążyłam. I dobrze, teraz będzie okazja.

Mottem dzisiejszej notki powinno być motto bloga: Starożytność to obca planeta. Nie, nie próbuję powiedzieć, że kulturowo nie mamy nic wspólnego z tamtymi czasami, wręcz przeciwnie: dziedziczymy po nich mnóstwo rzeczy, często nawet nie zdając sobie sprawy, skąd biorą się niektóre nasze imiona, historie, przesądy… Natomiast antyk grecko-rzymski bywa przestrzenią z innej planety ze względu na kulturowe różnice między nimi a nami tu i teraz.

Przykład? A proszę bardzo, na zdjęciu powyżej.

W tym tu wpisie chciałabym powiedzieć, z grubsza, o dwóch różnych i rozdzielnych sprawach. Jedną jest fakt, zupełnie mnie nie dziwiący, że pary niehetero też chcą mieć swoje mity i opowieści o miłościach idealnych, tragicznych, ponad grób, wzniosłych, niezwykłych. W tym kontekście gloryfikacja historii o romansie cesarza-intelektualisty z urodziwym młodzieńcem z Bitynii, o tragicznej śmierci tego drugiego i rozpaczy pierwszego zupełnie nie zaskakuje jako powracający przez wieki model homoseksualnej fascynacji i miłości. Bo pewnie, happy endy i historie o tym, że żyli długo i szczęśliwie są życiowo znacznie lepsze, ale miłosne tragedie też mają swoją kulturową nośność (z klasycznych tragedii miłosnych wystarczy wspomnieć Romea i Julię czy Tristana i Izoldę).

285px-0024MAN-Antinous

Antinoos z Patras, obecnie w Muzeum Narodowym w Atenach. Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, autor: Ricardo André Frantz, użyte na podstawie licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported

Przez długie wieki europejskiej kultury Antinoos – podobnie jak Ganimedes – używany był jako symbol homoerotycznej pasji i fascynacji. Jego legendarna uroda, tragiczne losy, a także, niebagatelnie, fakt, że dzięki ubóstwieniu go przez Hadriana po roku 130 n.e. wykonano ogromną ilość jego portretów, z których sporo zachowało się do dziś, sprawiły, że pojawiał się, zwłaszcza od XVIII wieku, nader często w kontekstach kulturowych kodujących homoseksualne pożądanie  (lub mówiących o nim otwartym tekstem). Od aluzji i wzmianek u postaci mniej lub bardziej otwarcie homoseksualnych intelektualistów europejskich, od Fryderyka Wielkiego po Oscara Wilde’a, przez użycie jego postaci jako powszechnie czytelnego kodu w kulturze (popatrzcie np. na dziewiętnastowieczną karykaturę – często można w niej znaleźć wizualne odwołania do postaci Antinoosa w powiązaniu z sugestią homoseksualnej orientacji karykaturowanego), po literackie odniesienia w twórczości Rilkego, wspomnianego Wilde’a, Pessoi, po, wreszcie, klasyczną powieść Marguerite Yourcenar  – Antinoos kojarzony jest wprost z erotyczną męsko-męską fascynacją.

 

Trailer do opery Hadrian Rufusa Wainwrighta z librettem Daniela McIvora (prapremiera Toronto 2018). W wizji Wainwrighta (skądinąd jednego z moich ulubionych popularnych muzyków) historia Hadriana i Antinoosa też jest, oczywiście, przede wszystkim opowieścią o miłości i pożądaniu (i perfidii, jak to w operze, ale to osobna sprawa)

Opowieść o Hadrianie i Antinoosie czytana dziś jako historia wielkiej wzajemnej miłości między dwoma mężczyznami zupełnie więc nie dziwi – i ma swoje znaczące miejsce w historii europejskiej kultury. Natomiast – hmm, spróbujmy przyjrzeć się jej rzymskim realiom i umieścić je we współczesnym kontekście.

Hadrian urodził się w roku 76 n.e., kiedy więc – zapewne około 123 n.e. – spotkał Antinoosa, miał jakieś czterdzieści siedem lat. Antinoos, urodzony wedle wszelkiego prawdopodobieństwa w 111 n.e., miał dwanaście. Jeżeli, jak twierdzi większość biografii, Antinoos został kochankiem cesarza około roku 128, to miał wtedy lat mniej więcej siedemnaście, a Hadrian – pięćdziesiąt dwa. Ta data wiąże się głównie z faktem, że to wtedy Antinoos, w orszaku cesarza, wyruszył z nim na objazd prowincji cesarskich. Nie bardzo są na to inne dowody – pierwsza wzmianka o Antinoosie jest wiersza z roku 130 n.e., można ewentualnie coś tam wnioskować z tak zwanego Obelisku Antinoosa (o którym kiedy indziej), ale znajdująca się tam fraza jest niejasna i niewiele mówiąca (wyrósł na pięknego młodzieńca).

Antinous_Pio-Clementino_Inv256_n3

Antinoos jako Dionizos-Ozyrys, Muzea Watykańskie. Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, domena publiczna.

I teraz tak. Drodzy czytelnicy nie siedzący za bardzo w tematyce antycznej, zamierzam wam powiedzieć rzecz dla współczesnego człowieka raczej nieprzyjemną. Biorąc pod uwagę greckie i rzymskie podejście do erotycznej fascynacji młodzieńcami i męskiej urody, siedemnaście lat to już całkiem, całkiem sporo; statystycznie Antinoos miał spore szanse zostać kochankiem Hadrian w wieku znacznie młodszym i tak, te dwanaście-trzynaście to jest mniej więcej kulturowa norma. Pierwszym problemem z punktu widzenia współczesnego odbiorcy – bo, że powtórzę, nie Rzymian! – byłaby więc bardzo duża różnica wieku i co najmniej młodzieńczy wiek Antinoosa.

Zaraz zaraz, zapytacie, to Rzymianie nie mieli określonego wieku zgody na stosunki seksualne? No trochę jakby miewali, w różnych epokach; wiązał się on jednak nie tylko i nie tyle z wiekiem, co z wiekiem plus pozycją społeczną. Zostawmy na boku kwestie republikańskiego prawodawstwa i istnienia/ właściwego znaczenia słabo nm dziś znanej (nie zachował się tekst, a tylko wzmianki na jej temat) ustawy zwanej lex Scantinia z roku 149 p.n.e., która regulowała – albo nie – kwestię penalizacji stosunków seksualnych z wolno urodzonymi nieletnimi młodzieńcami i/lub pozycję obywateli, którzy w homoseksualnej relacji przyjmowali bierną…

Okej, rozpędziłam się. Mam wrażenie, że zapomniałam powiedzieć o jednej bardzo istotnej rzeczy, która – choć oczywista dla badaczy starożytności – dla współczesnego człowieka też jest dziś z innej planety. Otóż tak, Rzymianie mieli swoje przekonania na temat tego, jakie formy seksu/ z kim uprawiane są nie w porządku. Zasadniczo w całości jest to temat na zupełnie inni wpis, ale jedno warto podkreślić: podział na akceptowalne/ nieakceptowalne NIE przebiegał wobec tego, jakiej płci osobę bierzemy za partnera. Znajdował się w innym miejscu –  a mianowicie dotyczył kwestii, jaką rolę przyjmujemy w seksie, bierną czy czynną. Bierna była okej – dla kobiet, niewolników, wyzwoleńców, ale, o ile wiemy, nie dla mężczyzn i młodzieńców wolno urodzonych. Oczywiście, nadejście cesarstwa wiele zmieniło w sposobie postrzegania przez Rzymian tego, co wolno, a czego nie wolno (zwłaszcza princepsowi, i to też jest temat na odrębną notkę), ale poczucie, że dla dorosłego wolnego mężczyzny bycie biernym partnerem seksualnym by(wa)ło (1) problematyczne, pozostało.

Status społeczny Antinoosa jest niepewny: źródeł pisanych na jego temat w ogóle jest niewiele, sporo z nich to naturalnie niechętne mu (jako nowemu ogłoszonemu przez ekskochanka bogu) pisma chrześcijańskie. Według tych źródeł Antinoos był albo Grekiem, albo Bityńczykiem, wolnym, niewolnikiem albo wyzwoleńcem.  U autorów chrześcijańskich pojawia się nawet sugestia, że był eunuchem – byłaby to jadowita ironia losu, zważywszy, że to Hadrian wprowadził prawo zakazujące kastracji zarówno wolnych mężczyzn, jak i wyzwoleńców i niewolników.

Kontrowersję wokół Antinoosa – eunucha zostawiam sobie na kiedy indziej – pewnie na notkę o jego śmierci, bo wbrew pozorom akurat tam ta kwestia byłaby nie bez znaczenia; jak blog dotrwa do października, to obiecuję taką notkę.

800px-Warren_Cup_BM_GR_1999.4-26.1_n2

Strona B tak zwanego Pucharu Warrena (którego autentyczność, zaznaczam od razu, bywa czasem poddawana w wątpliwość, choć artykuł Luki Giulianiego z 2015 roku wydaje się rozstrzygać większość wątpliwości na rzecz autentycznego pochodzenia tego obiektu z cesarskiego Rzymu). Srebrne naczynie, obecnie w British Museum, przedstawia dwie sceny miłosne między młodzieńcami a mężczyznami, „grecką” (A) i „rzymską” (B). Chłopiec w tej scenie to właśnie puer delicatus. Zwróćcie uwagę na jego wiek i różnicę wieku między nim a mężczyzną.
Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons, domena publiczna.

 

Niezależnie od wszystkiego, Antinoosa, w społecznym kontekście, najlepiej pewnie byłoby nazwać puer delicatus, słodki chłopiec, tłumacząc swobodnie. Kim jest taki puer delicatus? Ano, kochankiem pana; często bardzo młodym; często niewolnikiem. Nawet jeśli nie, to osobą życiowo od pana zależną. Możemy sobie do woli czytać poezję, w której rzymscy autorzy (jak na przykład Tibullus) skarżą się, że popadli w niewolę u ukochanych, że młodzieniec trzyma jego życie w swoich aksamitnych dłoniach etc. etc. etc. Wiadomo, że to gra i literacki topos, z realną życiową sytuacją mający niewiele wspólnego. A realna sytuacja jest taka, że puer delicatus nie ma za bardzo szans wypowiedzenia się w kwestii takiej relacji: jego raczej nikt o zgodę na seks z panem/ zamożnym klientem, jeśli mówimy o chłopcu zatrudnionym w seksbiznesie, nie pytał.

No i mamy drugi problem, kompletnie nieistotny z punktu widzenia rzymskiej moralności, mocno kłopotliwy dla nas. Bo seks bez zgody drugiej strony to gwałt, prawda?

Nie wiemy tak naprawdę, co Antinoos czuł do Hadriana, choć znamy, oczywiście, uczucia Hadriana, widoczne i w żałobie po Antinoosie, w tym – w towarzyszących jej gestach zakładania miast, wyroczni etc. ku czci chłopca, jak i w uczynieniu go bogiem. Co możemy powiedzieć? Niewiele, i chętnie bym to sobie zostawiła na osobną notkę, pewnie tę o śmierci Antinoosa. Na razie jednak podsumujmy: jak życzliwie byśmy nie rekonstruowali tej historii, pozostaje ona akceptowalna dla Rzymian, natomiast z naszej perspektywy nie bardzo nadaje się na opowieść o wielkiej, wzajemnej miłości.

Pamiętniki

A jak już mowa o recepcji – w odróżnieniu od wielu innych postaci antyku, Hadrian i Antinoos doczekali się, jako bohaterowie, naprawdę znakomitej powieści – i to, jak widać, dostępnej po polsku. Polecam serdecznie. Zdjęcie z archiwum allegro.pl

A teraz, zataczając kółko i wracając do początku: nie zmienia to faktu, że relacja między cesarzem a jego nastoletnim kochankiem stała się ważnym kulturowo modelem homoseksualnego romansu. Z recepcją motywów (nie tylko antycznych) tak zwykle jest: tak naprawdę w pewnym momencie szczegóły modelu stają się nieistotne, a kluczowym okazuje się to, co dalsze kultury wybrały jako warte przekazania. Niewiele osób byłoby dziś skłonne postrzegać Prometeusza jako zawziętego, zarozumiałego i pełnego pychy typa, który nie godzi się z tym, że władza nad światem się zmieniła i nie sprawują jej już jego bliscy krewni – a taki obraz jak najbardziej da się ze źródeł wyczytać. Nie, my w nim widzimy nadludzkiego, mesjańskiego herosa, dobrowolnie cierpiącego za to, że był dobry dla ludzi. Po prostu motyw po przetworzeniu i recepcji zasadniczo różni się od tego zastanego, z miliona powodów, o których też pewnie kiedyś napiszę. I tak samo jest z Hadrianem i Antinoosem: kolejne pokolenia twórców widziały w nich przecież przede wszystkim historię o miłości młodego mężczyzny do ukochanego, o tęsknocie i żałobie. Te dwie opinie – to, jak byśmy dziś taki związek postrzegali i to, jaką on kulturową rolę odgrywa(ł), wbrew wszelkim pozorom nie są sprzeczne.

(1) Eva Cantarella, badaczka rzymskiej seksualności, postawiła tezę, że ta opinia znacząco osłabia się od czasów Cezara i Augusta, ze względu na popularne pogłoski dotyczące ich obu; znowu, temat raczej na osobny wpis niż rozwijanie tutaj 🙂

 

Warto przeczytać:

Royston Lambert, Beloved and God: The Story of Hadrian and Antinous, London 1984

Sarah Waters, „The Most Famous Fairy in History. Antinous and Homosexual Fantasy”, Journal of the History of Sexuality, Vol. 6, No. 2 (Oct., 1995), pp. 194-230

Eva Cantarella, Bisexuality in the Ancient Word, Yale University Press, New Haven 1992

Luca Giuliani, „Der Warren-Kelch im British Museum. Eine Revision”, Zeitschrift für Ideengeschichte, IX, no. 3: 89–110, 2015

Amor i duchy

Ten pierwszy wpis, pierwszy krok na nieznanej ziemi, powinien być specjalny, prawda? Zwłaszcza że dziś podobno święto miłości.

wieniec fiłoki

Wieniec z liści bluszczu i fiołków, replika obiektów opisywanych w literaturze greckiej; wykonanie: M. Heilmeyer/ E. Becker-Weigland, fot. I. Geske, dla Antikensammlung w Berlinie. Reprodukcja karty pocztowej wydanej z okazji mini-wystawy wieńców inspirowanych literaturą antyku grecko-rzymskiego, 2012. Pocztówka ze zbiorów autorki wpisu. 

No dobrze, to świat zachodni obchodzi dziś święto romantycznej miłości. Starożytni Rzymianie z kolei byliby właśnie w środku Parentaliów. Miłość romantyczna nie tylko musiałaby ustąpić miejsca pietas, szacunkowi wobec przodków i poprzedników – byłaby wręcz niechętnie widziana! W czasie Parentaliów nie wolno było zawierać małżeństw (ukryj pochodnię, Hymenajosie, wzywa Owidiusz boga ślubów w Fasti II: 561) ani innych umów,  świątynie pozostawały zamknięte, a urzędnicy nie mogli nosić oznak pełnionej funkcji. To coś więcej, niż tylko chwilowa zmiana stroju i obyczajów. Dni, w czasie których obchodzono Parentalia (13-21 lutego, w rzymskim kalendarzu od Idów lutowych do ósmego dnia przez Kalendami marca) były wyjęte z normalnego porządku rzeczywistości. Nic dziwnego: Parentalia to, zasadniczo, święta ku czci zmarłych.

Żeby sobie uświadomić, jakie społeczne znaczenie ma kult zmarłych dla starożytnych Rzymian, musimy wiedzieć jedno: kluczem do zrozumienia rzymskiego społeczeństwa jest świadomość roli w nim rodu, głowy tegoż rodu (pater familias) i przodków. Lojalność wobec rodu jest jedną z kluczowych cech, konstytuujących dobrego obywatela; nieprzypadkowo mój ulubiony rzymski poeta, Katullus, kiedy opisuje swoje idealne uczucie do ukochanej kobiety, robi to w sposób dla nas dziś nieco, hmm, nieprzewidywalny: Pokochałem cię nie tak, jak przeciętny człowiek kochankę – raczej tak, jak ojciec swych synów i zięciów (1). To nie znaczy, że jego uczucia nie będą romantyczne czy erotyczne (no hej, wystarczy przeczytać dowolny inny jego wiersz!) – to znaczy raczej, że to, co on czuje, przekracza granice erotycznej fascynacji, a staje się uczuciem budującym porządek społeczny, kształtującym republikański świat (co jest sporą sztuką, bo obiekt uczuć podmiotu lirycznego to, jak by to powiedzieć, cudza żona). W rzymskiej tradycji głowa rodu odgrywa rolę szczególną, a jego wpływ na członków familia (żonę, dzieci, zięciów, synowe, domowych niewolników) jest kluczowy.

 

Catullus comforting Lesbia over the Death of her Pet Sparrow and writing an Ode by Antonio Zucchi, RA (Venice 1726 ¿ Rome 1796)

Antonio Zucchi, Katullus pocieszający Lesbię po stracie wróbelka, ok. 1773, obecnie w Nostell Priory, West Yorkshire, Wielka Brytania; zdjęcie ze strony The National Trust

 

I teraz: skoro rodzina i lojalność są tak ważne, to w naturalny sposób, ogromne znaczenie mają również zmarli przodkowie. Konkretniej, duchy i wizerunki przodków. O tak, Rzymianie wierzyli w duchy.

Wierzyli w nie bardzo poważnie, i całkiem serio się ich bali – o czym pewnie będzie okazja napisać w okolicach połowy maja, kiedy to obchodzono główne święto związane z wypędzaniem z domu niebezpiecznych dusz. Nasze właśnie trwające święto, Parentalia, miało bardziej wspominkowy, refleksyjny charakter.  W tych dniach wybierano się poza granicę miasta, pomerium, bo to za nią, wzdłuż dróg, ciągnęły się cmentarze. Zmarłym przodkom przynoszono ofiary: chleb namoczony w winie, wieńce, w tym – fiołkowe, jako że te kwiaty często już o tej porze roku kwitły (albo w ogóle po prostu świeże kwiaty), ziarna zbóż.

chleb

Chleb, upieczony rzymskim sposobem w glinianych misach i według rzymskiego przepisu. Wypiek (i zdjęcie) autorki.

Duchy przodków lepiej było mieć po swojej stronie. Di inferi, bóstwa podziemne, miały bowiem nie tylko opiekuńczy i przyjazny charakter. Ich ogólne określenie to Manes, Many. Zdaniem żyjącego w IV w. n.e. świętego Augustyna – który chętnie i zdecydowanie o bóstwach pogańskich się wypowiadał – Many to dusze nieokreślone, ogólna nazwa duchów zmarłych (tu się Augustyn powołuje na autorytet wcześniejszego pogańskiego autora, Apulejusza, żywo zainteresowanego sprawami religii i misteriów). Duchy pomocne, dobroczynne często utożsamiano z opiekującymi się domem Larami; te złowrogie nazywano Larwami (Larvae) lub Lemurami (Lemures). O Lemurach i Larwach będzie okazja porozmawiać wiosną, kiedy to uroczyście wypędzano je z domów; podczas Parentaliów wspominano o nich głównie w kontekście święta zamykającego te obchody, a mianowicie – Feraliów.

lemur1
Tak, to urocze stworzonko zawdzięcza nazwę złośliwym rzymskim upiorom. Zdjęcie autorstwa  Tambaco the Jaguar

Feralia, obchodzone w ostatnią noc Parentaliów, związane były z koniecznością przebłagania przez ojca rodziny tych duchów, które były gniewne, urażone bądź zaniedbane przez ród. Zapomnienie o tych świętach mogło skończyć się naprawdę nieprzyjemnie:

Otóż kiedyś, podczas długiej, zażartej wojny, Rzymianie zapomnieli o Parentaliach. Nie uszło im to bezkarnie. Od tego bowiem nieszczęsnego dnia zapłonęły tuż za granicami miasta żałobne stosy. Trudno w to uwierzyć, ale przodkowie wyszli z grobowców cichą nocną porą, a widmowy tłum przerażających upiorów zawodził swe skargi wśród szerokich pól i na ulicach miasta. Później, gdy oddano cześć zaniedbanym grobowcom i skończyły się żałobne znaki. (przekład własny)  (2)

Tak opisuje Owidiusz w drugiej księdze Fasti, swojej poetyckiej wersji rzymskiego kalendarza, zgubne skutki zapomnienia o święcie zmarłych.

(1) dilexi tum te non tantum ut vulgus amicam, / sed pater ut gnatos diligit et generos, c. 72: 3-4, przekład własny
(2) at quondam, dum longa gerunt pugnacibus armis / bella, Parentales deseruere dies.
non impune fuit; nam dicitur omine ab isto / Roma suburbanis incaluisse rogis. / vix equidem credo: bustis exisse feruntur / et tacitae questi tempore noctis avi, /perque vias urbis latosque ululasse per agros / deformes animas, volgus inane, ferunt. /post ea praeteriti tumulis redduntur honores, /prodigiisque venit funeribusque modus (Owidiusz,  Fasti II: 547-56)

Warto przeczytać:

H. H. Scullard, Festivals ans Ceremonies of Roman Republic, London 1981