Święty grzyb, czyli teorie spiskowe

Serię o teoriach spiskowych związanych z antykiem otwórzmy jedną z bardziej (nie)sławnych książek je głoszących: The Sacred Mushroom and the Cross Johna Allegro, z 1970 roku.

okładka saacfred mushrpopom

Wyjściowe założenie książki Johna Allegro jest niewątpliwie a) niegłupie, b) wielce prawdopodobne. Jest nim mianowicie wskazanie, że w przypadku religii Bliskiego Wschodu, w tym – judaizmu i chrześcijaństwa – istotnym czynnikiem w ich kształtowaniu się były elementy tradycji szamańskiej, związanej z transowością, specyficznymi formami profetyzmu oraz użyciem świętych roślin i grzybów halucynogennych. Nie ma wątpliwości, że ślady takich tradycji są w Biblii hebrajskiej widoczne i że odbijają one wcześniejszy stan cywilizacyjny (1). Punkt wyjścia The Sacred Mushroom and the Cross jest, że powtórzę, całkowicie naukowo akceptowalny.

Plaincourault_webFresk z kaplicy w Plaincourault (Francja), przedstawiający Adama i Ewę pod Drzewem Wiadomości Dobrego i Złego, które tu ma postać grzyba, być może Amanita muscaria. XII wiek.

To chwilę później zaczynają się problemy.

Pierwszą ważną przesłanką Johna Allegro jest bowiem założenie, że na terenie Izraela/Palestyny/Judei istniała misteryjna grupa, wymagająca inicjacji w swoje obrzędy i posługująca się w rytuałach świętymi substancjami zmieniającymi świadomość. Znowu, to zupełnie nie jest nieprawdopodobne, istnieją liczne precedensy dla tego typu grup na przykład z tradycji greckiej. John Allegro jednak widzi tę grupę nie jako odłam judaizmu, ale jako istniejącą odrębnie, bardzo pierwotną, wywodzącą się wprost z tradycji religii Mezopotamii i kultów płodności (stąd np. idea Boga Ojca – wywiedziona nie z relacji Jahwe z Izraelem, ale z idei boskiego penisa zapładniającego Matkę Ziemię; uprzedzę fakty – boski penis będzie w tym tekście powracał z nużącą regularnością (2)) grupę. Autor nazywa ją właściwym chrześcijaństwem (to, co my nazywamy chrześcijaństwem, jest w jego oczach herezją, która wygrała). Większość śladów istnienia tej grupy została wymazana wspólnym wysiłkiem Żydów, Rzymian i chrześcijaństwa takiego, jakie dzisiaj znamy. Yup, SPISEK. Pozostały idee, obecne w dzisiejszym chrześcijaństwie, ale tak naprawdę w nim kompletnie niezrozumiałe.

Czemu są niezrozumiałe? Ano dlatego, twierdzi Allegro, że nigdy nie było rabbiego imieniem Jeszua/ Jezus, ani nie zdarzyły się przypisywane mu czyny. Jezus był bowiem jedynie kodem, imieniem, które miało zmylić niewtajemniczonym, a jednocześnie pozwolić zachować świętą, niewypowiadalną wiedzę w formie czytelnej dla wtajemniczonych i wyznawców. Gdy zaś taki tekst wpadał w ręce niepowołane – cóż, pozostawały opowieści, których symboliczny sens był niezrozumiały, dało się je za to odczytać dosłownie.

Niestety, twierdzi autor The Sacred Mushroom and the Cross, historia potoczyła się niespodziewanie: w koszmarnie krwawej żydowsko-rzymskiej wojnie lat 66 – 70 n.e. zginęło zbyt wielu wysoko wtajemniczonych. Tekst-kod – znany nam dziś jako Nowy Testament – w zasadzie przestał być zrozumiały na swoim symbolicznym poziomie. Odczytany dosłownie, jako historia religijnego przywódcy imieniem Jezus, stał się początkiem chrześcijaństwa, jakie dziś znamy. Zakodowano w nim bowiem, pod postacią historii nauczyciela imieniem Jezus, prawdę znacznie bardziej prawdziwą (zdaniem autora).

I tu się pojawia grzyb.

Grzyb jest – tu Allegro ma sporo racji – był przez starożytnych kojarzony z piorunem (grzyby rosną, jak wierzyli Grecy, po burzy). Jest więc (to już Allegro) produktem boskiego penisa, poczętym dziewiczo z ziemi, rosnącym bez korzenia. Widzicie analogie do poczęcia z dziewicy? Ja nie bardzo, autor – zdecydowanie. Jako taki, grzyb zawiera szczególną koncentrację boskiego nasienia – znaczy, ma właściwości halucynogenne.

Oczywiście, sam grzyb jest też fallusem, bo ta książka jest jednym wielkim hymnem do fallusa, erekcji i nasienia, nie ma strony bez odwołania do nich. Allegro rozumie kult płodności dosyć specyficznie – właśnie jako kult erekcji, seksu i penisa – i nie pozwala nam ani na moment zapomnieć, że to właśnie ten rodzaj kultu leży u podłoża jego wersji chrześcijaństwa. Podobieństwo szybko rosnącego grzyba do męskich narządów płciowych jest co najmniej równie ważne, jak jego halucynogenne właściwości.

Mówimy bowiem nie o każdym grzybie, ale o jednym, jedynym i specyficznym. Amanita muscaria. O, takim.

muchomor

Generalnie, zazwyczaj, kiedy mowa jest o Jezusie, tak naprawdę chodzi o grzyb. No chyba, że mowa o świętym Piotrze, jego imię też znaczy „grzyb” [tylko że nie – AK]. Z kolei w genealogii Jezusa (tej wskazującej na pokrewieństwo z Dawidem) wszystkie w zasadzie imiona i przydomki znaczą, zgadli/łyście, „penis”. Gdyby mi kto nie wierzył, cytuję:

The oracle of David, son of Jesse; the oracle of the erect phallus (RSV “the man who was raised on high”), the semen-smeared (RSV “anointed”) of the God of Jacob, the Na’im (“heavenly canopy”, RSV; “sweet”) of the stretched penis (RSV: “psalmist”) of Israel.

A jakby nam było mało grzybów, to dorzucę za autorem:

The name Herod, meaning “heron” (Latin ardeola) serves throughout the New Testament as a useful play on the Semitic ‘Ardila’, “mushroom”, as does the feminine form “Rhoda” who opened the door to Peter after his release from prison (Acts 12:13)

Gdybyście się zastanawiali: ponieważ muchomor jest czerwony, to Jezusa w J 19:2 ubierają w czerwoną szatę i koronę cierniową. Ta ostatnia się kojarzy z pozostałościami po obrzezaniu, ta pierwsza, tak, zgadli/łyście, z kolorem penisa. Nie wymyśliłam tego sama, zapewniam; relata refero. Aha, termin „ukrzyżowanie” co prawda odnosi się na pozór do okrutnej kary historycznie stosowanej przez Rzymian, ale w sumie chodzi o to, że jest metaforą „noszenia ciężaru kobiety”, czyli kopulacji. Nie, tego też sama nie wymyśliłam. Że Ostatnia Wieczerza = spożywanie grzyba halucynogennego, już pewnie się domyślacie.

Byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie zauważyła, że autor odnosi się także do pierwiastka kobiecego w swoim wyobrażonym „oryginalnym chrześcijaństwie”. Jest mowa i o świętej prostytutce kultowej, i o tym, że błona otaczająca młody egzemplarz niektórych grzybów jest jak łono, które przebija rodzący się grzyb-penis. W tym wszystkim jakoś zawsze wracamy do tematu seksu (i penisa).

Częścią problemu są też mocno ryzykowne pomysły językoznawcze Allegro, zaskakujące u profesora filologii. Zerknijmy na przykład na taki wywód z rozdziału III:

The Greek word daimön derives, through the Persian dew (there is a strong linguistic affinity between m and w), from a probable Sumerian original *DA…..U_NA, meaning “having power over fertility”.

Z punktu widzenia etymologii (a konkretniej słownika etymologicznego greki klasycznej), δαίμων [daimon] pochodzi od czasownika δαίομαι [daiomai], „rozdawać, rozdzielać”, a jego źródła szuka się nie w sumeryjskim (!), tylko w praindoeuropejskim rdzeniu, zapisywanym w nauce deh ; ten sam rdzeń prawdopodobnie widoczny jest w takich słowach, jak sanskryckie bhaga (znaczenia tutaj) czy staroperskie baga, „bóg”. Dew/daeva i wszelkie jego derywaty w wielu językach wywodzą się z kolei raczej z rdzenia *dyḗws, tego samego, z którego pochodzi grecki „Zeus” i nasz „dzień” (rdzeń oznacza prawdopodobnie „jasny, świetlisty”, a Zeus oryginalnie jest bogiem dziennego, jasnego nieba). Jak widać, nic się nie zgadza, wszystkie skojarzenia są mocno przypadkowe, za to mają budować argument popierający główną, obsesyjną ideę Allegro: kult świętego penisa zapładniającego ziemię.

Albo popatrzmy na taki kawałek:

The fertility god Dionysus (Greek Dionusos) , whose cult emblem was the erect phallus, was also a god of healing, and his name, when broken down to its original parts, IA-U—NU—ShUSh, is almost identical with that of Jesus, having NU, “seed”, only in addition: “Semen, seed that saves”, and is comparable with the Greek Nosios, “Healer”, an epithet of Zeus.

I wszystko by było pięknie, bo Nosios rzeczywiście znaczy “Uzdrowiciel” i faktycznie jest epitetem Zeusa, a i Dionizosa na upór można uznać za bóstwo z płodnością związane, ale etymologia tutaj jest czysto z fantazji: imię Dionizos zwykle kojarzy się z albo tradycyjnie z dios-, dopełniaczem od imienia Zeusa, ojca Dionizosa, albo z czasownikiem diemai, i z cząstką -nus(a), który według jedynego znanego nam antycznego objaśnienia znaczy „drzewo” Językoznawca i badacz mitologii, Michael Janda, widzi w imieniu Dionizosa znaczenie „ten, który pospiesza za drzewem”, rozumianym jako drzewo świata; byłby więc Dionizos bóstwem związanym z kreacją świata i z kosmologią. Żadne z tych słów nie ma, w grece, najmniejszego związku ze spermą ani nasieniem.

Skąd się skądinąd autorowi ulęgło, że „Persephone” znaczy „pochwa”, a „Kore” „penis w erekcji”, to ja nie wiem. No nie wiem, nie wymyślę, ani znajomość greki, ani mitologii mi nie pomaga (i nie, nie wierzę w sumeryjskie etymologie autora).

Ten problem wychodzi zresztą poza falliczne obsesje autora: on generalnie zestawia ze sobą fenomeny z różnych kultur, które mu się kojarzą, i uznaje je za spokrewnione, bo – bo jego zdaniem mają jakąś wspólną etymologię. Najpewniej sumeryjską. Z większością z nich jest jak z daimonem i Dionizosem: jakieś strzępy faktów przemieszane z czystą fantazją.

78891277

Pewnie widzicie już w tym momencie, czemu ta książka wywołała taką silną reakcję w świecie naukowym. No to teraz dodajcie jeden element: osobę autora. Nie mamy do czynienia, jak w przypadku przyszłych bohaterów mojego cyklu o spiskowych teoriach z antykiem w tle, z nawiedzonym pseudouczonym. Przeciwnie; kiedy John Marco Allegro publikował swoje rozważania o genezie chrześcijaństwa, był bardzo znanym archeologiem biblijnym, a jego pozycję określał fakt, że uczestniczył w oryginalnej grupie badającej Zwoje znad Morza Martwego. Miał na koncie liczne ważne publikacje. Miał pozycję i generalnie cieszył się opinią wybitnego specjalisty; kiedy pisał The Sacred Mushroom…, był profesorem teologii w Manchesterze.

Ta jedna książka zrujnowała mu karierę. Na serio wzięto ją jedynie w niektórych kręgach posthippisowskich, w nauce natomiast raz na zawsze podważyła pozycję autora. I, jakby, trochę mnie to – metodologicznie, koncepcyjnie – nie dziwi.

(1) Robert D. Miller II, „Shamanism in Early Israel”,Wiener Zeitschrift für die Kunde des Morgenlandes, Vol. 101 (2011), pp. 309-341

(2) Patrz np. męcząco szczegółowe i w sumie kompletnie zbędne dla wywodu rozważania o piorunie jako boskim orgazmie z ejakulacją, zieeeew [nigdzie nie obiecywałam, że będzie bardzo naukowo 😀 ]

Apollo i młodzieńcy

Lektura greckich tekstów mitologicznych uświadamia człowiekowi dość jasno: generalnie niezbyt fajnie było zwrócić na siebie uwagę bóstwa, ale szczególnie fatalne było to w przypadku Apollina. A już najgorzej chyba było, kiedy Apollo się w kimś śmiertelnym zakochał.

Zacznijmy może od kochanków boga sztuki, bo jest ich mniej, niż zapisanych przez mitografów dziewcząt i kobiet, które uwodził.

Na początek – kilka faktów. O ile wśród kochanek i żeńskich obiektów uczuć Apollina znajdują się zarówno śmiertelniczki, jak i boginie, o tyle wszyscy jego kochankowie to ludzie, nie ma wśród nich bogów. Dlaczego? Ano dlatego, że w dość powszechnym odczuciu Greków związek homoseksualny jest związkiem hierarchicznym, gdzie inną rolę ma do odegrania dorosły mężczyzna-kochanek, a inną – podporządkowany mu, uczący się od niego ukochany młodzieniec. Przeniesienie takiej relacji na związek bóstwa z człowiekiem jest proste – ale jak ustalić hierarchię między bogami? To zapewne dlatego w zasadzie nie mamy historii męsko-męskich romansów wśród bóstw greckich.

Kim więc byli kochankowie Apollina i jaki był ich los?

Po pierwsze – Hiakintos/ Hiacynt. W najbardziej popularnej wersji mitu był on księciem, synem króla Amyklasa i jego żony Diomede. Tu mamy, w punktu widzenia naszej wrażliwości, pewien problem: Diomede otóż była córką króla Tesalów, Lapithesa, ten zaś – synem nimfy Stilbe i, no cóż, Apollina. Zakochał się więc bóg muzyki bez pamięci we własnym prawnuku. A może być, w sumie, jeszcze gorzej: część mitografów uważa, że siostrą-bliźniaczką Hiakintosa była Dafne – tak, ta sama, którą Apollo spotkał w swoim pierwszym dniu na greckiej ziemi, po pokonaniu Pytona, i którą prześladował tak, że wolała zamienić się w drzewo…

Hyakinthos

Zefir i Hiacynt, attyckie naczynie czerwonofigurowe, dziś w Museum of Fine Arts, Boston (USA)

Hiakintosa mitologia i literatura grecka bardzo mocno wiąże z homoerotyzmem. Miał być pierwszym młodzieńcem zaangażowanym w związek z innym mężczyzną, śmiertelnikiem Thamyrisem, i pierwszym, w którym zakochało się dwóch bogów: pierwszego z nich, boga wiatru zachodniego, Zefira, Hiakintos porzucił dla Apollina (sztuka grecka jednak zachowała dla nas całkiem sporo scen erotycznych, ukazujących Zefira i królewicza, patrz wyżej).

The_Death_of_Hyacinthos.gif

Jean Broc, Śmierć Hiacynta, olej na płótnie, 1801, dziś w muzeum w Poitiers (Francja).

Nie dajmy się nabrać dziewiętnastowiecznej sztuce: Hiakintos miał małe szanse być wiotkim chłopcem o delikatnych dłoniach, bladej cerze i długich blond lokach. W Sparcie i leżących niedaleko Amyklach, skąd pochodził jego ród, Hiakintosa czczono jako herosa-wojownika, idealnego młodego żołnierza, a mitografowie wspominają, że on i Apollo najchętniej spędzali czas na polowaniu, wspinaczce i ćwiczeniach sportowych. To właśnie w trakcie tych ostatnich zazdrosny Zefir sprawił, że Apollo zabił kochanka: bóg wiatru pchnął dysk rywala tak, że ten uderzył Hiakintosa w czoło i zabił na miejscu. Na nic zdały się moce leczenia, jakimi dysponował Apollo, bóg-uzdrowiciel: ukochanego nie ocalił. Tradycja świąt ku czci Hiakintosa w Amyklach sugerowałaby jakiś mit o jego wskrzeszeniu, być może analogiczny do opowieści o Adonisie/ Attisie / Dafnisie itd.; najpowszechniejsza wersja mówi oczywiście o metamorfozie i o powstaniu z krwi Hiakintosa kwiatu hiacynta.

Istnieje drugi, niemal identyczny mit, tym razem dotyczący młodzieńca imieniem Hymenajos, rodem z Arkadii; Apollo miał go pokochać, a potem, przypadkiem, zabić dyskiem podczas ćwiczeń.

800px-Cyparissus_mg_0159

Jacopo Vignali, Kyparissos, lata 70. XVII w., olej na płótnie; obecnie w Muzeum Sztuk Pięknych w Strasbourgu.

Inny z kochanków Apollina, Kyparissos, też skończył tragicznie. Kyparissos był księciem wyspy Keos, słynnej między innymi z tego, że żył tam cudowny jeleń, ulubieniec bogów i ludzi. To boskie zwierzę o złotych rogach, łagodne i życzliwe, zostało przypadkiem zabite przez młodego królewicza podczas polowania. Kochanek Apollina nie dał się pocieszyć po tym wypadku – był do jelenia przywiązany, często chodził razem z nim do źródła i traktował go jak przyjaciela. Nic nie pomogło – nawet zaklęcia i prośby zakochanego boga. Kyparissos po długim okresie smutku postanowił ostatecznie odebrać sobie życie. Apollo, który go kochał, nie pozwolił mu umrzeć, odebrał mu jednak udrękę i świadomość: przemienił ukochanego w cyprys, drzewo smutku.

The_Awakening_of_Adonis_-_John_William_Waterhouse_(1899)

John William Waterhouse, Przebudzenie Adonisa, 1899-1900, olej na płótnie, kolekcja prywatna (obraz należy do Andrew Lloyda Webbera, tak skądinąd).

Kochankiem Apollina miał być też Adonis, tu traktowany jak wcielenie antycznego greckiego rozumienia biseksualności: mitografowie (a konkretnie Ptolemeusz Hefajstion w I/II w. n.e.) wskazują, że był jednocześnie kochankiem Apollina i Afrodyty, z nią uprawiając seks jak mężczyzna, z nim – jak kobieta (yup, tak to sobie właśnie Grecy tłumaczyli). Adonis też umarł młodo, zabity na polowaniu przez dzika (i to jest dłuższa historia, o której kiedyś). Skądinąd według tegoż samego mitografa to Apollo miał osobiście zabić Adonisa, zmieniwszy się w dzika – nie z zazdrości, bynajmniej, a z powodów rodzinnych: Afrodyta miała oślepić jednego z synów boga poezji, kiedy ten podglądał, jak ona i Adonis uprawiali seks. Apollo, wściekły za tę niesprawiedliwą jego zdaniem karę, a nie mogąc zemścić się na bogini miłości, wyładował swój gniew na dawnym kochanku. Przyznajmy jednak uczciwie, że wersja ta jest znana tylko z jednego źródła: zazwyczaj dzik, który zabija Adonisa, jest albo wyjątkowo groźnym zwierzęciem pokonującym niedoświadczonego łowcę, albo – Aresem, chcącym odzyskać Afrodytę per fas et nefas.

Constance_Phillott_-_The_Herdsmen_of_Admetus

Constance Philippot, Pasterze króla Admeta, ok. 1890, kolekcja prywatna. Ten młodzieniec z lirą pod drzewem to zapewne służący królowi jako pasterz Apollo.

Zostaje jeszcze jedna historia miłosna z Apollinem jako kochankiem, zagadkowa i intrygująca. Kiedy mianowicie Apollo podpadł ojcu, Zeus zesłał go karnie na ziemię, by tam, w ludzkiej postaci, przez rok służył jako pasterz u króla Tesalii Admeta, znanego z odwagi i uczciwości. Kto się tu w kim pierwszy zakochał, nie wiadomo – starożytni poeci jednak już od czasów Kallimacha (III w. p.n.e.) uznają króla i boga-pasterza za kochanków. Apollo musiał rzeczywiście darzyć Admeta uczuciem – w końcu to dla niego upoił winem Mojry i namówił je, by pozwoliły Admetowi wrócić do życia, jeżeli po jego śmierci znajdzie się śmiertelnik, który poszedłby do Hadesu za niego! (i znalazł się, a raczej – znalazła, a może wręcz – została znaleziona, czy tego chciała, czy nie, i Eurypides napisał o tym wspaniały dramat, a ja kiedyś napiszę osobną notkę).
Przy czym niech sobie nikt nie wyobraża, że kobiety miały z Apollinem łatwiej. Zazwyczaj nie miały – choć jest kilka przykładów szczęśliwych związków Apollina z dziewczętami i nimfami, przeważają te tragiczne; o tym jednak już następnym razem.

Mięta, dziewczyna Hadesa

Dzisiejszy wpis zaczął się od takiego oto obrazka, który mi zawędrował na fejsbukową stronę.

Hades11

I o ile w kwestii apokalipsy zombie Hades ma rację, o tyle z tą jedną żoną/ brakiem kochanek to jednak troszkę ściemnia.

Fakt, gdzie mu się tam równać z Zeusem czy Posejdonem, a nawet z bratankiem Apollinem. Mityczni znawcy genealogii nie notują jakichś tabunów kochanek, kochanków czy potomstwa pana podziemi. Nie znaczy to jednak, że wcale ich nie było. Była co najmniej jedna. Co prawda wiedza o niej ukryta jest w niewielkich fragmentach dzieł autorów czytanych na studiach klasycznych rzadziej, jak geograf Strabon (przełom I w p.n.e. i I n.e.) lub, tak po prawdzie, wcale (poemat dydaktyczny Halieutica, czyli „Sprawy morskie” Oppiana, twórcy z II w n.e.), nie znaczy to jednak, że starożytni o niej zapomnieli. Miała na imię Minthe (gr. Μίνθη).

800px-Mint-leaves-2007

Zdjęcie autorstwa Kham Tranhttp://www.khamtran.com

Tak, dobrze Wam się to imię kojarzy. Minthe znaczy mięta, choć tak naprawdę – nie wiemy, co znaczy: etymologia greckiego słowa jest trudna do określenia, głównie dlatego, że słowo minthe prawdopodobnie ma korzenie starsze niż obecność Greków w Europie; wiele wskazuje, że mamy tu do czynienia z wyrazem o przedindoeuropejskim źródłosłowie.

Miętę jako roślinę Grecy znali i chętnie się nią posługiwali: powiązana z zaświatami i zmarłymi, była używana w rytuałach pogrzebowych, a także, prawdopodobnie, jako składnik świętego napoju pijanego podczas misteriów w Eleuzis, zwanego kykeon. Znano również jej właściwości lecznicze, z których i my do dziś chętnie korzystamy.

Jak wiele roślin mających znaczenie w kulcie, mięta także kojarzona była z boską postacią. I tu właśnie wchodzi w naszą historię Hades i jego dziewczyna.

Zdaniem tych nielicznych mitografów, którzy o niej pisali, było tak: Hades się zakochał. Było to zanim jeszcze spotkał porwał Persefonę. Wtedy to nad Kokytosem, gorzką rzeką łez, ujrzał najadę tej rzeki, imieniem Minthe.

Najady – nimfy związane ze słodką wodą – kojarzą się nam głównie ze strumykami, jeziorkami i źródłami otoczonymi zielenią. Rzeki Podziemia jednak też swoje nimfy miały.  Jedną z nich była Orfne, nimfa ciemnych mgieł snujących się nad Styksem, inną – Leuke, o której będzie jeszcze dzisiaj mowa. Minthe też należała do tego grona: Kokytos, bóg podziemnej rzeki, był jej ojcem.

Minthe zakochała się w Hadesie, a Hades w niej, przynajmniej na jakiś czas. Potem jednak na horyzoncie pojawiła się Persefona i bóg zaświatów zapomniał o rzecznej bogince. Minthe kiepsko to znosiła. Jak pisze wspomniany wcześniej Oppian,

Mięta pachnąca, jak mówią, była kiedyś dziewczyną,
nimfą wody podziemnej, gorzkiego córką Kokytu.
Sypiała w łożu Hadesa. Gdy jednak ten Persefonę,
pannę-boginię, porwał z łąk u stóp Etny ognistej,
Minthe nadmierną rozpaczą i zuchwałymi słowami
dręczyła wszystkich, jakby rozsądek straciła z zazdrości,
a wściekłość ją bezrozumna pchała ku czynom niegodnym.
Gniewna Demeter za to zdeptała boskimi stopami
Nimfę, co za piękniejszą się miała od ciemnookiej
Kory i swoje kształty nazwała doskonalszymi.
„Hades za mną zatęskni”, mówiła, „i wróci do mnie,
A tamtą, moją rywalkę, precz wypędzi z pałacu!”
Takie to słowa szał zazdrości jej kazał wykrzyczeć.
(Oppian, Halieutica, III: 486 – 496, przekład własny)

Jak widać, w tym przypadku tragiczny los Minthe spowodowany był nie przez rywalkę, a przez jej matkę; Strabon z kolei sugeruje nieco inne pochodzenie naszej nimfy i odrobinę inne rozwiązanie:

W pobliżu miasta Pylos jest góra, nazwana na cześć Minthe. Według mitu była ona konkubiną (pallaken, παλλακὴν) Hadesa, która została zdeptana przez Korę i zamieniona w ogrodową miętę (Strabo, Geografia, 3, 8, 14, przekład własny).

Ta Minthe, dodajmy na marginesie, raczej nie była najadą, nimfą wody: skoro na jej cześć nazwano górę,  była zapewne oreadą, jedną z nimf związanych ze skałami, górami i wąwozami. Jej ojcem w tej wersji był nie bóg rzeki, ale, jak można się domyślać, któryś z Orosów, bogów gór, potomków Gai – Matki Ziemi.

Populus_alba_leaf

Liście białej topoli (Populus alba); zdjęcie autorstwa MPF, na licencji GNU Free Documentation License

A z tymi żonami też nie było tak prosto. Są pewne poszlaki wskazujące, że Persefona była nie pierwszą, a drugą żoną Hadesa, poślubioną długo po tym, jak tę pierwszą, bardzo kochaną, stracił.

Niektóre nimfy, widzicie, bywały śmiertelne. Taki był los Leuke, ponoć najpiękniejszej z Okeanid – nimf morskich, córek Okeanosa. Wśród Okeanid były zresztą i te nieśmiertelne nimfy – wystarczy przypomnieć wzmiankowaną w jednym z poprzednich spisów Doris, matkę Nereid. Hades pokochał Leuke i zabrał ją w zaświaty, na Pola Elizejskie, choć wiedział, że jest śmiertelna; a kiedy Leuke zmarła, przemienił ją w drzewo białej topoli, o dwukolorowych liściach: białych jak morska piana, ciemnych jak niebo Elizjum.

Nie mamy wizerunków tych poprzedniczek Persefony w życiu (?) boga zmarłych, ale mamy wszędzie dookoła nas – także w Polsce – związane z nimi rośliny. Powąchajcie miętę, przyjrzyjcie się liściom topoli na wietrze i przypomnijcie sobie te prawie zapomniane mityczne opowieści.

Amor i duchy

Ten pierwszy wpis, pierwszy krok na nieznanej ziemi, powinien być specjalny, prawda? Zwłaszcza że dziś podobno święto miłości.

wieniec fiłoki

Wieniec z liści bluszczu i fiołków, replika obiektów opisywanych w literaturze greckiej; wykonanie: M. Heilmeyer/ E. Becker-Weigland, fot. I. Geske, dla Antikensammlung w Berlinie. Reprodukcja karty pocztowej wydanej z okazji mini-wystawy wieńców inspirowanych literaturą antyku grecko-rzymskiego, 2012. Pocztówka ze zbiorów autorki wpisu. 

No dobrze, to świat zachodni obchodzi dziś święto romantycznej miłości. Starożytni Rzymianie z kolei byliby właśnie w środku Parentaliów. Miłość romantyczna nie tylko musiałaby ustąpić miejsca pietas, szacunkowi wobec przodków i poprzedników – byłaby wręcz niechętnie widziana! W czasie Parentaliów nie wolno było zawierać małżeństw (ukryj pochodnię, Hymenajosie, wzywa Owidiusz boga ślubów w Fasti II: 561) ani innych umów,  świątynie pozostawały zamknięte, a urzędnicy nie mogli nosić oznak pełnionej funkcji. To coś więcej, niż tylko chwilowa zmiana stroju i obyczajów. Dni, w czasie których obchodzono Parentalia (13-21 lutego, w rzymskim kalendarzu od Idów lutowych do ósmego dnia przez Kalendami marca) były wyjęte z normalnego porządku rzeczywistości. Nic dziwnego: Parentalia to, zasadniczo, święta ku czci zmarłych.

Żeby sobie uświadomić, jakie społeczne znaczenie ma kult zmarłych dla starożytnych Rzymian, musimy wiedzieć jedno: kluczem do zrozumienia rzymskiego społeczeństwa jest świadomość roli w nim rodu, głowy tegoż rodu (pater familias) i przodków. Lojalność wobec rodu jest jedną z kluczowych cech, konstytuujących dobrego obywatela; nieprzypadkowo mój ulubiony rzymski poeta, Katullus, kiedy opisuje swoje idealne uczucie do ukochanej kobiety, robi to w sposób dla nas dziś nieco, hmm, nieprzewidywalny: Pokochałem cię nie tak, jak przeciętny człowiek kochankę – raczej tak, jak ojciec swych synów i zięciów (1). To nie znaczy, że jego uczucia nie będą romantyczne czy erotyczne (no hej, wystarczy przeczytać dowolny inny jego wiersz!) – to znaczy raczej, że to, co on czuje, przekracza granice erotycznej fascynacji, a staje się uczuciem budującym porządek społeczny, kształtującym republikański świat (co jest sporą sztuką, bo obiekt uczuć podmiotu lirycznego to, jak by to powiedzieć, cudza żona). W rzymskiej tradycji głowa rodu odgrywa rolę szczególną, a jego wpływ na członków familia (żonę, dzieci, zięciów, synowe, domowych niewolników) jest kluczowy.

 

Catullus comforting Lesbia over the Death of her Pet Sparrow and writing an Ode by Antonio Zucchi, RA (Venice 1726 ¿ Rome 1796)

Antonio Zucchi, Katullus pocieszający Lesbię po stracie wróbelka, ok. 1773, obecnie w Nostell Priory, West Yorkshire, Wielka Brytania; zdjęcie ze strony The National Trust

 

I teraz: skoro rodzina i lojalność są tak ważne, to w naturalny sposób, ogromne znaczenie mają również zmarli przodkowie. Konkretniej, duchy i wizerunki przodków. O tak, Rzymianie wierzyli w duchy.

Wierzyli w nie bardzo poważnie, i całkiem serio się ich bali – o czym pewnie będzie okazja napisać w okolicach połowy maja, kiedy to obchodzono główne święto związane z wypędzaniem z domu niebezpiecznych dusz. Nasze właśnie trwające święto, Parentalia, miało bardziej wspominkowy, refleksyjny charakter.  W tych dniach wybierano się poza granicę miasta, pomerium, bo to za nią, wzdłuż dróg, ciągnęły się cmentarze. Zmarłym przodkom przynoszono ofiary: chleb namoczony w winie, wieńce, w tym – fiołkowe, jako że te kwiaty często już o tej porze roku kwitły (albo w ogóle po prostu świeże kwiaty), ziarna zbóż.

chleb

Chleb, upieczony rzymskim sposobem w glinianych misach i według rzymskiego przepisu. Wypiek (i zdjęcie) autorki.

Duchy przodków lepiej było mieć po swojej stronie. Di inferi, bóstwa podziemne, miały bowiem nie tylko opiekuńczy i przyjazny charakter. Ich ogólne określenie to Manes, Many. Zdaniem żyjącego w IV w. n.e. świętego Augustyna – który chętnie i zdecydowanie o bóstwach pogańskich się wypowiadał – Many to dusze nieokreślone, ogólna nazwa duchów zmarłych (tu się Augustyn powołuje na autorytet wcześniejszego pogańskiego autora, Apulejusza, żywo zainteresowanego sprawami religii i misteriów). Duchy pomocne, dobroczynne często utożsamiano z opiekującymi się domem Larami; te złowrogie nazywano Larwami (Larvae) lub Lemurami (Lemures). O Lemurach i Larwach będzie okazja porozmawiać wiosną, kiedy to uroczyście wypędzano je z domów; podczas Parentaliów wspominano o nich głównie w kontekście święta zamykającego te obchody, a mianowicie – Feraliów.

lemur1
Tak, to urocze stworzonko zawdzięcza nazwę złośliwym rzymskim upiorom. Zdjęcie autorstwa  Tambaco the Jaguar

Feralia, obchodzone w ostatnią noc Parentaliów, związane były z koniecznością przebłagania przez ojca rodziny tych duchów, które były gniewne, urażone bądź zaniedbane przez ród. Zapomnienie o tych świętach mogło skończyć się naprawdę nieprzyjemnie:

Otóż kiedyś, podczas długiej, zażartej wojny, Rzymianie zapomnieli o Parentaliach. Nie uszło im to bezkarnie. Od tego bowiem nieszczęsnego dnia zapłonęły tuż za granicami miasta żałobne stosy. Trudno w to uwierzyć, ale przodkowie wyszli z grobowców cichą nocną porą, a widmowy tłum przerażających upiorów zawodził swe skargi wśród szerokich pól i na ulicach miasta. Później, gdy oddano cześć zaniedbanym grobowcom i skończyły się żałobne znaki. (przekład własny)  (2)

Tak opisuje Owidiusz w drugiej księdze Fasti, swojej poetyckiej wersji rzymskiego kalendarza, zgubne skutki zapomnienia o święcie zmarłych.

(1) dilexi tum te non tantum ut vulgus amicam, / sed pater ut gnatos diligit et generos, c. 72: 3-4, przekład własny
(2) at quondam, dum longa gerunt pugnacibus armis / bella, Parentales deseruere dies.
non impune fuit; nam dicitur omine ab isto / Roma suburbanis incaluisse rogis. / vix equidem credo: bustis exisse feruntur / et tacitae questi tempore noctis avi, /perque vias urbis latosque ululasse per agros / deformes animas, volgus inane, ferunt. /post ea praeteriti tumulis redduntur honores, /prodigiisque venit funeribusque modus (Owidiusz,  Fasti II: 547-56)

Warto przeczytać:

H. H. Scullard, Festivals ans Ceremonies of Roman Republic, London 1981