Spisek Pizonów, jakiego nie znacie.

Po serii poważnych analitycznych notek – dziś archeologia blogowa, i to raczej komiczna. Odgrzebuję starą notkę, poświęconą jednej z najgłupszych, a przy tym – najbardziej rozrywkowych teorii spiskowych związanych z antykiem, jakie widział ten świat. Umieściłam ją na swoim blogu popkulturowym, ale potem uznałam, że warto wrzucić i tutaj, jako swoistą parę do notki o świętym grzybie.

 

TAK, JEST PRIMA APRILIS, NIE, JA TEGO NIE ZMYŚLIŁAM!

 

Prawda jest taka: przepadam za teoriami spiskowymi (a ich popkulturowy walor jakoś tam usprawiedliwia istnienie tego wpisu na tym konkretnym blogu). Im głupsza, tym lepsza i tym większy jej walor rozrywkowy. Poczciwe jaszczury w rządzie światowym dawno mi się znudziły – i stąd właśnie dzisiejszy wpis, sponsorowany przez krakowski Massolit, gdzie dziełko swego czasu za 2 PLN zakupiłam. Ergo, oto przed Wami…

 

 

OBJAWIENIE PIZONÓW W DWUNASTU PUNKTACH Z PODPUNKTAMI I EPILOGIEM

 

No więc tak: główna teza książki (broszurki raczej) pana ponoć Abelarda ponoć Reuchlina (ani jednego, ani drugiego, to dość bezczelny pseudonim – AK), który wydaje się w swoje tezy szczerze wierzyć, jest następująca: chrześcijaństwo jako takie zostało wymyślone przez tajną grupę, złożoną z przedstawicieli politycznej i intelektualnej elity Rzymu czasów od Nerona do Marka Aureliusza. Autorzy, straszni egocentrycy, ukryli w swoich książkach (NT, dzieła Ojców Kościoła) mnóstwo dość łatwo odczytywalnych aluzji do siebie i swojej rodziny, ergo następnie zarówno ich zwolennicy, jak i wrogowie te same zakodowane informacje powtarzali/rozkodowywali; innymi słowy, cała kultura Zachodu pełna jest aluzji do Pizonów. To jest o tyle ciekawe, że ewidentnie mamy do czynienia z teorią spiskową stworzoną, by wskazać, summa summarum, dziejową rolę Żydów i chęć jej przez spisek zniszczenia. Zwykle, szczerze mówiąc, Żydzi w teoriach spiskowych odgrywają nieco inną rolę…

 

Oto zaś główne (=co zabawniejsze i bardziej bzdurne) tezy tego dziełka, w zapowiadanych 12 częściach.  Zasadniczo bez komentarza, chyba że mnie szlag trafi i pióro (klawiatura) poniesie.

 

CZĘŚĆ I

 

1. Wyznawcy judaizmu stanowili 10% mieszkańców Imperium (hmmm, raczej nie – AK) i Rzymianie bali się, że stanie się on religią dominującą i obali instytucję niewolnictwa.

 

2. Szczególnie zaś bał się Lucjusz Kalpurniusz Pizon (znany też jako Lucyliusz, adresat listów Seneki, często określany inicjałami KP (tylko że nie – ta identyfikacja jest, hmm, wyssana z palca – AK).

 

 3. KP bał się nie tylko o swoje prawo po posiadania niewolników, ale i o to, że Żydzi go nienawidzą, jako że był przez żonę spokrewniony z Herodem; obawiał się, że nienawidzący pamięci Heroda Żydzi zrobią na niego zamach. KP miał paru synów, wśród nich Ariusza Kalpurniusza Pizona (co prawda historia o nim milczy, no ale nie powstrzyma nas to w drodze do prawdy – AK).

 

CZĘŚĆ II

 

1. Pizonowie postanowili zadziałać metodą „klin klinem” i skopiować od Żydów ideę świętej księgi, tyle że napisać ją tak, żeby gwarantowała niewolnictwo i wieczną władzę Rzymian, w tym w szczególności rodu Pizonów.

 

2. Wynajęli do pomocy starego kumpla Senekę i jego bratanka Persjusza (tylko że nie, krewnym Seneki był inny poeta tej epoki, skądinąd kumpel Persjusza, Lukan), po czym przy ich pomocy napisali Ewangelię wg Marka, a ściślej mówiąc – jej pierwszą wersję.

 

3. Niestety, o pięknym planie zwiedziała się sympatyzująca z judaizmem  cesarzowa Sabina Poppea i kazała mężowi coś z tym zrobić. Ergo, Neron wymyślił spisek Pizonów i pozbył się części konspiratorów (dobra, tak zwany spisek Pizonów rzeczywiście miał miejsce, choć chodziło jakby trochę o co innego – AK).

 

CZĘŚĆ III

 

1. Jednakowoż, część Pizonów przeżyła. Syn Lucjusza Ariusz (nie ma takiego w historii – AK) celowo sprowokował wybuch wojny w Judei w roku 66 n.e., żeby zniszczyć Świątynię w zemście za brak wiary Żydów w sfabrykowaną przez jego tatusia historyjkę (TYLKO ŻE NIE – AK).

 

2. W tzw. międzyczasie Pizonowie podrzucili Neronowi kreta, w postaci niewolnika Epafrodyta, który cesarza w końcu zamordował (to skomplikowane; Epafrodyt był wyzwoleńcem Nerona, to on miał pomóc w jego samobójstwie, za następnego reżimu zrobił karierę – AK).

 

3. Do konspiracji włączono wtedy rzymskiego generała Wespazjana; w tym czasie Ariusz Kalpurniusz Pizo zdążył już napisać Ewangelię wg Mateusza, nową wersję Ewangelii wg Marka i Ewangelię wg Łukasza. Każda postać, której imię zawierają litery P, I, S i O (a szczególnie wszystkie postacie imieniem Ioseph-Józef) to alter ego autora. Najważniejsze alter ego autora to Jezus Chrystus, choć w jego imieniu nie ma ani P, ani O. Ciekawe, co nie?

 

CZĘŚĆ IV

 

1. Następnie kolesie wymyślili Pawła z Tarsu. 2. Następnie, co jeszcze zabawniejsze, ci sami kolesie wymyślili Józefa Flawiusza (jedną z najlepiej biograficznie udokumentowanych postaci literatury greckiej tych czasów – AK). 3. Podsumowując tę część rozważań: po śmierci starszego Pizona z rąk Nerona, jego syn ucieka, ukrywa się przed ludźmi i przez 73 lata pisze kanon Nowego Testamentu i corpus dzieł Józefa Flawiusza. Przy Ewangelii wg Łukasza pomaga mu Pliniusz Młodszy.

 

Panowie w dziele tworzenia nowej świętej księgi nie byli sami. Pomagali im także i inni autorzy. I tak kolejne dzieła (współ)tworzyli:

 

1. List do Hebrajczyków – Flawiusz Arrian (!), zwany też Appianem (!), wnuk Pizona (!) (Arrian to jedna osoba, Appian – inna, pochodzili z różnych krain, po obu zostały pisma, żaden nie był z rodu Pizonów – AK)

 

2. Pisma św. Ignacego – Pliniusz Młodszy (no comments – AK)

 

3. Septuagintę – Ariusz Pizon (YEAH, całą – AK)

 

4. Liczne pisma ojców kościoła, w tym Pasterza Hermasa, Didache, Męczeństwo św. Polikarpa oraz na dodatek traktat o wyprawie Aleksandra Wlk. do Indii, 24 tomy historii Rzymu i pisma nieistniejącego  Epikteta – Flawiusz Arrian Appian (Flawiusz Arrian faktycznie napisał pismo o wyprawie Aleksandra i pomógł spisać dzieła swego mistrza Epikteta; Appian z Aleksandrii faktycznie napisał pismo o dziejach Rzymu – AK).

 

CZĘŚĆ VI

 

1. NT jest pełen tajnych numerycznych kodów, które kodują Pizonów (6 stron objaśnień); najważniejsze z magicznych liczb to 60 (=KP), 14 (=KP) i 16 (=, dla odmiany, KP). 

 

2. Ekskurs – The Number of the Beast:  Jeden z synów Ariusza Pizona zdradził rodzinę, pokonał pod pseudonimem ich protegowanego Bar Kochbę i na złość rodowi napisał Apokalipsę. 666 = „Christus Flavius Iosephus”, czyli wszystkie ważne alter ego jego taty w jednym. Tatuś = Szatan, znaczy się.

 

3. Cd. kodów i symboli: Wielbłąd a.k.a Camel (ten od ucha igielnego; sorry, najwyraźniej starożytni Żydzi i Rzymianie, podobnie jak kosmici, chętnie mówią po angielsku) = Kamillus, rzymski wódz, ten od zniszczenia Wejów jakieś 450 lat wcześniej, ni mniej ni więcej. When we reverse the order of the first two letters of „Iosepos” and add the name of that city, the result is „Oy, Veii” (Nie, nie wiem, o co chodzi – AK). Pantera = Jezus, i stąd kot w butach (Nie, dalej nie wiem, o co chodzi; tzn. wiem, o co chodzi z Jezusem i Panterą, nie wiem, co ma do tego Kot w Butach – AK)

 

CZĘŚĆ VII

 

LUDZIE ŚWIADOMI TAJEMNICY AUTORSTWA NT ROBILI DO NIEJ ALUZJE W CAŁEJ PÓŹNIEJSZEJ HISTORII LUDZKOŚCI:

1. Pizon uważał się za nowego Mojżesza i dlatego przedstawiał się jako Minos – i dlatego Henry Fielding w „A Journey from This World to the Next” umieszcza postać imieniem Minus.

 

2. Piso znaczy (nie, nie znaczy – AK) po łacinie „piekarz”… i dlatego Sherlock Holmes mieszka na Baker Street.

 

3… oraz stąd też (choć diabli wiedzą, jak) opowieść o chodzeniu po śladach z okruszków, domku z piernika oraz Jasiu i Małgosi.

 

4. Kalpurniusz kojarzy się z greckim słowem „kolpos” (=łono), stąd: być na łonie Abrahama i  ukochany uczeń spoczywający na łonie Jezusa.

 

CZĘŚĆ VIII

 

1. Żydzi jakoś nie łapali się na projekt Pizonów, ergo trzeba im było ten projekt jakoś zareklamować; stąd idea wymyślenia Pawła, który z prześladowcy staje się wyznawcą.

 

2. W tzw. międzyczasie córka Pizona Phoebe, pod zmienionym imieniem (jako Pompeja Plotyna) zostaje żoną Trajana; ród Pizonów przejmuje władzę nad światem (NARESZCIE – AK; Plotyna z rodem Pizonów rzeczywiście była spokrewniona).

 

3. Projekt nabiera rozmachu: Pliniusz Młodszy zostaje wysłany do Bitynii (!), by zakładać pierwsze kościoły chrześcijańskie (!!); stamtąd jest niedaleko do Pontu, stąd ksywa Poncjusz, potem przypisana Piłatowi. Pizonowie w tym czasie w przebraniach biskupów objeżdżają znany świat, propagując swoje teorie (co się tu w ogóle – AK).

 

4. Nie wszystkim Rzymianom podoba się plan Pizonów. Krytykują go Juwenalis i Marcjalis, ale Pizonowie ich przekupują. Idee Pizonów propagują: protegowany Pizonów, Plutarch, ich nadworny prawnik, Tacyt oraz syn Phoebe z pierwszego małżeństwa, Swetoniusz (NIE; rodzina Swetoniusza pochodziła ze niższej średniej klasy w afrykańskiej Hipponie, Plotyna urodziła się jako wysoka arystokratka w Hiszpanii, do tego byli mniej więcej rówieśnikami, on nieco starszy – AK). To on, pod przybranym imieniem, został cesarzem (ale którym?? – AK)

 

5. Zarówno Jezus Chrystus, jak i Józef Flawiusz, to aliasy pana KP. Skąd o tym wiemy:

 

a) czternastoletni Józef lubił się uczyć, a dwunastoletni Jezus rozprawiał z mędrcami w świątyni.

 

b) Józef wysłał delegację do Ekbatany, a Jezus powiedział „Idźcie i nauczajcie”.

 

c) Józef koło trzydziestki się poddał Rzymianom, Jezus zaczął nauczać, mając lat 30

 

d) Józef był kiedyś w Kanie Galilejskiej i Jezus był kiedyś w Kanie Galilejskiej.

 

e) Józef kazał swoim żołnierzom wrócić do domu po trzech dniach czekania, a Jezus po trzech dniach zmartwychwstał.

 

f) Józef był oskarżony o defraudację 20 srebrników, a Judasz sprzedał Jezusa za 30 srebrników.

 

g) Józef uratował przed ukrzyżowaniem trzech swoich ludzi, dwóch zmarło, jeden przeżył; Jezusa ukrzyżowano z dwoma łotrami, oni umarli, on zmartwychwstał.

 

No doprawdy nie rozumiem, jak mogło was to nie przekonać.

 

Już wiemy, że Jezus = Józef Flawiusz. Teraz udowodnimy, że Józef Flawiusz = Pizon. Żywot Flawiusza jest pełen zagadek i nie do końca wiarygodny (to ostatnie to akurat prawda – AK). Józef Flawiusz =  Cestiusz Gallus, ten sam, który prowokuje (tylko że nie – AK) powstanie 66 r. = Cezeniusz Gallus; ten sam, bo też Gallus, historia o nim raczej milczy = Cezeniusz Petus, guberator Syrii; ten sam, bo też Cezeniusz =  Trazea Petus, filozof skazany na śmierć przez Nerona; ten sam, bo też Petus = Kalpurniusz Pizo bo też skazany na śmierć przez Nerona. Wniosek : Jezus = Józef Flawiusz = Kalpurniusz Pizon!

 

Teraz to już na pewno jesteście przekonani.

 

CZĘŚĆ XI

 

W historii świata wielu ludzi zdawało sobie sprawę z istnienia konspiracji Pizonów. Oto kilka przykładów:

 

A) Pizonowie celowo użyli chrześcijaństwa do sprowokowania zagłady Żydów za rządów Trajana i kolejnych cesarzy; rabini i ważni Żydzi zdawali sobie z tego sprawę, dlatego często w różnych miejscach umieszczali aluzje do liczb i liter/słów kluczowych dla Kodu Pizonów; i tak na przykład: „far beyond our poor power to add or detract”, czyli rola litery P jak Piso w „Przemowie gettysburskiej” Lincolna;

 

B) 14 stacji Drogi Krzyzowej ORAZ koncept „sweet sixteen”. Podane razem.

 

C) Hasło „The Power of Positive Thinking” (znowu „litera P”)

 

D) Imiona „Shylock” i „Sherlock”

 

E) GI Joe (?????? – AK?)

 

F) Hugo Gernsback napisał opowiadanie pt. „Ralph 124C41+”

 

G) Książek o Czarodzieju z Oz jest: oryginalnych 14, w sumie 40

 

H) Opowiadań o Sherlocku Holmesie jest 56 + 4 powieści, w sumie 60; a ostatnie słowa w ostatnim tekście brzmią „Some day the true story may be told”.

 

Tak, ja też nie widzę związku.

 

Ponieważ Pizon napełnił NT aluzjami do siebie, dającymi się odczytać przy odrobinie wysiłku, czasami odnosili się do nich także i chrześcijanie i muzułmanie (jedni i drudzy wiedzący doskonale, że wierzą w przydatny humbug i przekonani, że nie ma Boga), szczególnie, jeżeli mogli przy okazji kogoś prześladować. I tak:

 

A) Żydzi musieli nosić w średniowieczu kapelusze, bo tych kapeluszy inicjały (CP, cornutum pileum) były identyczne jak inicjały Pizona (CP, Calpurniusz Piso)

 

B) Litera „P” występuje w nazwie „Concentration CamP” (!!!!)

 

C) W Koranie jest 114 „rozdziałów” [tosię chyba „sura” nazywa,. panie autorze]. Czemu tyle? Bo 100 = KP, 14=60=Kalpurnious Piso!

 

D) Prorok do raju udaje się na cudownym koniu, a koń to aluzja do Pizona.

 

E) CP = Communist Party (aluzja do Pizona!)

 

F) Micwot, czyli przykazań, jest w żydowskiej tradycji 613; a 13 dlatego, że jest to świadome odrzucenie czternastki.

 

EPILOG

 

Nie wiem, jak Wy, ja się czuję całkowicie, no po prostu całkowicie przekonana. Takiej konspiracji to jeszcze świat nie widział. Co więcej – tego JEST WIĘCEJ. Niedługo dostarczę.

 

 

Kto stał za spiskiem na Cezara?

Jak pewnie wiecie, uwielbiam teorie spiskowe – i dziś, w dniu Idów Marcowych, pobawimy się jedną z tych bardziej rozrywkowych. Rozrywkowych, choć dotyczy morderstwa i spisku – i chyba nietrudno się domyślić, jakiego spisku i czyjego morderstwa.

Asterix

Historię mniej więcej znamy ze szkoły: pierwszy triumwirat, podbój Galii, wojny domowe, wyeliminowanie Pompejusza, potem dyktatura in perpetuum, narastająca niechęć senatu, spisek, sen Kalpurnii, I ty, Brutusie, sztylety, testament, deifikacja. A wiecie, że mogło być zupełnie inaczej?

Jest, widzicie, taka teoria. Spiskowa, jakby.  W 2003 roku dziennikarz Richard Girling w popularnonaukowym artykule zaproponował nowe, zaskakujące wyjaśnienie pewnych zagadek, związanych z naszym materiałem źródłowym, dotyczącym śmierci Cezara.

Teza Girlinga brzmiała dość prowokująco i bardzo, bardzo spiskowo. Otóż jego zdaniem to Gajusz Juliusz Cezar osobiście zorganizował zamach na siebie samego.

Takie teorie spiskowe bardzo lubimy na tym blogu. I o tej teorii trochę sobie dzisiaj opowiemy.

1280px-Jean-Léon_Gérôme_-_The_Death_of_Caesar_-_Walters_37884

Śmierć Cezara, Jean Léon Gérôme, ok. 1859–1867, olej na płótnie. Źródło ilustracji: Wikipedia, domena publiczna.  

Dlaczego niby Gajusz Juliusz Cezar miałby zaplanować tak skomplikowane i pokrętne samobójstwo? W kulturze rzymskiej śmierć z własnej ręki nie przyniosłaby mu hańby ani nie nałożyła społecznego ostracyzmu na rodzinę. Skąd taki pomysł?

Autor tej teorii pyta jednak najpierw: jakim cudem w ogóle ten zamach się udał?

Po pierwsze, Cezar miał multum ostrzeżeń od swoich szpiegów, ale obszedłby się nawet bez nich: w Rzymie ewidentnie plotkowano o nadchodzącym zamachu, a i nasze źródła pokazują przynajmniej kilka scen, w których próbowano ostrzec dyktatora – czy to mówiąc, że ma być ostrożny, czy to sugerując istnienie ostrzegawczych wróżb, zapowiedzi i przepowiedni.

Po drugie, wiele wskazywało, że Cezar tego dnia w ogóle nie znajdzie się w senacie. Nie czuł się najlepiej (do tego jeszcze wrócimy), na dodatek dobrze znana anegdota głosi, że jego mniej więcej czwarta (1) żona, Kalpurnia, miała fatalnie wróżący sen. Kalpurnia ewidentnie, w odróżnieniu od męża, w sny i omeny wierzyła, a Cezar, według całej góry źródeł, przejął się na tyle, żeby obiecać jej, że nie pójdzie i dopiero sympatycy spisku przekonali go, by jednak poszedł tego dnia do pracy :).

Co prawda Cezar przez ostatnie miesiące życia trochę podpadł zarówno senatowi, jak i rzymskiej arystokracji. Przy czym podpadł im nie tylko politycznie – to zrobił już wcześniej – ale i osobiście. Nie wstał na przykład, by przywitać senatorów, co ich śmiertelnie obraziło. Dlaczego człowiek wcześniej ta k rozważny i będący niewątpliwem geniuszem propagandy i autopromocji nagle zaczął popełniać takie błędy? Czyżby aż tak oszołomił go sukces i zaślepiła krocząca przed upadkiem pycha?

Psychologicznie to zupełnie nie jest wykluczone. Richard Gorling jednak ma inną odpowiedź na wszystkie te problemy.

Retrato_de_Julio_César_(26724093101)Portret Cezara z II połowy I w. p.n.e., być może jedyny znany nam dziś wizerunek dyktatora wykonany jeszcze za jego życia.  Dziś w muzeum w Turynie. Źródło ilustracji: Wikipedia, domena publiczna.  

Otóż zdaniem Girlinga było tak. Cezar w roku 44 p.n.e. miał pięćdziesiąt sześć lat. W naszych czasach to raczej niewiele; w Rzymie też znano wielu, którzy żyli znacznie dłużej. Juliusz Cezar jednak był poważnie chory.

Tu Girling ma całkiem niezłe oparcie w źródłach: znana m. in. z Żywotu Cezara Swetoniusza scena opisuje nam ataki choroby, która wedle wszelkich danych mogła być jakąś formą epilepsji, na którą cierpiał Cezar (motyw ten, w połączeniu z inną powtórzoną przez Swetoniusza plotką, fantastycznie ograł serial HBO Rzym). Sugestia dziennikarza jest taka: Cezar cierpiał na ostrą formę padaczki skroniowej i wiedział, że niewiele mu aktywnego życia zostało. Autor łączy tę tezę ze znanymi ze źródeł informacjami o dręczących dyktatora napadach migreny, bezsenności i koszmarnie utrudniających publiczne funkcjonowanie ostrych biegunkach, i wyciąga wniosek: Cezar wiedział, że jest z nim źle.

W tej sytuacji, kontynuuje autor, dyktator musiał rozważyć, co chce zostawić po sobie jako swoje dziedzictwo. To z kolei wydaje się oczywiste: Cezar miał swoją wizję zarówno państwa, jak i swojego (i swojej rodziny) w tym państwie miejsca. Wiedział, że chce przekształcić Rzym – i nie, to nie jest ten moment, kiedy będziemy się zastanawiać, czy chciał mniej więcej dobrze, czy mniej więcej źle, na to nam będzie potrzebny kolejny wpis. Wobec tego, konkluduje Girling, pozostało mu tylko jedno: nie pozwolić chorobie zmarnować tego, co już przez wiele lat ciężkiej pracy, intryg, budowania politycznego kapitału, rzezi, osobistych poświęceń i politycznych draństw zdołał osiągnąć. A to oznaczało, że Cezar musiał znaleźć jakiś sposób, by przekuć fizyczną słabość w siłę.  Zdaniem Girlinga, mógł w tej sytuacji zrobić tylko jedno.

      Augustus_as_pontifex_maximus Oktawian August jako pontifex maximus, rzeźba marmurowa, Rzym, I w. p. n.e./ I w. n.e., obecnie w Museo Nazionale Romano. Zdjęcie z Wikipedii, domena publiczna.

Według tezy Girlinga, Cezar postanowił, że w takiej sytuacji jego zasadniczym celem powinno być utrwalenie władzy rodziny. Następcę już wybrał: był nim nastoletni wnuk siostry dyktatora, Gajusz Oktawiusz, późniejszy Oktawian August, który z Oktawiusza stał się Oktawianem podczas procesu przysposobienia – kiedy Cezar adoptował go jako swego syna, chłopak zgodnie z prawem zmienił nazwisko z Gajusz Oktawiusz, po rodzonym ojcu, na Gajusz Juliusz Cezar (po ojcu adopcyjnym) Oktawian, to ostatnie dla zaznaczenia biologicznej genealogii.

Idea Girlinga jest taka: Cezar uznał, że musi maksymalnie uprościć następcy proces przejmowania władzy. Nie mógł po prostu ogłosić się królem i zrobić Oktawiana swoim następcą: Rzymianie byli ciągle bardzo przeciwni monarchii i taki ruch zaszkodziłby, zamiast pomóc. Stąd też narodziła się idea: umrzeć jak męczennik. Zostać herosem. Ba, więcej: zostać, w oczach ludu, bogiem. Zamiast powoli umierać na pozbawiającą godności chorobę, zginąć na własnych warunkach w zaaranżowanym przez siebie samego spisku.

707px-Vincenzo_Camuccini,_The_Death_of_Julius_Caesar_(detail)Vincenzo Camuccini, Śmierć Cezara (detal), ok. 1804-5, olej na płótnie. Zdjęcie z Wikipedii, domena publiczna.

Jak niejeden po nim dyktator w historii świata, Cezar miał więc zorganizować opozycję przeciwko sobie, po to tylko, by móc ją w pełni kontrolować. Tym razem jednak kontrola ta – osiągnięta także przez fakt, że liczebnie stosunkowo niewielka rzymska arystokracja świetnie znała się między sobą i była powiązana więzami rodzinnymi i przyjacielskimi – miała na celu nie tyle wyłonienie i unieszkodliwienie autentycznych wrogów ustroju, co raczej – zagwarantowanie autorowi spisku nieśmiertelności, czy to w jego oczach rzeczywistej (przez ubóstwienie), czy to symbolicznej; przez to też miała pozwolić na realizację jego politycznych planów dla Rzymu, imperium i rodu julijskiego.

Czy ta teoria ma sens? Naukowo – no nie, nie oszukujmy się, nie za bardzo. Opiera się na czystych spekulacjach, domysłach i reintepretowaniu wybranych elementów materiału źródłowego – bo przecież jej autor z bogactwa informacji na temat ostatnich miesięcy życia Cezara wybiera tylko to, co pasuje do jego tezy. Warunków naukowości nie spełnia ta teoria w żaden sposób.

Ale też powiem wam szczerze: jako inspiracja dla fikcji brzmi to fantastycznie. Nie wiem, jak wy, ale ja z najdzikszą rozkoszą przeczytałabym/obejrzałabym coś opartego na takiej interpretacji losów Cezara!

Hinds

Ciarán Hinds jako Juliusz Cezar w I sezonie serialu HBO Rzym – chyba mój ulubiony filmowy Cezar!

 

(1) Ilość żon Cezara jest problematyczna. Maksymalnie było ich pięć, minimalnie – trzy.
[1.] Cossutia, narzeczona z młodości – źródła nie są pewne, czy doszło do zawarcia związku, czy zakończyło się tylko na narzeczeństwie.
2.  Kornelia, niewątpliwie żona, i to zdecydowanie przez Cezara kochana i ceniona. Córka ważnego polityka ze stronnictwa popularów, Lucjusza Korneliusza Cynny. Urodziła Cezarowi jego jedyne oficjalnie uznane dziecko, córkę Julię. Zmarła dość młodo.
3. Pompeja, krewna Pompejusza. Poślubiona z powodów politycznych, porzucona z tychże samych. To jest ta konkretna żona Cezara, która powinna być poza wszelkimi podejrzeniami.
[4.] Kleopatra VII, królowa egipska. Jakkolwiek wyglądał ten związek w świetle prawa egipskiego, nie był z rzymskiego punktu widzenia małżeństwem.
5. Kalpurnia, która Cezara przeżyła.

 

 

 

Sezon na grzyby się kończy

Powiedzmy sobie szczerze: dla grzybiarzy to był dobry rok. Bardzo udany.

rydze

Mleczaj świerkowy (Lactarius deterrimus Gröger), z punktu widzenia przeciętnego grzybiarza – forma rydza. Pyszne. Sama zbierałam (zdjęcie też sama zrobiłam).

A ponieważ powoli kończy się sezon, porozmawiajmy o grzybach. Konkretnie – o grzybach w mitologii, historii i kuchni grecko-rzymskiej.

Dla większości starożytników pierwszym skojarzeniem z grzybami będzie historia, jak perfidna Agrypina otruła nimi swojego męża, cesarza Klaudiusza. Klaudiusz miał wyjątkowo cenić sobie potrawy z grzybów. Agrypina, chcąca się pozbyć cesarza, zanim przywróci do łask swego syna Brytanika kosztem pasierba, syna Agrypiny, Nerona, miała wykorzystać okazję i kazać otruć męża podczas uczty. Starożytne źródła sugerują albo domieszkę trujących grzybów do ulubionej potrawy władcy, albo działanie jeszcze bardziej perfidne – zatrucie piórka, służącego do wywoływania wymiotów. Opinia starożytnych historyków dość jednoznacznie za inspiratorkę morderstwa uważała cesarzową, ale w kwestii tego, kto konkretnie wykonał jej rozkazy, była podzielona. Winiono, dość naturalnie, osobistego lekarza Klaudiusza, Greka Gajusza Stertyniusza Ksenofonta; podejrzewano również oficjalnego testera potraw cesarskich, eunucha Halotusa – w końcu on się niczym nie zatruł i żył jeszcze potem dość długo i całkiem szczęśliwie!  Nad całym spiskiem unosił się jeszcze duch rzekomo współodpowiedzialnej Lokusty, słynnej mistrzyni trucizn i właścicielki szkoły dla trucicieli, ulubienicy Nerona (tak, to za z odcinka „The Romans” z Pierwszym Doktorem!).

  Locusta

Anne Tirard jako (mocno komiczna) Lokusta w odcinku The Romans (Doctor Who). Zdjęcie ze strony https://tardis.fandom.com/wiki/Locusta 

Zastanawialiście się, co to za grzyby mógł tak lubić Klaudiusz? Odpowiedź nie jest bardzo trudna, bo w kuchni rzymskiej najczęściej spożywano trzy ich gatunki, z którym co najmniej jeden jest bardzo dobrze znany także z naszych lasów. Mowa oczywiście o borowiku szlachetnym (Boletus edulis)… i tu zaczynają się kłopoty.

Bo, widzicie, dla Rzymian boletus to nasza Amanita caesarea, niewystępujący w Polsce muchomor cesarski. A borowik szlachetny to, hmm, fungus suillus, świński grzybek. Ale nie, nie trufla, do której wyszukiwania także wówczas używano świń – trufla to po łacinie tuber, słowo, które znaczy mniej więcej tyle, co bulwa.

4463

Rzymska mozaika z połowy IV w. n.e., przedstawiająca misę z grzybami. Znaleziona na terenie Rzymu, obecnie w Muzeach Watykańskich. Zdjęcie autorstwa Marka Cartwrighta, oryginalnie stąd

W ogóle z klasyfikowaniem grzybów w Rzymie bywało dość, z naszego punktu widzenia, dziwnie. Zwykle nasi autorzy – głównym źródłem i autorytetem jest tu Pliniusz Młodszy i XXII księga jego Historii naturalnej (rozdziały 92-99) – wymieniają dwa rodzaje grzybów, boleti i fungi/ fungi suilli. Mają też zwykle dość głębokie poczucie, że o tym, czy grzyb jest trujący, decyduje nie tyle jego gatunek (choć, owszem, są świadomi np., że Amanita muscaria jest w swojej świeżej postaci grzybem trującym), co okoliczności i miejsce wzrostu. Jeżeli gdzieś w pobliżu jest jama węża, który mógłby nachuchać na rosnące grzyby swych trującym oddechem, jeżeli w ziemi tkwi, na przykład, kawałek rdzewiejącego żelaza – grzyby będą trujące. Stąd zalecenie, że najlepiej jadać jedynie grzyby zbierane własnoręcznie.

Muchomor ces

Muchomor cesarski (Amanita caesarea), jeden z ulubionych grzybów Rzymian. U nas niestety nie rośnie – trzeba go szukać w cieplejszych rejonach Europy. Zdjęcie na licencji GNU General Public License, oryginalnie stąd

Wiemy już, że jadano w Rzymie borowiki i muchomory cesarskie, a także trufle. W spisie przepisów Apicjusza jest całkiem sporo potraw, w skład których wchodzą grzyby, co nie znaczy, że Rzymianie mieli co do nich jednoznaczną opinię. Typowe polne grzyby uchodziły za pożywienie proste, codzienne – przypisywano je prostym, żyjącym w harmonii z naturą mieszkańcom wsi. Z drugiej strony odpowiednio przyrządzone grzyby, zwłaszcza muchomory cesarskie, uchodziły za drogi, elegancki i podniecający element kuchni – nieprzypadkowo nowobogacki pozer Trymalchion chce posiać w swojej posiadłości ich nasiona (tak, Trymalchion się na niczym nie zna i, jak zwykle, bredzi). Uchodziły za zdrowe i smaczne, a jednocześnie – za groźne i niepewne. Obok konkretnych i  bystro zauważonych faktów – jak na przykład, że grzyby chętnie rosną pod konkretnymi gatunkami drzew, albo że potrzebują sporo wilgoci – istniało cała mnóstwo związanych z nimi wierzeń i przesądów. Miały (zwłaszcza trufle) rosnąć tam, gdzie uderzył piorun Jowisza. Miały, o czym już pisałam, zarażać się trucizną od otoczenia (i dlatego należy je zbierać dopiero, kiedy węże zapadną już w hibernację z powodu chłodu!). Miały mieć cudowne właściwości – nie tylko truć, ale i leczyć zatrucia. Zestaw przesądów – zupełnie jak dzisiaj w naszych czasach, gdzie wokół grzybów również istnieje tego rodzaju mitologia.

DmGzP3lXoAAkR2w

Martwa natura z grzybami (byłyżby to rydze?). Fresk, Herkulanum, I wiek n.e., obecnie w Neapolu. Zdjęcie stąd.

Aha, gdybyście chcieli/chciały wiedzieć: wiele wskazuje na to, że grzyby miały swoją nimfę. Mykene o jasnych warkoczach, córka bogi rzeki Inachosa, założycielka Myken, żona śmiertelnika Arestora i matka jego syna, Argosa (tak, tego od stu oczu!) zawdzięcza swoje imię słowu mykos, grzyb. Byłaby więc, powiedzmy to sobie szczerze, grzybową nimfą. O, taką.

mushroom_nymph___by_nastya3500_d9ddlnn-fullview

Nimfa grzybów, autorstwa użytkowniczki Nastya3500, źródło: DeviantArt

PS. Przeczytajcie fascynujący artykuł Mary Jaeger „BLAME THE BOLETUS? DEMYSTIFYING MUSHROOMS IN LATIN LITERATURE”, dostępny tutaj. Był bardzo przydatny przy pisaniu tej notki.

 

Drzewa z zaświata

Przy okazji początku listopada oraz inspirujących zdjęć znajomej autorki postanowiłam napisać wpis o drzewach.  Ale nie o wszystkich, i nie o przypadkowych. O drzewach związanych z zaświatami – tych z ogrodów Hadesa, i tych prowadzących w zaświaty, i tych, które kojarzyły się z dramatyczną śmiercią herosów. Przed nami więc noteczka o topoli, cyprysie, granacie i sośnie.

O topoli była już kiedyś wcześniej mowa, ale zawsze warto przypomnieć sobie pewne fakty.

Populus_alba_branch

Topola biała (Populus alba), zdjęcie użytkownika MPF, na licencji GNU Free Documentation License, Version 1.2

Drzewem najmocniej kojarzonym z zaświatami w greckiej mitologii jest biała topola (gr. λευκή, leukê). Jak wiele roślin mających mityczne znaczenie, biała topola uważana jest za powstałą w wyniku metamorfozy. Imię Leuke nosiła oryginalnie nimfa, a konkretniej – Okeanida, córka Okeanosa i (zapewne) jego małżonki Tethys, boskiej pary patronów pierwotnych wód. Choć może akurat Leuke miała inną matkę? W końcu była nimfą śmiertelną – na tym zasadza się cały jej mit.

Leuke była bowiem pierwszą mityczną ukochaną Hadesa. Władca zaświatów zabrał ją do swego królestwa, chcąc uczynić ją swą małżonką – w końcu jego brat, władca mórz Posejdon, także wziął za żonę morską nimfę (Amfitryta była, w zależności od wersji, albo Nereidą (tak jest m.in. w Teogonii Hezjoda), albo Okeanidą (jak u Apollodora w Bibliotece). Leuke jednak, zgodnie ze swoim śmiertelnym losem, umarła, a zrozpaczony władca zaświatów przemienił ją w drzewo białej topoli, które od tej pory porasta, według mitu, brzegi Acherontu, podziemnej rzeki cierpienia – a także tego Acherontu, który płynie w jak najbardziej realnym greckim świecie, w Epirze, a którego źródła są jednym z najpiękniejszych przyrodniczo miejsc, w jakim zdarzyło mi się być. Grecy wierzyli, że ta rzeka wypływa z zaświatów – rzeczywiście, źródła Acherontu są podziemne, jako że rzeka wypływa z jaskini niedaleko Janiny i jest, jak na Grecję, dość nieludzko zimna. Brzegi obu części Acherontu, tej ludzkiej i tej zaświatowej, miały być porośnięte miłymi bogu zmarłych topolami. To piękne i dające obfity cień drzewo zobaczył kiedyś nad ziemskim Acherontem Herakles i zabrał ze sobą jego sadzonkę do Olimpii, gdzie ustanowił igrzyska ku czci swego ojca Zeusa. Obsadził okolice drzewem, które pozwalało łatwo ukryć się przed słońcem. Może jednak Zeus i Hades dzielili zamiłowanie do białej topoli już wcześniej? W końcu w Elei, greckiej kolonii położonej w dzisiejszej Kampanii na Półwyspie Apenińskim, używano drewna białej topoli w kulcie Zeusa i to z niego rozpalano ognie ofiarne dla króla bogów…

Nootka_Cypress

 Cyprys wiecznie zielony (Cupressus sempervirens), zdjęcie użytkownika MPF, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported

Pamiętacie ten moment w Dziadach, kiedy Gustaw wprowadza do domu Księdza swojego rzekomego towarzysza? Ksiądz i jego dzieci podejrzewają, że to wielka jodłowa gałąź, kojarząca się im z atakiem, z postacią zbójcy. Gustaw wyjaśnia, że to nie tak: że gałąź w rzeczywistości pochodzi z drzewa cyprysu, które, wedle jego słów, symbolizowało w Grecji nieszczęśliwe zakochanie. Gałąź miała mu dać ukochana – choć, zważywszy na rozmiar tej gałęzi, trochę trudno uwierzyć w jej ręką ułamaną gałąź cyprysową, z którą nieszczęsny kochanek od tamtej pory się nie rozstaje… Gdyby chcieć czytać ten fragment kluczem greckiej mitologii – Gustaw przyszedł do Księdza w towarzystwie swojego duchowego bliźniaka.

Drzewo cyprysu, według greckich przekazów mitologicznych, powstało, podobnie jak topola, w wyniku metamorfozy: Apollo przemienił w nie jednego ze swoich kochanków, Kyparissosa (o czym też już kiedyś pisałam).  Kyparissos, piękny śmiertelny młodzieniec, przypadkiem zabił na polowaniu swoje ukochane zwierzę – łanię lub jelonka, w zależności od wersji mitu, jaką czytamy. Wprawiło go to w rozpacz, która nie mijała:

(…) gdy ujrzał, że go [jelenia] zranił śmiertelnie okrutnym grotem, sam zapragnął umrzeć. Jakich to pociech nie skąpił mu Febus [Apollo]! Ileż razy nie napominał, że Kyparissos niepotrzebnie aż tak rozpacza po istocie śmiertelnej! Chłopak jednak ciągle płakał i tylko jedn najwyższy dar błagał bogów: by dali mu płakać na wieki. Wtedy jego ciało, osłabione i bezkrwiste od ciągłego płaczu, zaczęło zabierać zielonej barwy; loki, wiszące nad jasnym czołem, zmieniły się w nastroszoną gęstwinę. Młodzieniec przemienił się w drzewo, wysmukłym szczytem sięgające ku rozgwieżdżonemu niebu. Bóg zaś [Apollo] westchnął i ze smutkiem powiedział: „Zawsze cię będę opłakiwał, tak jak i ty będziesz opłakiwać innych i nieść pociechę cierpiącym”. [Owidiusz, Metamorfozy X, 131-142, przekład roboczy własny].

Kyparissos jest więc symbolem smutku i – chyba można zaryzykować takie stwierdzenie – depresji. Ajtiologiczny mit o pochodzeniu cyprysa wskazuje na typową semantykę tej rośliny: jej skojarzenie ze śmiercią i smutkiem. W Atenach cyprysowymi gałązkami dekorowano domy podczas żałoby, a i do dziś na cmentarzach bardzo często sadzi się cyprysy.

1200px-Flower_of_Pomegranate1

Kwiat granatu (Punica granatum), zdjęcie użytkownika Sanu N, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International

Granat – a właściwie jego owoce – jest może tym drzewem, które najmocniej kojarzy się nam z greckimi zaświatami, a to ze względu na jego rolę w micie o Persefonie. Przypomnijmy: to właśnie fakt, że bogini, czy to z własnej woli, choć nieświadomie (Owidiusz), czy to zwiedziona podstępem (inne źródła), zjadła w zaświatach kilka pesteczek tego owocu, zadecydował o tym, że mamy zimę – a konkretniej o tym, że na trzy zimowe miesiące Kora odchodzi od matki, ze świata żywych, i powraca do męża w podziemnej krainie. Owoce pochodziły z ukochanego sadu Hadesa, którym opiekował się ogrodnik boga zmarłych, Askafalos.

Askafalos był, według mitu, albo jedynym synem Charona, przewoźnika zmarłych, albo dzieckiem boga znanego nam już dobrze Acherontu. Jego matką była Orfne, nimfa ciemnych zaświatowych mgieł, przez niektórych nazywana Gorgyrą (co znaczy „podziemny strumień”, albo, niestety, „rynsztok”), a utożsamiana czasem z potężną podziemną boginią Styks, jedyną kobietą wśród bóstw rzek. Askafalos miał oko na sad swego pana – i to on był świadkiem zjedzenia przez Korę owocu granatu; poświadczył to przed Zeusem i źle się to dla niego skończyło. Według bowiem różnych wersji mitu wściekła Demeter albo przygniotła świadka w Hadesie potężnym kamieniem, albo też przemieniła go w puszczyka (*).

A skąd w ogóle wzięły się drzewa granatu? Ano, też powstały w wyniku metamorfozy. Tym razem ofiarą była Side, żona Oriona. Nierozsądnie ogłosiła, że jest piękniejsza od Hery – i za to właśnie wylądowała w zaświatach, przemieniona w drzewo.

A jak już jesteśmy w ogrodach Hadesa: według Wergiliusza (Eneida VI) w samym środku krainy zmarłych rośnie drzewo wiązu (Ulnus glabra), a pod każdym jego liściem śpi jedno bóstwo snów – lub koszmarów (Oneiros). Gdy przychodzi noc, czarną chmarą zrywają się w powietrze i przez jedną z bram zaświatów wylatują na ziemię, nawiedzać śpiących ludzi…

800px-Flowering_young_pine_cones

Zdjęcie autorstwa użytkownika Oleg Bor, na licencji Creative Commons BY-SA 4.0

Sosny nie są drzewami bezpośrednio związanymi ze światem zmarłych, ale ich pochodzenie, owszem, łączy się z mitem związanym ze śmiercią i (przynajmniej tymczasowym) pobytem w Hadesie. Chodzi tu mianowicie o mit dość zagadkowy i nieoczywisty, a mianowicie – mit o śmierci Attisa. Według jednej z wersji skomplikowanego i niejednolitego mitu o orientalnym, frygijskim pochodzeniu Attis, w ataku zesłanego przez jego boginię-patronkę Kybele szaleństwa, wykastrował się i umarł pod sosną, w którą, jak sugerują niektóre ujęcia mitu, następnie się przemienił:

Sosna, miła Matce Bogów, od kiedy sługa Kybele, Attis, pod nią oddał ostatni ludzki oddech i zastygł w sosnowy pień. [Owidiusz, Metamorfozy X, 103-105, przekład roboczy własny]

Attis – według tego, co wiemy o jego tajemniczych świętach z pewnego rzymskiego kalendarza – po trzech dniach powrócił z zaświatów, cudownie przeistoczony przez żałującą swojego gniewu boginię, ale sosna pozostała drzewem, które kojarzyło się z przemianą, ale i z tragedią.

Różne gatunki sosen mają dodatkowo własne mity. Sosna alepska (Pinus halepensis) i sosna kalabryjska (Pinus brutia) związane są z Posejdonem, i to wielu aspektach – w gajach tych rosnących zwykle nad morzem drzew czczono boga mórz, a wieńcem z sosnowych gałęzi koronowano zwycięzcę igrzysk ku czci Posejdona na Istmie Korynckim. Sosna czarna, w tym – sosna korsykańska (Pinus nigra, w tym subsp. laricio) i pinia (Pinus pinea) wiążą się z, jakże by inaczej, metamorfozą. Tym razem ofiarą była nimfa imieniem Pitys („Sosna”), która wolała przemienić się w drzewo nazwane swoim imieniem niż dać się zgwałcić Panu, bogu natury. Sosny te wyrosły następnie w świętym gaju Pana na peloponeskiej górze Mainalos w Arkadii, skąd bóg pochodził. Inny mit dotyczył z kolei mieszkanek Oichalii. Kiedy ich królewna Dryope porzuciła dom i dołączyła do nimf, mieszkanki miasta rozpuściły o niej różne plotki, sugerując przede wszystkim, że Dryope została przez nimfy uprowadzona przemocą. Nimfy rozgniewało to na tyle, że przemieniły nieszczęsne plotkary w sosny.

Tyle w kwestii kojarzących się z zaświatami drzew. Kwiaty i rośliny zielne to zupełnie osobna historia. Zostawiam Was z mitem o tym, że pierwszy na świecie tojad (Aconitum napellus) wyrósł w miejscu, w które napluł wywleczony przemocą przez Heraklesa z zaświatów Cerber. Ciekawe, czy napluł wszystkimi trzema głowami…

 

 

(*) jakby ktoś chciał przeczytać, to ja kiedyś napisałam małe opowiadanko, w którym Askafalos występuje w niewielkiej roli.

 

Ant-Man jest bogiem

A przynajmniej herosem.

A jak nie Ant-Man, to doktor Pym już na pewno.

Ant-Man

Ant-Man, źródło: Wikipedia za Flickr (autor: vernieman), na licencji CC-BY-20

W Marvelowym uniwersum filmy o Ant-Manie były sympatycznym powiewem codzienności – lżejsze w tonie od sporej części pozostałych produkcji, miały urok często zabawnych historyjek, w których superbohaterami (albo przynajmniej prawdziwymi herosami) zostawali bohaterowie niekoniecznie z elity finansowej lub intelektualnej świata (i niekoniecznie z czystą kartą na policji). Niekoniecznie też głównym postaciom tego filmu da się przypisać mityczne (jak Thorowi et consortes) czy legendarne pochodzenie – i może właśnie dlatego można napisać sobie fajną notkę o zupełnie przypadkowych mitologicznych zbieżnościach między Ant-Manem a pewnym panem. A nawet może całym plemieniem.

Ferdinand_Bol_-_Aegina_wacht_op_de_komst_van_ZeusZeus lubił metamorfozy – tu widzimy go w drodze do kochanki po tym, jak przyjął postać orła z piorunem w dziobie.
Ferdinand Bol, Egina oczekująca nadejścia Zeusa, olej na płótnie, XVII w., dziś w Meininger Museen. Ilustracja z Wikipedii, obraz w domenie publicznej.

 

Zróbmy może, jak nam radzą starożytni autorzy i᾿Εκ Διὸς ἀρχώμεσθα, zacznijmy od Zeusa.

Mniej więcej w klimacie tego, powszechnie krążącego po sieci memu (ja pożyczyłam stąd). Nie całkiem, dodajmy, nieprawdziwego.

What-Causes.jpg

Jesteśmy pewnie i zdecydowanie w obszarze niebieskim, jak łatwo się domyślić – niezależnie od tego, którą wersję historii Myrmidona / Myrmidonów wybierzemy.

Zacznijmy może od pojedynczego Ant-Mana, co? Otóż zaczyna się od faktu, że Zeus się zakochał. W jego (i innych bogów oraz herosów) przypadku oznaczało to, że musiał wybraną osobę zdobyć: gwałtem, przemocą, podstępem i nader rzadko pytając obiekt uczuć o zdanie w tej kwestii (choć, i owszem, takie sytuacje też się zdarzały).

Tym razem wzrok Zeusa padł na Eurymeduzę (o czym mówi nam hellenistyczny mitograf i skądinąd znany geograf Eratostenes w zachowanych w cytatach u innych pisarzy fragmentach swego dzieła). Eurymeduza byłą albo śmiertelniczką, córką Klejtora, króla północnogreckiej krainy zwanej Ftiotydą, albo też nimfą – w tej wersji jej ojcem jest Acheloos, bóg największej greckiej rzeki. Jej imię w każdym razie znaczy „Szeroko znana z mądrości”, „Bardzo mądra”. Zeus nie pofatygował się, żeby z Eyrymeduzą porozmawiać – uciekł się do swojej starej sztuczki i poddał metamorfozie. Tym razem zmienił się w mrówkę i w tej postaci zgwałcił swoją wybrankę.

Tak, ja wiem, że w Internecie jest porno na każdy temat, a starożytni po pierwsze fantazjowali o rozlicznych metamorfozach, po drugie – wierzyli, że w Indiach żyją myrmeki, czyli mrówki, wielkości sporych psów – ale nawet ci starożytni mieli niejaki problem z wyobrażeniem sobie stosunku seksualnego mrówki i kobiety.  Sami Grecy i Rzymianie usiłowali racjonalizować tę historię na różne sposoby. Według jednej z wersji (znanej z pełnego oburzenia opisu bezeceństw bogów w chrześcijańskim dziele pseudo-Klemensa) Zeus nadał mrówczą postać również i Eurymeduzie (co czyni mechanikę tego pomysłu nieco, ale tylko nieco, logiczniejszą). Według innej z kolei opowieści Eurymeduza była jak Alkmena – jako wierną i lojalną żonę można było zdobyć ją jedynie przybierając postać jej małżonka, co też Zeus bez skrupułów uczynił, zamieniając się w rzeczonego męża, niejakiego Myrmeksa (Pana Mrówkę). Tu „mrówka” byłaby więc jedynie ozdobnikiem i skojarzeniem z imieniem.

Niezależnie od tego, jak było, Eurymeduza zaszła w ciążę i wkrótce urodziła syna, któremu nadała imię Myrmidon, Człowiek-Mrówka. Heroiczna kariera Myrmidona wbrew oczekiwaniom nie wygląda jakoś specjalnie… bohatersko. Wiemy o nim głównie, że się ożenił. Wybranką była córka króla Eola (ale nie władcy wiatrów, znanego z Odysei – jego imiennika, herosa-eponima Greków eolskich) i jego żony Enarety. Dziewczyna miała na imię Pejsidike („Posłuszna Sprawiedliwości”) i najwyraźniej stworzyła z Myrmidonem stadło na tyle zwyczajne, że niewiele o nim słyszymy. Wiemy tylko, że miała urodzić mężowi dwóch synów. Jednym z nim był Antyfos, który znany jest, podobnie jak jego przodkowie, przede wszystkim z mitów genealogicznych, jako ojciec licznych dzieci wżenionych w wiele mitycznych familii. Drugim był Aktor, który został królem krainy Ftyi i albo zmarł w niej bezpotomnie, albo wygnał synów, albo miał tylko jednego i stracił go tragicznie, musiał więc przysposobić sobie następcę.  I tu historia zaczyna wyglądać ciekawie.

Wróćmy na moment do obrazu Ferdinanda Bola. O, tego:

Ferdinand_Bol_-_Aegina_wacht_op_de_komst_van_Zeus

Naga dziewczyna, u której stóp czai się Amorek (i usiłuje zabrać resztki odzienia) to Ajgina. Ajgina według większości przekazów jest nimfą, konkretniej – najadą, nimfą łąki. Jej ojcem był bóg rzeki Asopos, matką nimfa Metope (sama będąca córką boga rzeki,  Ladona), a siostrą – Thebe, kochanka Zeusa i heroina, od której nazwano Teby. Ajgina także zwróciła uwagę władcy bogów – i podobnie jak Eurymeduzę w poprzednim micie i całe mnóstwo innych bohaterek, Zeus, by ją zdobyć, porzucił własną postać. U Ajginy pojawił się albo w postaci orła, albo jako wieczny płomień, po czym porwał ją i umieścił na wyspie Ojnone, której zmienił nazwę na cześć kochanki; odtąd, i do dziś, wyspa ta nazywa się Egina.

Na wyspie Ajgina urodziła Zeusowi syna Ajakosa, a potem poślubiła śmiertelnika – być może wspomnianego wcześniej Aktora, któremu także dała syna, Menojtiosa. Bracia podzielili się zadaniami: Ajakos został królem Eginy, jego brat – władcą miasta Opus w krainie zwanej Lokrydą. I teraz, wybaczcie, nastąpi większa partia genealogii – ale uwierzcie, warto się przez nią przedrzeć. Choć, OK, będzie trochę komplikacji.

Luis.jpg

Gotowi?

Najpierw Ajakos. Syn Zeusa wziął za żonę nie byle kogo: Endeis, córkę samego centaura Chejrona i jego małżonki nimfy Chariklo. Para miała dwóch synów – Telamona i Peleusa, i tu już szybkim krokiem wkraczamy w grono pierwszoplanowych bohaterów mitologii greckiej. Telamon bowiem ożenił się z Periboją, córką smoka-herosa, Kychreusa, i miał z nią syna Ajasa – tak, tego, Ajasa zwanego Większym, bohatera wojny trojańskiej.
Z Troją zresztą losy tej rodziny wiązały się od początku i w niepokojący sposób. Najpierw Ajakos został zaproszony przez Heraklesa i Posejdona do pomocy przy budowie murów miasta Troi dla ówczesnego władcy. Kiedy tylko każdy z twórców ukończył swój kawałek budowy, z morza wyłoniły się trzy smoki. Dwa nie zdołały wedrzeć się do miasta przez sekcje murów zbudowane przez bogów; udało się to jednak trzeciemu, który starał się dostać od strony muru Ajakosa. Apollo, bóg-wieszcz, zapowiedział wtedy, że jest to prorocze zdarzenie: Troja ostatecznie upadnie za sprawą potomków pechowego budowniczego.
Kim byli ci potomkowie? Ano, dziećmi i wnukami drugiego z braci, Peleusa. Podobnie jak Telamon, uczestniczył on w wyprawie Argonautów – bo trochę nie miał wyjścia. Ajakos bowiem wypędził z domu i Peleusa, i Telamona – jako że bracia dopuścili się zbrodni. Zabili mianowicie swojego przyrodniego brata. Fokos, bo tak się chłopak nazywał, był synem zgwałconej przez Ajakosa Psamate, Nereidy i bogini morskiego piasku, żony zmiennokształtnego Proteusza. Król wyspy znalazł ją kiedyś śpiącą na brzegu morza i rzucił się na nią, trzymając ją mocno (po latach jego syn Peleus identycznie postąpi z siostrą Psamate, Tetydą). Bogini na próżno próbowała przybrać postać foki i wymknąć się gwałcicielowi: w końcu przestała się opierać. Urodziła Ajakosowi syna, któremu dała na imię Fokos i który trafił na wychowanie do domu ojca, gdzie szybko stał się ulubieńcem króla. Tego nie mogli znieść synowie królowej-centaurydy: napadli na chłopca i zabili go, za co ojciec wypędził ich z domu.
To z wyprawy Argonautów, według niektórych wersji, Peleus przywiózł żonę (według innych zdobył ją później): Tetydę, morską boginię, córkę morskiego starca Nereusza. W tym momencie oczywiste już jest, jak bardzo w główny nurt mitologii greckiej zawędrowaliśmy: synem tej nieudanej i niedobranej pary jest przecież największy z herosów wojny trojańskiej, Achilles.

Achilles_fighting_against_Memnon_Leiden_Rijksmuseum_voor_Oudheden.jpg

Achilles, greckie naczynie czerownofigurowe, obecnie w Leiden Rijksmuseum voor Oudheden. Na licencji Creative Commons CC0 1.0 Universal Public Domain Dedication.

(I nie, to nie on był bezpośrednio obecny przy upadku Troi: w koniu trojańskim siedział syn jego i królewny Dejdamei, Neoptolemos). Peleus miał wyjątkowego, ale to wyjątkowego pecha do związków – ale może o tym w szczegółach innym razem, co?
Przy innej okazji pod Troją znalazł się z kolei Telamon, przyszły jeszcze wtedy stryj Achillesa. Jego z kolei zabrał tam kumpel z wyprawy Argonautów, Herakles. Panowie zdobyli miasto i Herakles sprezentował koledze brankę, królewnę Hezjone. To z jej powodu była ta wojna – Heraklesowi król Troi obiecał ją za żonę, a potem odmówił, heros ruszył więc przeciw miastu, by pomścić zniewagę. Hezjone urodziła Telamonowi syna, Teukrosa (który miał własną ciekawą mityczną historię, ale ja już za bardzo meandruję w stylu Ant-Manowego Luisa, prawda?).
Wróćmy może na moment do Ajakosa. Kiedy przyszedł moment jego śmierci, Zeus nie pozwolił synowi po prostu odejść: mianował go w zaświatach jednym z sędziów. To za bycie niezwykle sprawiedliwym i uczciwym za życia (i nie, dla Greków zgwałcenie Psamate nie ma w tym kontekście znaczenia).

Pewnie już zapomnieliście, że Ajakos sam miał przyrodniego brata, syna Ajginy i śmiertelnika? Ten brat, Menojtios, pojechał z bratankami Telamonem i Peleusem na wyprawę Argonautów, a potem wrócił do domu i się późno ożenił. Wersji imienia jego żony jest wiele, ale o żadnej z tych postaci zbyt dużo nie wiemy. Ważne jest za to imię ich syna: Patroklos.

  800px-Jacques-Louis_David_-_Patroclus_-_WGA06044.jpgJacques Louis Davis, Patroklos, olej na płótnie, ok. 1780, obecnie w Musée des beaux-arts Thomas Henry w Cherbourgu, ale miałam przyjemność widzieć ten obraz na wystawie czasowej o dziejach męskiej nagości w sztuce w Musée d’Orsay w Paryżu. Domena publiczna.

Widzicie? Zebraliśmy drużynę. Trzech kuzynów, wnuk i dwóch prawnuków Ajginy: syn jej syna Menojtiosa, Patroklos, i wnukowie jej drugiego syna, Ajakosa, Achilles (syn Peleusa) i Ajas (syn Telamona). Teraz, zanim chłopcy ruszą podbić Troję, muszą jeszcze mieć jakieś wojsko.

I tu pojawiają się nam Myrmidonowie. Ci w liczbie mnogiej. Ludzie-mrówki.

W jednej wersji ci bezwzględnie lojalni i skuteczni wojownicy są potomkami naszego Myrmidona, syna Eurymeduzy; jako że w pewnym momencie na ich wyspie władzę przejmuje Peleus, wiernie służą jego rodzinie. W innej zaś, znanej z Owidiusza, wiążą się z historią Ajginy.

W tej wersji o romansie Zeusa i umieszczeniu kochanki na wyspie Eginie dowiedziała się, no cóż, Hera. I jak to Hera, nie była zadowolona. Wściekła się do tego stopnia, że wysłała na wyspę smoka, który wyniszczył na niej wszystkich mieszkańców i większość zwierząt. Ajgina, którą ocalił władca bogów, prosiła, by dał wyspie jakichś mieszkańców i wskazała, że atak smoka przeżyły jednak jakieś żywe istoty. Tak, dobrze zgadujecie. Mrówki. To z nich Zeus stworzył nowych mieszkańców wyspy, który pozostali wierni swoim królom, potomkom Ajginy.

Achilles pod Troją jest królem i wodzem Myrmidonów, żołnierzy w zbrojach rudobrązowych jak ciało mrówki, i z ich pomocą walczy i wygrywa. Jeżeli to was nie przekonuje, że z mrówki może być dzielni wojownik, to lećcie obejrzeć Ant-Mana.

Drzewne dziewczyny

Jak wpiszecie w wyszukiwarkę grafiki Google „dryad”, to wyjdzie mniej więcej to:

dryad

I nic dziwnego, że wszystkie te obrazki wyglądają bardzo fantasy – driady, jak mało które istoty z mitologii klasycznej, zadomowiły się w bestiariuszach fantasy. Mamy je u Eddingsa, mamy u Sapkowskiego, u Marty Kisiel i innych autorów; a do fantasy driady też trafiły niekoniecznie wprost z mitologii Greków i Rzymian, a raczej – z wyobraźni późniejszych twórców, zafascynowanych ideą nimfy, żyjącej tak długo, jak jej drzewo.

W mitologii grecko-rzymskiej, jednakowoż, sprawa nie jest taka prosta. Zanim więc porozmawiamy o tym, jak driady można wpleść we współczesne dzieło fantasy, przyjrzyjmy się, jak wyglądają, skąd się biorą i co robią driady w mitologii Greków i Rzymian.

Dryad11

Evelyn de Morgan, Driada, olej na desce, ok. 1884-5, dziś w De Morgan Centre, Londyn; źródło zdjęcia: Wikipedia, ilustracja w domenie publicznej

Po pierwsze, zacznijmy od klasyfikacji – wbrew pozorom mitografowie uwielbiają klasyfikacje, listy i zestawienie. W takim zestawieniu greckich bóstw przyrody driady (gr. Δρυαδες, dryades), zwane też hamadriadami (dosłownie „jednymi z drzewem”) lub adriadami (dosłownie „z drzewa, od drzewa pochodzącymi”) należą do szerszej klasy nimf, śmiertelnych lub nieśmiertelnych kobiecych duchów natury. Nimfy i ich rozliczne grupy pewnie doczekają się kiedyś własnej notki, na razie skupmy się na driadach, bo już ich ilość i typy mogą przyprawić o ból głowy.

Rozprawmy się może na początek z mitem o driadzie umierającej ze swym drzewem. Tak, te mity pojawiają się w greckiej tradycji, dotyczą jednak tylko pewnej grupy driad, a  mianowicie – nimf konkretnych, poszczególnych egzemplarzy drzew, szczególnie tych wielkich i imponujących. Teoretycznie powinniśmy driady wiązać głównie z dębami, bo słowo δρῦς [drys] zwykle tak się tłumaczy. Warto jednak pamiętać, że wyraz ten nie musi oznaczać tylko tego konkretnego gatunku – zdarza się w znaczeniach ewidentnie odnoszących się do różnych gatunków dużych, okazałych drzew. Nimfy pojedynczych drzew są więc, owszem, śmiertelne – żyją tyle, ile ich drzewo.

Inaczej ma się sprawa z pozostałymi grupami driad: nimfami poszczególnych gatunków drzew oraz konkretnych typów lasów. Te boginki zazwyczaj są nieśmiertelne, a ich rodowody bywają różnorodne i skomplikowane. I tak, pradawne Melie [gr. Meliai], nimfy jesionu, narodziły się z krwi wykastrowanego przez syna Uranosa. Krew spadła na łono Gai, Matki-Ziemi, i tak narodziły się Melie, najmłodsze z dzieci boskiej pary, siostry straszliwych Erynii. W tych czasach ludzkość – według części mitografów – żyła jeszcze bez kobiet, nie stworzono bowiem jeszcze pierwszej z nich, Pandory. Stąd też niektóre z Melii zostały małżonkami śmiertelników, stając się wzorami kobiecości.

Hamadriady z kolei, nimfy dębu i topoli, były uważane za córki pierwszej driady, Hamadryas, i Oksylosa. Ich ojciec był bogiem lasu bukowego; matka, urodzona na górze Othrys w centralnej Grecji, była pierwszą boginką drzew. Rodzice byli jednocześnie rodzeństwem, jako dzieci potężnego Oreiosa (personifikacji Gór), . Jako córki tej pary wymieniano także osiem driad konkretnych drzew: Ajgejros (czarna topola, Populus nigra), Ampelos (pnącza, w tym dzika winorośl, Vitis silvestris), Balanis (ostrokrzew i dąb ostrolistny, Quercus ilex), Karya (nimfa orzechów i jadalnych kasztanów), Kraneia (nimfa cenionego bardzo przez Greków derenia), Morea (opiekunka morwy i czarnej oliwki), Ptelea (driada-patronka wiązu) i Syke (figa). Czasami uważa się te nimfy za matki-patronki całych grup nimf danych drzew – nazwy tych grup widzicie na poniższej ilustracji.

driady - pełna wersja

Wśród driad były także te związane z drzewami owocowymi i tymi używanymi powszechnie w kulcie. Maliady (Meliady) albo Epimelidy były patronkami jabłonek, kojarzono je przede wszystkim z Arkadią. Orodemniady miały za zadanie zajmować się w ogóle drzewami owocowymi; w tradycji rzymskiej za jedną z nich uchodziła Pomona, bogini owoców. Dafnaje albo Dafnaidy z kolei opiekowały się ukochanym przez Apollina wieszczym drzewem laurowym, a Kissaje – wybranym przez Dionizosa bluszczem (gr. kissos).

Wyróżniano również driady i ogólnie nimfy związane z konkretnymi typami lasów. Oready opiekowały się górskimi zagajnikami (później ich zadania rozszerzono na opiekę nad górami w ogóle – była to w końcu domena ich ojca, Oreiosa!). O górskie lasy troszczyły się także Hyleoroi, inna grupa nimf związanych ze skałami i pasmami górskimi. Alseidy były głównie nimfami wilgotnych zagajników (nasze jedyne źródło, Homer, wiąże je z miłymi lasami i źródłami). Auloniady z kolei uważano za nimfy cienistych dolinek i wilgotnych brzegów rzek; część mitografów za Auloniadę uważa Eurydykę, ukochaną Orfeusza. W wąwozach i dolinach rzek mieszkały nimfy tamtejszych lasków, Napaje; ich siostry, Heleionomai, uchodziły za nimfy bagien i moczarów. Nie wszystkie z nich jasno i oczywiście zaliczano do driad, ale istnieją między tymi grupami boginek znaczące podobieństwa.

Driadami były też zapewne Hesperydy, nimfy cudownego ogrodu na końcu świata, w którym rosła magiczna jabłoń przywracająca siły i młodość. Te z kolei nimfy uchodziły za córki tytana Atlasa.

 

Niezależnie od mitów o driadach jako grupie istnieją także opowieści o poszczególnych przedstawicielkach tej klasy mitologicznych istot. Wiele driad było, jak inne nimfy, kochankami bogów. Oreada Ejdoteja miała romans z Posejdonem, Othreis była kochanką Apollina (czasami utożsamianą z Kyrene znaną nam z innej notki) i Hermesa. Ten ostatni miał słabość do driad: jego partnerkami były oreada Penelopa (1), matka – według niektórych przekazów – syna Hermesa, boga pasterzy Pana, a także epimelida Thymbris i najada-wieszczka Sose. Wieszczek wśród driad było zresztą sporo, wystarczy wspomnieć górskie nimfy Klaję i Erato (imienniczkę muzy poezji miłosnej).

Czy driadom zdarzało się ulegać metamorfozie? A pewnie, i to w obie strony. Córki Heliosa, Heliady, po śmierci brata Faetona cierpiały tak bardzo, że stały się duchami białej topoli. Śmiertelniczkę Byblis driady uratowały przed samobójstwem (chciała się zabić, bo się kazirodczo zakochała w rodzonym bracie) i uczyniły jedną ze swego grona. Z drugiej strony, oreada Pitys miała tak serdecznie dość końskich zalotów Pana, że ubłagała bogów, by zmienili ją w drzewo; tak stała się driadą sosny.

Ogromnie, ogromnie żałuję, że nie zachowało się dzieło Kallimacha z Cyreny o nimfach i ich klasach. O ile więcej dziwnych nazw i zapomnianych dziś postaci moglibyśmy dzięki niemu poznać!

 

(1) Tożsamość/ nietożsamość tejże Penelopy z żoną Odyseusza to jest, serio, temat na osobną notkę.

 

Apollo i kobiety

Poprzednia notka o mitologicznych romansach była, zasadniczo, o tym, jak Apollinowi nie układało się z mężczyznami. Ta będzie z kolei o tym, że z kobietami też szło mu nie za bardzo.

Jak przyjrzymy się historiom z poprzedniej notki, to zauważymy pewną prawidłowość: w odróżnieniu od na przykład Zeusa (z bogów) czy, powiedzmy, Lajosa (ze śmiertelnych), Apollo nie porywał przemocą chłopaków, w których się kochał. Wszystkie te historie były opowieściami o wzajemnej miłości, o odwzajemnionym zakochaniu i fascynacji.

Z kobietami nie było już tak dobrze.

Ponieważ mity wiążą Apollina z ogromną wręcz ilością kochanek, podzielmy je sobie na jakieś kategorie, OK? W ten sposób cała ta seria upstrzonych imionami mitycznych opowieści o (głównie, choć nie tylko) emocjonalnych katastrofach ułoży się nam w jakąś w miarę ogarnialną całość.

1.  MAŁŻEŃSTWA

AN00237888_001_l.jpg

Bogini Libia koronuje wieńcem zwycięstwa Kyrene, walczącą z lwem. Relief z terenu Cyreny, obecnie w British Museum. Ilustracja ze strony British Museum.

Oczywiście w tym momencie każdy czytelnik Parandowskiego powie mi: „Zaraz, zaraz. Jakie małżeństwa?! Apollo przecież nie miał żony”.

No więc to nie do końca jest prawda. Ale zanim przejdziemy do postaci, które można byłoby uznać za małżonki boga, może powiemy parę słów o małżeństwie, którego nie było.

Apollo otóż, podobnie jak jego stryj Posejdon, ubiegał się kiedyś o rękę bogini ogniska domowego, Hestii (której był bratankiem, jako syn Zeusa). Ta jednak odmówiła obydwóm i zażądała od nowego króla bogów, swego brata Zeusa, prawa do pozostania dziewicą, które uzyskała.

I choć rzeczywiście Apollo nie ma oficjalnej małżonki w większości mitologicznych wersji, to jest pewna nimfa, którą część źródeł traktuje jako żonę boga: Kyrene, córka nimfy i wnuczka boga rzeki (a przed ojca – potomkini samego Apollina; yeah, mitologia), patronka i założycielka miasta Cyrena na wybrzeżu Afryki. Według ważnego źródła antycznego, jakim jest dziewiąta Oda pytyjska wielkiego poety Pindara (V w. p.n.e.), bóg poezji i muzyki spotkał ją w dość niecodziennych okolicznościach.

On to [król Penejos, mąż najady Kreuzy] wychował pięknoramienną córkę Kyrenę.
Lecz nie lubiła ona tam i z powrotem chodzić koło krosien
Ani urządzać przyjęć
Wśród zabaw z towarzyszkami.
Walczyć lubiła oszczepem spiżowym
I nożem dzikie zabijać zwierzęta,
Dużo cichego spokoju zapewniając ojcowym wołom.
A na towarzysza łoża [wybrała] słodki sen (…)
Spotkał ją strzelający z daleka Apollon (…)
gdy sama, bez włóczni, z potężnym raz zmagała się lwem.

Kyrene jest w tej scenie ukazana nie tylko jako dziewczyna odrzucająca świat kobiet i lubiąca przypisywane w starożytności młodzieńcom rozrywki. Ta uwaga o wołach wyraźnie świadczy o tym, że pełniła ona również rolę typową dla młodych herosów, a mianowicie – strzegła rodzinnego bydła przed złodziejami i dzikimi zwierzętami – jak Apollo, kiedy służył u Admeta, jak Parys, Romulus czy Remus, by wymienić tylko kilku.

Apollo zaś, w tej opowieści poety przynajmniej, zachowuje się bardzo, jak na niego, szlachetnie. Udaje się do mistrza wszelkiej mądrości, starego centaura Chejrona, i pyta go, mniej więcej: „Sensei, czy wypada mi ją ot tak, poderwać?”. Chejron, który podobnie jak Apollo ma dar wieszczy, poucza młodego boga, że ma podejść do Kyrene z szacunkiem, bo czeka ich wspólna przyszłość:

Przybyłeś w tę dolinę [mówi Chejron do Apollina], mając dziewczyny tej zostać małżonkiem.
I masz ją unieść przez morze do wybornego ogrodu Zeusa.
Tam ją władczynią miasta uczynisz (…).
Tam ona ci syna urodzi [A Hory i Gaja uczynią go bogiem].

[na postawie przekładu M. Brożka, Pindar: ody zwycięskie, Kraków 1987]

Apollo posłuchał rady i zabrał Kyrenę do Afryki, do pałacu boskiej królowej Libii, córki Epaphosa, a więc – wnuczki Zeusa. Ta potężna i bogata nieśmiertelna władczyni przyjęła młodą parę życzliwie, a Kyrenie podarowała ziemię i bogactwa, by mogła założyć własne miasto – sławną później i potężną Cyrenę. A co do tego syna… no cóż. Był nim niejaki Aristajos, bóg pszczół. Niestety, znamy go jednak głównie nie z dobroczynnych dla ludzi osiągnięć, a z faktu, że to on ścigał ukochaną swego przyrodniego brata Orfeusza, Eurydykę, by ją zgwałcić / porwać – i wszyscy wiemy, jak to się skończyło… (albo nie wiemy, osobny wpis o wariantach mitu o Orfeuszu pewnie kiedyś będzie…

Tyle w kwestii małżeństw Apollina, przejdźmy do kolejnej grupy.

2. RODZICIELSTWO

1024px-Delfi_Apollons_tempel

Świątynia Apollina w Delfach, założonych wg mitu przez syna boga, Delfosa.

Zgrupujemy sobie w tej kategorii postacie, które często nie mają jakiegoś skomplikowanego mitu, a ich rola ogranicza się do genealogicznej: X urodziła Apollinowi dziecko, a to dziecko miało do odegrania rolę albo jako przodek/przodkini jakiegoś rodu, albo założyciel/założycielka danego miasta. Tych mitów o wielu bogach jest zawsze sporo, bo też i ta funkcja mitów jest bardzo ważna, utwierdza bowiem znaczenie i lokalną dumę poszczególnych miejsc i rodzin.

Jak to wygląda w praktyce? Ano tak: nimfa Ajthousa z Beocji urodziła Apollinowi syna Eleutherosa, założyciela miasta Eleutheroi. Potomkini Heraklesa, Thero, została matką Chajrona, który założył i nazwał na własną cześć Cheroneę (gr. Chajroneja). W Fokidzie nimfa Korykia miała z Apollinem syna Likorasa, który został królem miasta Likorei. Ze swą wnuczką, królewną Kelaino, miał Apollos potomka imieniem Delfos, który założył wokół wyroczni swego przodka (podwójnego!) miasto Delfy. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej, lista liczy kilkadziesiąt takich opowieści: zasadniczo pozbawionych mitu, za to wyraźnie związanych z lokalną onomastyką i/lub genealogią.

3. BOGINIE

The_Muses_Leaving_their_Father_Apollo_to_Go_Out_and_Light_the_World_by_Gustave_Moreau

Gustave Moreau, Muzy opuszczają Apollina, by nieść światłość światu, olej na płótnie, 1868; obecnie w Musée National Gustave-Moreau w Paryżu.

Apollo, po nieudanych zalotach do Hestii, miał jeszcze jeden plan małżeński; chciał mianowicie poślubić którąś z Muz. Nie mógł się jednak zdecydować, a że małżeństwo z dziewięcioma naraz nie wchodziło w grę, zrezygnował z idei ślubu w ogóle i ograniczył się do romansów ze swymi towarzyszkami. Kaliope lub Urania urodziła mu syna-muzyka Linosa (tego, co to potem pechowo próbował nauczyć Heraklesa gry na lirze i zginął, uderzony przez pozbawionego talentu i chęci do nauki ucznia lirą w głowę). Innym synem Apollina i Kalliope miał być Orfeusz, choć część mitów widzi w nim syna trackiego króla Ojagrosa. Z romansu Apollina z Muzą Talią mieli się z kolei narodzić mityczni kapłani-tancerze Korybanci, czciciele babki Apollina, Matki Bogów Rei-Kybele (ale mitów o ich pochodzeniu też jest sporo). Miał też Apollo mieć romans z boginią nocy i  czarnej magii, Hekate.

4. CUDZE ŻONY

800px-Troilos_Louvre_CA6529

Troilos, według niektórych syn Apollina i Hekabe (a mit o nim zasługuje na osobną notkę). Czerwonofigurowe naczynie etruskie, ok. 300 p.n.e, obecnie w Luwrze.

Podobnie jak jego tatuś, Apollo także miewał predylekcję do uwodzenia cudzych żon. Jeden z synów trojańskiej królowej Hekabe, słynny z urody Troilos, miał być jego dzieckiem, choć mąż Hekabe, Priam, nie bardzo zdawał sobie z tego sprawę. Karyjska królowa Chryzotemis też miała romans z Apollinem i to on był ojcem jednej z jej córek. Władczyni miasta Orchomenos urodziła bogu syna Trofoniosa, a żona króla Argos, Hypermestra, miał z Apollinem syna Amfiaraosa. Obaj chłopcy – wychowywani jako synowie królów, nie boga – zostali ważnymi wieszczami.  Z żoną króla Messenii, również bez wiedzy jej męża, Apollo miał córki, zwane Leukippidami.

5. APOLLO, TY DRANIU

800px-Piero_del_Pollaiolo_(attr.)_Apollo_and_Daphne

Piero del Pollaiolo (?), Apollo i Dafne, ok. 1470-80, olej na desce; dziś w National Gallery w Londynie.

Tu dochodzimy wreszcie do kategorii może nie najliczniejszych, ale za to najbardziej znanych mitów o Apollinie i kobietach: tych mianowicie, kiedy Apollo zachował się – mierząc naszą współczesną miarą, oczywiście! – jak ostatni drań i bałwan; ba, czasem nawet starożytni miewali poczucie, że przegiął.

Przyjrzyjmy się kilku z jego popisowych wyczynów.

Wszyscy chyba znamy mit o Dafne, nimfie, która nie chciała mężczyzn ani romansów. Apollo jednak, świeżo po pokonaniu Pytona, zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia – co, w kontekście zarówno greckim, jak i rzymskim zwykle oznacza „zobaczył ją i natychmiast postanowił zgwałcić”. Dafne tak strasznie nie chciała zostać kochanką/ ofiarą Apollina, że ubłagała swego ojca, boga rzeki Peneus, by za pomocą swej matki Gai zamienił ją w drzewo. Apollo uczynił drzewo Dafne – laur – swoim symbolem.

A to nie jest jeszcze szczyt możliwości Apollina w kwestii traktowania (realnych i potencjalnych) kochanek. Nimfę Koronis, która będąc z nim w ciąży zdradziła go z innym, kazał zabić swojej siostrze, Artemidzie (ale płód uratował – może to medyczny cud sprawił, że to dziecko, Asklepios, zostało herosem-wynalazcą medycyny). Mieszkająca w Achai (pd. Grecja) dziewczyna imieniem Bolina tak bardzo bała się zalotów boga, że rzuciła się w morze: Apollo jednak nie pozwolił jej umrzeć i zamienił w nieśmiertelną nimfę (ale czy zrobił to ze współczucia czy też po to, by ją potem uwieść, mitologia milczy – o Bolinie mamy tylko jedną wzmiankę z antycznego „przewodnika turystycznego” z II w. n.e.). Nimfa Okyrroe z wyspy Samos też nie chciała zostać kochanką boga; próbowała uciec przed nim łodzią, a Apollina tak to oburzyło, że zamienił i dziewczynę, i łódź w kamienie. Okeanidę Melię porwał Apollo z domu starego Okeanosa i jego żony Tethys i zabrał do Teb. Brat dziewczyny, Kaanthos, wyruszył, by ją odzyskać na rozkaz rodziców, a gdy mu się nie udało – podpalił świątynię porywacza. Apollo zabił go za to z łuku, a Melię zatrzymał u siebie i spłodził z nią wieszcza Tenerosa i boga lokalnej tebańskiej rzeki, Ismenosa.  Z córką króla Troi Priama, Kasandrą, zawarł pakt: da jej zdolności wieszcze, których królewna pragnęła, w zamian za seks. Kasandra się zgodziła, ale kiedy bóg uczynił ją wieszczką, seksu odmówiła. Apollo, który nie mógł cofnąć daru, nie zrezygnował z zemsty – dołożył dziewczynie dodatkową cechę. Jej przepowiednie, owszem, miały zawsze być prawdziwe – nikt, ale to nikt nie miał jednak w nie uwierzyć. Królewna Dryope z kolei uratowała kiedyś i zabrała do domu rannego żółwia. Kiedy tylko zostali sami, żółw przybrał boską postać, by uprawiać seks z dziewczyną – ewidentnie Apollo czegoś się od ojca nauczył. Historia o przybraniu innej postaci pojawia się też w jednej z najciekawszych opowieści o romansie Apollina – ciekawej, bo nie mitycznej, a propagandowej. W postaci węża miał mianowicie Apollo uwieść pewną młodą Rzymiankę, od niedawna zamężną. Kiedy więc młoda kobieta, Atia Balba Cezonia, urodziła syna, wzięto go za dziecko jej męża, Gajusza Oktawiusza. W rzeczywistości jednak chłopiec był synem Apollina – a synem tym był, jak się pewnie część czytelników domyśla, boski Oktawian August (który był również na 100% autorem tego pseudomitu – w końcu w podobny sposób mieli zostać spłodzeni przez bogów Aleksander Wielki i Scypion Afrykański; tu więcej o Atii i jej rodzinie).

No i jest jeszcze Kreuza, ateńska królewna. Jej historia do czasów Eurypidesa wygląda jak typowy mit genealogiczny: Kreuza jest córką króla Aten, wychodzi za króla wyspy Eubei, ma z nim syna Iona, który zostaje herosem-eponimem Greków jońskich. Eurypides jednak przekształca jej historię (nie wiemy, czy sam stworzył tę wersję, czy też zaczerpnął ją z nieznanych nam dziś źródeł) i opowiada ją tak:
Kreuza była ostatnim, po heroicznej śmierci sióstr (zabił je rodzony ojciec, by ratować kraj ofiarą z dziewic), dzieckiem króla Aten Erechtheusa.  Apollo napadł ją i zgwałcił pewnej nocy, podczas świąt (a Eurypides rozumiał kobiety i opisał los Kreuzy naprawdę przejmująco). Dziewczyna aszła w ciążę i ukryła ją przed rodzicami, a kiedy urodziła synka – zostawiła go w jaskini, tej samej, w której została zgwałcona, na śmierć. Niedługo potem wydano ją za mąż za króla wyspy Eubei, Ksuthosa, którego ani nie kochała, ani za bardzo nie szanowała; była jednak świadoma, że jej rodzinie wojowniczy Ksuthos potrzebny jest jako sojusznik i następca tronu. Kiedy przez wiele lat małżeństwa Kreuza i Ksuthos nie doczekali się syna, królowa wiedziała, że to jej wina: w końcu de facto zabiła swoje pierwsze dziecko i mogła oczekiwać za to kary bogów. Po latach czekania na dziedzica król w końcu postanowił zrobić to, co każdy Grek. Tak, zgadliście: pojechać do wyroczni. Do Delf. Do Apollina.
Kreuza nie mogła protestować – nie chciała zdradzić swojej strasznej tajemnicy, z której brzmieniem żyła już tyle lat. Była przerażona, że Apollo wszystko powie jej mężowi i załamana samą perspektywą spotkania z bogiem. Nawet nie wiedziała, że sympatyczny młody sługa świątynny, z którym rozmawiała po przyjeździe, to syn, którego urodziła Apollinowi. Bóg uratował dziecko, ale nie raczył nic powiedzieć jego matce, która osiemnaście lat przeżyła w poczuciu, że skazała synka na śmierć. Ba, teraz też jej nie powiedział, wymyślił za to wyjątkowo głupi podstęp. Własnej wieszczce kazał mianowicie skłamać i powiedzieć Ksuthosowi, że nie ma co czekać na nowego syna, skoro jednego już ma, choć o tym nie wie. Spłodził go z pewną dziewczyną w czasach kawalerskich i co więcej, za chwilę go spotka: będzie nim pierwszy młodzieniec, którego napotka po wyjściu z przybytku boga. Apollo wymyślił sobie, że w ten sposób bezboleśnie posadzi na tronie syna swojego i Kreuzy, tylko jak zwykle zapomniał wspomnieć o tym Kreuzie.
Kreuza tymczasem, kiedy usłyszała od męża o całej sprawie, dostała szału. Nieślubny syn! Na tronie jej ojca! Ona sama wzgardzona, bo nie urodziła dziecka, obciążona ponurą tajemnicą z przeszłości – a mąż się cieszy! Zrozpaczona, załamana, postanowiła zabić rzekomego „pasierba”, nie wiedząc, że to jej rodzony syn. Dopiero interwencja Ateny, która wyjaśniła Kreuzie całą sytuację, zapobiegła tragedii. Atena, patronka rodzinnego miasta Kreuzy, przyszła w miejsce swego brata Apollina i powiedziała wprost: Apollo się nie zjawi, bo się boi, że Kreuza będzie mu robić wyrzuty za to, co zrobił. No brawo, Apollo. Brawo.

5.  APOLLO, DOBRZE CI TAK

800px-Rape_Marpessa_Staatliche_Antikensammlungen_2417_n2

Idas (z łukiem) i Marpessa, których Zeus chroni przed Apollinem (niewidocznym z tej strony naczynia). Naczynie czerwonofigurowe, ok. 480 p.n.e., przypisywane Malarzowi Pana. Dziś w Staatliche Antikensammlungen (Monachium).

Po tym wszystkim człowiek z przyjemnością czyta historię młodej kobiety imieniem Marpessa. Była ona śmiertelną królewną-heroiną, wnuczką Aresa, i miała dwóch zalotników: Apollina i człowieka, księcia Idasa. Panowie rywalizowali tak ostro, że się pobili. W końcu interweniować musiał sam Zeus, który – niespodziewanie – zostawił sprawę w rękach samej zainteresowanej. Marpessa wybrała Idasa, bo – jak powiedziała – zestarzeją się wspólnie z mężem, podczas gdy Apollo prędko ją porzuci i na starość zostanie sama. Brawo ona – stworzyli z Idasem udane małżeństwo; może aż za udane, bo kiedy mąż zginął, Marpessa, nie chcąc żyć dalej bez niego, popełniła samobójstwo.
Inna wersja jest jeszcze bardziej heroiczna – mówi ona, że Apollo porwał Marpessę, gdy ta była już żoną Idasa i że śmiertelny heros ruszył na łuczniczy pojedynek z Apollinem, by ją odzyskać. Szczerze mówiąc, w tym pojedynku też bym kibicowała Idasowi, przy całej mojej do postaci Apollina sympatii.

A jak macie niedosyt historyjek, w których Apollo dostaje kosza, to zawsze jeszcze jest ta oto bajka Henryka Sienkiewicza. Miłej zabawy!

Pogromcy mitów: starożytność i seksualność

Po raz tysiąc pięćset sto dziewięćsetny w tym roku wpadłam na kogoś, kto się myli w Internecie. Myli się, konkretnie, dyskutując o jednym temacie – seksualności i szeroko pojętych kwestii genderowych w starożytności. Ja, niestety, jestem z tych, którzy nie będą spać, póki nie sprostują, więc – niech ja może napiszę krótki wpis na ten temat, co?

Zaznaczmy może na początku jedną rzecz: to jest wpis edukacyjny, nie naukowy. Wiele rzeczy uprości, pominie jednostkowe i nietypowe przykłady, a także nie będzie odnosić się do najnowszej dyskusji naukowej; od tego wszystkiego są specjalistyczne, fachowe publikacje. Ta notka natomiast ma charakter wprowadzająco-orientujący i jej celem jest, po pierwsze, poukładać pewne fakty, po drugie – zwalczyć kilka mitów. Ha, może w ogóle będzie ona notką założycielską nowego cyklu, w którym będę wojowała z powszechnie znanymi memami o antyku, które są nieprawdziwe?

W każdym razie: oto dziewięć (no, powiedzmy) popularnych mitów o związkach i relacjach homoseksualnych w antyku grecko-rzymskim, ocenione i zdemaskowane. Dajcie znać, o czym chcecie ewentualny następny wpis Pogromczyni Mitów 😀 .

  1. W STAROŻYTNOŚCI ZWIĄZKI HOMOSEKSUALNE BYŁY/ NIE BYŁY AKCEPTOWANE, CZASY ANTYCZNE BYŁY PIEKŁEM/ RAJEM DLA OSÓB HOMOSEKSUALNYCH.

NIE. I jeszcze raz; NIE. Tak, dobrze czytacie, niezależnie od tego, jaką wersję wybierzemy, odpowiedź ciągle brzmi: NIE.

 Dlaczego? Ano dlatego, że w tym przypadku, podobnie jak w wielu, wielu innych, nie można mówić o czymś takim jak „starożytność”, nawet jeżeli (trochę w sumie bezsensownie) zawęzimy ją do Grecji i Rzymu oraz terenów przez te cywilizacje podbitych. Zauważcie: mowa o obszarach od dzisiejszej Austrii / Słowacji po Hiszpanię i od Brytanii po południe Egiptu, plus spory kawałek Azji, Bliski Wschód itd. Oraz o czasach od , powiedzmy, 1200 p.n.e. do połowy VI w. n.e. NIE MA SZANS, żeby wszędzie i zawsze sprawy wyglądały tak samo!

2c4a976c746d96681f77bbcbcbfb53e9.png

Imperium Rzymskie – największy zasięg terytorialny.

No i nie wyglądały. W klasycznych Atenach (VI – IV w. p.n.e., także później) całkowicie akceptowana i usankcjonowana społecznie była relacja między wolno urodzonym młodzieńcem (nie mającym jeszcze pełni praw obywatelskich) a starszym o kilkanaście lat wolnym obywatelem, ale już relacja dwóch takich wolnych dorosłych obywateli  była co najmniej dyskusyjna i mogła narazić przynajmniej jednego z uczestników na problemy, a już na pewno – na kpiny i wyśmianie. W Rzymie za próbę uwiedzenia wolno urodzonego chłopaka miało się poważne kłopoty z prawem (podobnie jak za próbę uwiedzenia dziewicy z rodu obywatelskiego), ale nikogo nie dziwiło sypianie z własnym niewolnikiem ani pochwalne piosenki, sugerujące, że zwycięski naczelny wódz osobiście zgwałcił kilku wrogów, upokarzając ich tym i poniżając. W Macedonii czasów Filipa II normą były zarówno związki mężczyzn z młodzieńcami, jak i rówieśników (patrz – spisek paziów podczas rządów Aleksandra Wielkiego, gdzie ewidentnie jeden z chłopaków zaczął knuć, bo jego kochanek-kolega z tego samego korpusu jeszcze oficjalnie niedorosłych chłopców został znieważony przez króla; long story). W podbitej przez Greków Judei kochankom płci tej samej zasadniczo groziła śmierć niezależnie od wieku; surowe kary groziły też w chrześcijańskim wczesnym Bizancjum. W greckich miastach Azji Mniejszej Safona mogła pisać miłosną poezję do dziewcząt, w Rzymie z kolei w czasach cesarstwa lesbijek się bano i brzydzono się nimi.
Sama czasem używam pojęcia „w starożytności” (i będę go używała tu w nagłówkach), ale zawsze ze świadomością, że należy zaznaczyć, o jakim miejscu/czasie mowa w podawanych przykładach.

  1. ORIENTACJĘ SEKSUALNĄ ROZUMIANO WÓWCZAS PODOBNIE, JAK MY JA ROZUMIEMY DZIŚ.

RACZEJ NIE. Tu sprawa jest ogromnie skomplikowana, dowody, jakie mamy z czasów grecko-rzymskich – niejednoznaczne, a dyskusje uczonych – zawzięte. Gdyby chcieć sprawę podsumować, pewnie  byłoby tak.
Po pierwsze, ważniejsze od tego, z kim uprawiasz seks, jest to, jak go uprawiasz. Dla wszystkich kultur, o których mowa, istotne było poczucie, że każdy związek jest wyraźnie hierarchiczny: mężczyzna ma w nim, z natury, wyższą pozycję. W przypadku kobiet  – żon, konkubin, kochanek, prostytutek – wiązało się to z głębokim, dzielonym przez ogromną większość społeczeństwa w każdym z tych okresów poczuciem, że kobieta jest istotą od mężczyzny niższą, mniej doskonałą; nigdy, tak naprawdę, w pełni nie dorasta i zawsze potrzebuje jakiegoś rodzaju kontroli. Wiążą się z tym idee czynnej i biernej roli seksualnej: ta pierwsza jest jak najbardziej OK w zasadzie niezależnie od tego, kto jest partnerem. Ta druga jest typowa dla kobiety, a więc – OK dla kobiety, ale nie dla drugiego mężczyzny, bo go do roli kobiecej sprowadza (Rzymianie używali na to określenia muliebria pati, „znosić to, co przystoi kobiecie”). Ten podział w związku uchodzi za sztywny: jeden z partnerów zawsze jest czynny, drugi – zawsze bierny. Ten bierny jest więc narażony na utratę męskości i wpisanie się w rolę kobiecą: OK, jeśli nie jest w pełni mężczyzną-obywatelem (np. jest za młody i nie przeszedł jeszcze inicjacji, jest cudzoziemcem, wyzwoleńcem, niewolnikiem itd.), nie OK, jeżeli te kobiece cechy przejmuje Prawdziwy Mężczyzna: wolny, politycznie aktywny obywatel. Kobieta obywatelem z pełnią praw nie jest: czy więc może być nim mężczyzna, który dobrowolnie jak kobieta się zachowuje? Skandaliczność Heliogabala nie polegała na tym, że miał harem mężczyzn-niewolników: polegała, w tym konkretnym przypadku, na tym, ze nie ukrywał faktu, że traktuje ich jak swoich mężów, nie żony, by użyć antycznej formuły (to był BTW tylko jeden skandal obyczajowy z H. w roli głównej, było ich więcej i komplikował je fakt, że H. bardzo prawdopodobnie był transkobietą – ale to temat na osobną notkę).
Dodajmy jednak, że zdarzało się, że typowe etykietki i zachowania nie działały: w Rzymie w I w. p.n.e./I n.e. zarówno wokół Juliusza Cezara, jak i wokół Oktawiana Augusta krążyło mnóstwo plotek o romansach z innymi mężczyznami, w których oni mieliby odgrywać bierną rolę (złośliwcy, robiąc aluzję do związku Cezara z Nikomedesem, królem Bitynii, nazywali boskiego Juliusza „królową”, a Katullus ponoć określił go jako „męża wszystkich żon i żonę wszystkich mężów w Rzymie”). Reputacji wielkiego wodza (Cezar) i wielkiego polityka (August), jakimi się cieszyli, wcale to jednak nie zaszkodziło.

800px-Augustus_Bevilacqua_Glyptothek_Munich_317.jpg

Portret Oktawiana Augusta, tak zwany August Bevilacqua, I w. n.e., obecnie w Gliptotece w Monachium. Źródło: Wikipedia.

Po drugie, oczywiście, że mamy przypadki mężczyzn zainteresowanych wyłącznie płcią przeciwną albo wyłącznie tą samą (na przykład Platon, w tym ostatnim przypadku), ale w ogromnej większości mamy do czynienia z zachowaniami biseksualnymi. Taki młody Ateńczyk, nazwijmy go Lizjasz, byłby, jako 14-15-latek z rodziny obywatelskiej, obiektem zainteresowania około trzydziestoletnich mężczyzn z tej samej sfery. Miałby spore szanse zostać kochankiem jednego z nich. Ten romans skończyłby się i zamienił w przyjaźń, kiedy Lizjasz skończyłby plus minus 18 lat/ przeszedł do kategorii dorosłych. Wtedy, po służbie wojskowej itd., kiedy to jego życie seksualne skupiałoby się na niewolnicach/ prostytutkach/ konkubinach, Lizjasz, już szacowny obywatel z karierą i prawami, z dużym prawdopodobieństwem zrobiłby dwie rzeczy – znalazł sobie 13-14 -letnią żonę oraz kochanka z własnej sfery w podobnym wieku i w ten sposób zamknął tę wersję kręgu życia :D.
Po trzecie – wracając do osób o wyraźnie homoseksualnej tożsamości: są teorie, głoszące, że przynajmniej w Rzymie mamy do czynienia z grupą, której tożsamość i ekspresja zbudowane było wokół kwestii homoseksualności. Widzi się taką grupę w tak zwanych cinaedii. Samo to słowo ma zwykle wydźwięk pejoratywny (cinaedus, gr. kinaidos znaczy tyle, co „kręcidupa”) i denotuje mężczyzn, biernych homoseksualistów o wyraźnie kobiecej ekspresji (polscy tłumacze zwykle tłumaczą ten termin słowem „ciota”). Ze względu na jednolitość opisów cinaedii i ich cech część badaczy chce widzieć w nich grupę, definiującą się przez stricte homoseksualną orientację rozumianą współcześnie, choć, jak zwykle w kwestii socjologicznych ujęć dawnych społeczeństw, sprawa jest skomplikowana.

  1. FAJNIE BYŁO BYĆ GEJEM W ATENACH.

NIEKONIECZNIE. Po pierwsze, nie użyłabym słowa „gej”, mówiąc o tamtych czasach: za mocno jest ono umocowane w kulturze i koncepcjach XX-XXI-wiecznych. Natomiast, jak już pisałam w punkcie 1, bycie osobą homoseksualną w Atenach niekoniecznie musiało być aż tak dobre, jak się niektórym naiwnym entuzjastom wydaje. Po pierwsze, jeżeli było się osobą niewolną, to w zasadzie nie miało się nic do powiedzenia w kwestii własnego losu – kogo obchodziło, że niewolnica nie jest seksualnie zainteresowana mężczyznami, jeśli pan postanowił ją zgwałcić albo zatrudnić jako prostytutkę? Po drugie – pisałam już wyżej o hierarchiach i o ich społecznym znaczeniu. Był taki grecki tragik, Agaton, ponoć znakomity (niestety, nie znamy jego sztuk, nie zachowały się do naszych czasów), uważany za czwartego po Ajschylosie, Sofoklesie i Eurypidesie; z tym ostatnim się zresztą przyjaźnił. Agaton złamał ateńskie konwencje i pozostał przez całe życie partnerem swojego kochanka z młodości, Pauzaniasza. Oberwał za to w komedii, która ukazuje tego – słynnego z niezwykłej urody i elegancji – poetę jako zniewieściałego, manierycznego, histerycznego typa, co ma dość ewidentny związek z jego życiowymi wyborami.
Z drugiej strony – miłość homoseksualna była traktowana jako najwyższe i najczystsze z uczuć, pozbawione interesowności (= posag plus konieczność spłodzenia potomstwa), jaką kojarzono z małżeństwem. Szukasz greckiego przykładu heroizmu i szlachetności? Masz sporą szansę dostać opowieść, w której w tle będzie miłość między dwiema osobami płci męskiej.

Tiranicidas_04

Harmodios i Aristogejton, tyranobójcy (którzy zabili tyrana Hipparcha  w roku 514 p.n.e. Harmodios i Aristogejton byli kochankami, a ich wzajemna miłość i lojalność sprawiły, że stali się modelami ateńskiej cnoty. Ta konkretna kopia sławnej rzeźby Kritiasa i Nesjiotesa znajduje się w Neapolu. Zdjęcie: Wikipedia.

  1. Z LESBIJKAMI BYŁO JAK W CZASACH KRÓLOWEJ WIKTORII: NIE DOSTRZEGANO ICH OBECNOŚCI.

I TAK, I NIE. W Rzymie w okresie cesarstwa gardzono nimi i raczej się ich obawiano, wpisując je zresztą w tę samą dychotomię bierny – czynny; uznawano więc, że jedna z partnerek musi uzurpować sobie nienaturalną rolę męską, podczas gdy druga pozostaje w typowej dla siebie roli kobiecej. Stąd dzikie wizje lesbijek z wielkimi łechtaczkami w roli penisów, uwodzących i/lub gwałcących zarówno kobiety, jak i chłopców (panowie satyrycy okresu cesarstwa, na was patrzę!). Natomiast generalnie – zwłaszcza w klasycznych Atenach – problemu o tyle nie było, że kobiecą wierność definiowano w kontekście legalności ewentualnego potomstwa. Jeżeli pani domu miała w ginajkiejonie, żeńskiej części domu, niewolnicę-kochankę, to o tyle nie było to wielkim problemem, że kobieta z kobietą, w rozumieniu antycznym (ani Grecy, ani Rzymianie kwestią transpłciowości się nie interesowali w większym zakresie) w ciążę zajść nie mogła.

  1. W STAROŻYTNOŚCI NIKT SIĘ NIE PRZEJMOWAŁ KWESTIĄ WIEKU.

I TAK, I NIE. Z jednej strony, istniało głębokie przekonanie, że zarówno dziewczęta, jak i chłopców można adorować jedynie od (a w przypadku chłopców także i do) pewnego wieku; nie tyczyło się to bogów; w wierszyku poświęconym miłości do chłopców jeden z poetów pisze, że dziewięciolatków zostawia Zeusowi, co jest aluzją do jednego z wariantów mitu o Ganimedesie). Za właściwy wiek do adorowania młodzieńca uważano 14-18 lat, a definitywny koniec atrakcyjności sygnalizowało pojawienie się u chłopka zarostu. Z drugiej – te wszystkie obostrzenia i zasady nie dotyczyły niewolników; kto chce naprawdę paskudną historię, niech sobie poszuka opowiastki o Tyberiuszu na Capri i jego „rybkach”…

  1. W STAROŻYTNOŚCI NIKT SIĘ NIE PRZEJMOWAŁ KWESTIĄ ZGODY DRUGIEJ STRONY.

NIESTETY TAK, to zdanie jest prawdziwe. Oczywiście, mogły istnieć wyjątki: absolutnie nie można wykluczyć sytuacji, w której między danymi osobami istniałaby jakaś relacja, oparta na wzajemnym zaufaniu i zgodzie na seks, ale generalnie zwłaszcza literatura mówi nam wyraźnie: chłopcy i kobiety, zwłaszcza te ostatnie, niewiele mieli do powiedzenia, jeżeli mężczyzna-zdobywca postanowił ich seksualnie wykorzystać. Klasycznym toposem jest przecież porwanie, napad, podstępne uwiedzenie obiektu uczuć.
Kultury greckie i rzymskie skupione są mocno wokół mężczyzny, bardzo patriarchalne, i stosunek do kwestii konsentu związany jest właśnie z tą ich naturą. Jednocześnie tak mity, jak i anegdoty historyczne pełne są opowieści o nimfach i dziewczynach uciekających w przemianę przed niechcianymi zalotami i o samobójstwach zgwałconych chłopców i dziewcząt (szkoda, że nie zachował się mówiący o tym właśnie dramat Eurypidesa Lajos…). Brak założenia, że chęć seksu musi być obustronna i jednocześnie że wola mężczyzny jest święta nie oznacza, że wybrane przez niego per fas et nefas osoby nie będą protestować.

  1. W STAROŻYTNOŚCI NIE ZASTANAWIANO SIĘ NAD KWESTIĄ TRANSEKSUALNOŚCI, INTERSEKSUALNOŚCI ITD.

NIE DO KOŃCA. Istniała świadomość istnienia osób nie mieszczących się w dychotomii męskie-żeńskie. Bóstwa przekraczające te granice (Afrodyta i jej męska postać, Afrodytus) i postacie zmieniające płeć (wiem, jaka jest poprawna terminologia, tu opisuję zjawisko tak, jak widzieli je starożytni), jak wieszcz Tejrezjasz – przemieniony w kobietę (został wtedy matką wieszczki Manto), a potem z powrotem w mężczyznę – czy herosi Ceneus lub Ifis (obaj urodzeni jako kobiety i przemienieni z mężczyzn z woli bogów) pojawiają się w mitologicznych opowieściach. Jest także jeszcze inna postać, Hermafrodyt, syn Afrodyty i Hermesa. Napadła go nimfa i zażądała od bogów, by nigdy już nie pozwolili im się rozdzielić – tak oto Hermafrodyt stał się, według Greków i Rzymian, istotą dwupłciową, jednocześnie kobietą i mężczyzną.

557px-Anasyromenos_statuette,_Rome_art_market

Afroditus, figurka rzymska.

Z anegdot znane są opowieści o kobietach, które zyskiwały pełnię praw po tym, jak w dorosłym wieku wyrosły im męskie narządy płciowe – kwestia fizycznej budowy jest bowiem dla Greków i Rzymian głównym wyznacznikiem płci. Wspomniany wcześniej Heliogabal miał zaoferować swoją wagę w złocie czarownikowi, który zdoła przemienić go w kobietę. W Rzymie z kolei narodziny interseksualnego dziecka oznaczały fatalny omen – w efekcie takie nieszczęsne niemowlę topiono (albo wrzucano w skrzyni do wody, co się równało dokładnie temu samemu).
Nieoczywisty był status eunuchów – ich pozycję prawna (zwłaszcza w późniejszym cesarskim Rzymie) ustawy regulowały dość jasno, ale co do rozumienia ich płci nie było zgody – Katullus, pisząc o Attisie, który w boskim szale dokonał autokastracji, używa na zmianę form męskich i żeńskich.

  1. W STAROŻYTNOŚCI NIE BYŁO MAŁŻEŃSTW HOMOSEKSUALNYCH.

W ZASADZIE NIE. Małżeństwo rozumiano jak związek mężczyzny i kobiety, czasami kobiet, zasadniczo o tej samej pozycji społecznej, zawarty zasadniczo dla kontynuacji rodu, celów politycznych oraz majątkowych. Bywały, choć nieczęste, małżeństwa poligamiczne (zwłaszcza w rodach królewskich), bywały dość często obok małżeństw oficjalne konkubinaty, bywały różne typy i rodzaje małżeństw, dość powszechnie w wielu kulturach praktykowano rozwody. Istniały jednak również pewne formy sankcjonowania związków męsko-męskich. Na Krecie w czasach klasycznych praktykowano pozorowane „porwania” ukochanych chłopców (to akurat zwykle było pozorowane i umówione z chłopakiem i jego rodziną), niemal identyczne, jak analogiczne „porwania” panien młodych. Ateńskie związki pederastyczne także traktowane były do pewnego stopnia społecznie usankcjonowane. Żadne z nich jednak, powtórzmy, nie miało ściśle charakteru małżeństwa.
Neron i Heliogabal poślubili oficjalnie swoich kochanków (Neron nawet dwóch, raz odegrał rolę męża, raz – żony), ale ich zachowania spotkały się z ostrą reakcją społeczną i zostały uznane za skandale obyczajowe.

  1. MIŁOŚĆ PLATONICZNA BYŁA PLATONICZNA.

AKURAT.

No nie, nie była; ba,  nawet to, co Kenneth J. Dover pisze o seksie z młodzieńcami (że zadaniem młodzieńca  było nie reagować na seksualne awanse, nie odczuwać przyjemności, a przynajmniej jej nie okazywać) chyba nie do końca jest prawdziwe w świetle dowodów ze sztuki i literatury. W ogóle kwestia tego co, gdzie i kiedy jest OK/ nie OK, jak chodzi o pozycje seksualne, jest mocno skomplikowana (w Rzymie w całej jego historii nie ma np. chyba bardziej hańbiącej czynności niż wykonywanie sekus oralnego…).

  1. JEST JESZCZE TAKI PROBLEM…

No więc jeśli jakiś jest, to czekam na pytania w komentarzach 😊

Święty grzyb, czyli teorie spiskowe

Serię o teoriach spiskowych związanych z antykiem otwórzmy jedną z bardziej (nie)sławnych książek je głoszących: The Sacred Mushroom and the Cross Johna Allegro, z 1970 roku.

okładka saacfred mushrpopom

Wyjściowe założenie książki Johna Allegro jest niewątpliwie a) niegłupie, b) wielce prawdopodobne. Jest nim mianowicie wskazanie, że w przypadku religii Bliskiego Wschodu, w tym – judaizmu i chrześcijaństwa – istotnym czynnikiem w ich kształtowaniu się były elementy tradycji szamańskiej, związanej z transowością, specyficznymi formami profetyzmu oraz użyciem świętych roślin i grzybów halucynogennych. Nie ma wątpliwości, że ślady takich tradycji są w Biblii hebrajskiej widoczne i że odbijają one wcześniejszy stan cywilizacyjny (1). Punkt wyjścia The Sacred Mushroom and the Cross jest, że powtórzę, całkowicie naukowo akceptowalny.

Plaincourault_webFresk z kaplicy w Plaincourault (Francja), przedstawiający Adama i Ewę pod Drzewem Wiadomości Dobrego i Złego, które tu ma postać grzyba, być może Amanita muscaria. XII wiek.

To chwilę później zaczynają się problemy.

Pierwszą ważną przesłanką Johna Allegro jest bowiem założenie, że na terenie Izraela/Palestyny/Judei istniała misteryjna grupa, wymagająca inicjacji w swoje obrzędy i posługująca się w rytuałach świętymi substancjami zmieniającymi świadomość. Znowu, to zupełnie nie jest nieprawdopodobne, istnieją liczne precedensy dla tego typu grup na przykład z tradycji greckiej. John Allegro jednak widzi tę grupę nie jako odłam judaizmu, ale jako istniejącą odrębnie, bardzo pierwotną, wywodzącą się wprost z tradycji religii Mezopotamii i kultów płodności (stąd np. idea Boga Ojca – wywiedziona nie z relacji Jahwe z Izraelem, ale z idei boskiego penisa zapładniającego Matkę Ziemię; uprzedzę fakty – boski penis będzie w tym tekście powracał z nużącą regularnością (2)) grupę. Autor nazywa ją właściwym chrześcijaństwem (to, co my nazywamy chrześcijaństwem, jest w jego oczach herezją, która wygrała). Większość śladów istnienia tej grupy została wymazana wspólnym wysiłkiem Żydów, Rzymian i chrześcijaństwa takiego, jakie dzisiaj znamy. Yup, SPISEK. Pozostały idee, obecne w dzisiejszym chrześcijaństwie, ale tak naprawdę w nim kompletnie niezrozumiałe.

Czemu są niezrozumiałe? Ano dlatego, twierdzi Allegro, że nigdy nie było rabbiego imieniem Jeszua/ Jezus, ani nie zdarzyły się przypisywane mu czyny. Jezus był bowiem jedynie kodem, imieniem, które miało zmylić niewtajemniczonym, a jednocześnie pozwolić zachować świętą, niewypowiadalną wiedzę w formie czytelnej dla wtajemniczonych i wyznawców. Gdy zaś taki tekst wpadał w ręce niepowołane – cóż, pozostawały opowieści, których symboliczny sens był niezrozumiały, dało się je za to odczytać dosłownie.

Niestety, twierdzi autor The Sacred Mushroom and the Cross, historia potoczyła się niespodziewanie: w koszmarnie krwawej żydowsko-rzymskiej wojnie lat 66 – 70 n.e. zginęło zbyt wielu wysoko wtajemniczonych. Tekst-kod – znany nam dziś jako Nowy Testament – w zasadzie przestał być zrozumiały na swoim symbolicznym poziomie. Odczytany dosłownie, jako historia religijnego przywódcy imieniem Jezus, stał się początkiem chrześcijaństwa, jakie dziś znamy. Zakodowano w nim bowiem, pod postacią historii nauczyciela imieniem Jezus, prawdę znacznie bardziej prawdziwą (zdaniem autora).

I tu się pojawia grzyb.

Grzyb jest – tu Allegro ma sporo racji – był przez starożytnych kojarzony z piorunem (grzyby rosną, jak wierzyli Grecy, po burzy). Jest więc (to już Allegro) produktem boskiego penisa, poczętym dziewiczo z ziemi, rosnącym bez korzenia. Widzicie analogie do poczęcia z dziewicy? Ja nie bardzo, autor – zdecydowanie. Jako taki, grzyb zawiera szczególną koncentrację boskiego nasienia – znaczy, ma właściwości halucynogenne.

Oczywiście, sam grzyb jest też fallusem, bo ta książka jest jednym wielkim hymnem do fallusa, erekcji i nasienia, nie ma strony bez odwołania do nich. Allegro rozumie kult płodności dosyć specyficznie – właśnie jako kult erekcji, seksu i penisa – i nie pozwala nam ani na moment zapomnieć, że to właśnie ten rodzaj kultu leży u podłoża jego wersji chrześcijaństwa. Podobieństwo szybko rosnącego grzyba do męskich narządów płciowych jest co najmniej równie ważne, jak jego halucynogenne właściwości.

Mówimy bowiem nie o każdym grzybie, ale o jednym, jedynym i specyficznym. Amanita muscaria. O, takim.

muchomor

Generalnie, zazwyczaj, kiedy mowa jest o Jezusie, tak naprawdę chodzi o grzyb. No chyba, że mowa o świętym Piotrze, jego imię też znaczy „grzyb” [tylko że nie – AK]. Z kolei w genealogii Jezusa (tej wskazującej na pokrewieństwo z Dawidem) wszystkie w zasadzie imiona i przydomki znaczą, zgadli/łyście, „penis”. Gdyby mi kto nie wierzył, cytuję:

The oracle of David, son of Jesse; the oracle of the erect phallus (RSV “the man who was raised on high”), the semen-smeared (RSV “anointed”) of the God of Jacob, the Na’im (“heavenly canopy”, RSV; “sweet”) of the stretched penis (RSV: “psalmist”) of Israel.

A jakby nam było mało grzybów, to dorzucę za autorem:

The name Herod, meaning “heron” (Latin ardeola) serves throughout the New Testament as a useful play on the Semitic ‘Ardila’, “mushroom”, as does the feminine form “Rhoda” who opened the door to Peter after his release from prison (Acts 12:13)

Gdybyście się zastanawiali: ponieważ muchomor jest czerwony, to Jezusa w J 19:2 ubierają w czerwoną szatę i koronę cierniową. Ta ostatnia się kojarzy z pozostałościami po obrzezaniu, ta pierwsza, tak, zgadli/łyście, z kolorem penisa. Nie wymyśliłam tego sama, zapewniam; relata refero. Aha, termin „ukrzyżowanie” co prawda odnosi się na pozór do okrutnej kary historycznie stosowanej przez Rzymian, ale w sumie chodzi o to, że jest metaforą „noszenia ciężaru kobiety”, czyli kopulacji. Nie, tego też sama nie wymyśliłam. Że Ostatnia Wieczerza = spożywanie grzyba halucynogennego, już pewnie się domyślacie.

Byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie zauważyła, że autor odnosi się także do pierwiastka kobiecego w swoim wyobrażonym „oryginalnym chrześcijaństwie”. Jest mowa i o świętej prostytutce kultowej, i o tym, że błona otaczająca młody egzemplarz niektórych grzybów jest jak łono, które przebija rodzący się grzyb-penis. W tym wszystkim jakoś zawsze wracamy do tematu seksu (i penisa).

Częścią problemu są też mocno ryzykowne pomysły językoznawcze Allegro, zaskakujące u profesora filologii. Zerknijmy na przykład na taki wywód z rozdziału III:

The Greek word daimön derives, through the Persian dew (there is a strong linguistic affinity between m and w), from a probable Sumerian original *DA…..U_NA, meaning “having power over fertility”.

Z punktu widzenia etymologii (a konkretniej słownika etymologicznego greki klasycznej), δαίμων [daimon] pochodzi od czasownika δαίομαι [daiomai], „rozdawać, rozdzielać”, a jego źródła szuka się nie w sumeryjskim (!), tylko w praindoeuropejskim rdzeniu, zapisywanym w nauce deh ; ten sam rdzeń prawdopodobnie widoczny jest w takich słowach, jak sanskryckie bhaga (znaczenia tutaj) czy staroperskie baga, „bóg”. Dew/daeva i wszelkie jego derywaty w wielu językach wywodzą się z kolei raczej z rdzenia *dyḗws, tego samego, z którego pochodzi grecki „Zeus” i nasz „dzień” (rdzeń oznacza prawdopodobnie „jasny, świetlisty”, a Zeus oryginalnie jest bogiem dziennego, jasnego nieba). Jak widać, nic się nie zgadza, wszystkie skojarzenia są mocno przypadkowe, za to mają budować argument popierający główną, obsesyjną ideę Allegro: kult świętego penisa zapładniającego ziemię.

Albo popatrzmy na taki kawałek:

The fertility god Dionysus (Greek Dionusos) , whose cult emblem was the erect phallus, was also a god of healing, and his name, when broken down to its original parts, IA-U—NU—ShUSh, is almost identical with that of Jesus, having NU, “seed”, only in addition: “Semen, seed that saves”, and is comparable with the Greek Nosios, “Healer”, an epithet of Zeus.

I wszystko by było pięknie, bo Nosios rzeczywiście znaczy “Uzdrowiciel” i faktycznie jest epitetem Zeusa, a i Dionizosa na upór można uznać za bóstwo z płodnością związane, ale etymologia tutaj jest czysto z fantazji: imię Dionizos zwykle kojarzy się z albo tradycyjnie z dios-, dopełniaczem od imienia Zeusa, ojca Dionizosa, albo z czasownikiem diemai, i z cząstką -nus(a), który według jedynego znanego nam antycznego objaśnienia znaczy „drzewo” Językoznawca i badacz mitologii, Michael Janda, widzi w imieniu Dionizosa znaczenie „ten, który pospiesza za drzewem”, rozumianym jako drzewo świata; byłby więc Dionizos bóstwem związanym z kreacją świata i z kosmologią. Żadne z tych słów nie ma, w grece, najmniejszego związku ze spermą ani nasieniem.

Skąd się skądinąd autorowi ulęgło, że „Persephone” znaczy „pochwa”, a „Kore” „penis w erekcji”, to ja nie wiem. No nie wiem, nie wymyślę, ani znajomość greki, ani mitologii mi nie pomaga (i nie, nie wierzę w sumeryjskie etymologie autora).

Ten problem wychodzi zresztą poza falliczne obsesje autora: on generalnie zestawia ze sobą fenomeny z różnych kultur, które mu się kojarzą, i uznaje je za spokrewnione, bo – bo jego zdaniem mają jakąś wspólną etymologię. Najpewniej sumeryjską. Z większością z nich jest jak z daimonem i Dionizosem: jakieś strzępy faktów przemieszane z czystą fantazją.

78891277

Pewnie widzicie już w tym momencie, czemu ta książka wywołała taką silną reakcję w świecie naukowym. No to teraz dodajcie jeden element: osobę autora. Nie mamy do czynienia, jak w przypadku przyszłych bohaterów mojego cyklu o spiskowych teoriach z antykiem w tle, z nawiedzonym pseudouczonym. Przeciwnie; kiedy John Marco Allegro publikował swoje rozważania o genezie chrześcijaństwa, był bardzo znanym archeologiem biblijnym, a jego pozycję określał fakt, że uczestniczył w oryginalnej grupie badającej Zwoje znad Morza Martwego. Miał na koncie liczne ważne publikacje. Miał pozycję i generalnie cieszył się opinią wybitnego specjalisty; kiedy pisał The Sacred Mushroom…, był profesorem teologii w Manchesterze.

Ta jedna książka zrujnowała mu karierę. Na serio wzięto ją jedynie w niektórych kręgach posthippisowskich, w nauce natomiast raz na zawsze podważyła pozycję autora. I, jakby, trochę mnie to – metodologicznie, koncepcyjnie – nie dziwi.

(1) Robert D. Miller II, „Shamanism in Early Israel”,Wiener Zeitschrift für die Kunde des Morgenlandes, Vol. 101 (2011), pp. 309-341

(2) Patrz np. męcząco szczegółowe i w sumie kompletnie zbędne dla wywodu rozważania o piorunie jako boskim orgazmie z ejakulacją, zieeeew [nigdzie nie obiecywałam, że będzie bardzo naukowo 😀 ]

Apollo i młodzieńcy

Lektura greckich tekstów mitologicznych uświadamia człowiekowi dość jasno: generalnie niezbyt fajnie było zwrócić na siebie uwagę bóstwa, ale szczególnie fatalne było to w przypadku Apollina. A już najgorzej chyba było, kiedy Apollo się w kimś śmiertelnym zakochał.

Zacznijmy może od kochanków boga sztuki, bo jest ich mniej, niż zapisanych przez mitografów dziewcząt i kobiet, które uwodził.

Na początek – kilka faktów. O ile wśród kochanek i żeńskich obiektów uczuć Apollina znajdują się zarówno śmiertelniczki, jak i boginie, o tyle wszyscy jego kochankowie to ludzie, nie ma wśród nich bogów. Dlaczego? Ano dlatego, że w dość powszechnym odczuciu Greków związek homoseksualny jest związkiem hierarchicznym, gdzie inną rolę ma do odegrania dorosły mężczyzna-kochanek, a inną – podporządkowany mu, uczący się od niego ukochany młodzieniec. Przeniesienie takiej relacji na związek bóstwa z człowiekiem jest proste – ale jak ustalić hierarchię między bogami? To zapewne dlatego w zasadzie nie mamy historii męsko-męskich romansów wśród bóstw greckich.

Kim więc byli kochankowie Apollina i jaki był ich los?

Po pierwsze – Hiakintos/ Hiacynt. W najbardziej popularnej wersji mitu był on księciem, synem króla Amyklasa i jego żony Diomede. Tu mamy, w punktu widzenia naszej wrażliwości, pewien problem: Diomede otóż była córką króla Tesalów, Lapithesa, ten zaś – synem nimfy Stilbe i, no cóż, Apollina. Zakochał się więc bóg muzyki bez pamięci we własnym prawnuku. A może być, w sumie, jeszcze gorzej: część mitografów uważa, że siostrą-bliźniaczką Hiakintosa była Dafne – tak, ta sama, którą Apollo spotkał w swoim pierwszym dniu na greckiej ziemi, po pokonaniu Pytona, i którą prześladował tak, że wolała zamienić się w drzewo…

Hyakinthos

Zefir i Hiacynt, attyckie naczynie czerwonofigurowe, dziś w Museum of Fine Arts, Boston (USA)

Hiakintosa mitologia i literatura grecka bardzo mocno wiąże z homoerotyzmem. Miał być pierwszym młodzieńcem zaangażowanym w związek z innym mężczyzną, śmiertelnikiem Thamyrisem, i pierwszym, w którym zakochało się dwóch bogów: pierwszego z nich, boga wiatru zachodniego, Zefira, Hiakintos porzucił dla Apollina (sztuka grecka jednak zachowała dla nas całkiem sporo scen erotycznych, ukazujących Zefira i królewicza, patrz wyżej).

The_Death_of_Hyacinthos.gif

Jean Broc, Śmierć Hiacynta, olej na płótnie, 1801, dziś w muzeum w Poitiers (Francja).

Nie dajmy się nabrać dziewiętnastowiecznej sztuce: Hiakintos miał małe szanse być wiotkim chłopcem o delikatnych dłoniach, bladej cerze i długich blond lokach. W Sparcie i leżących niedaleko Amyklach, skąd pochodził jego ród, Hiakintosa czczono jako herosa-wojownika, idealnego młodego żołnierza, a mitografowie wspominają, że on i Apollo najchętniej spędzali czas na polowaniu, wspinaczce i ćwiczeniach sportowych. To właśnie w trakcie tych ostatnich zazdrosny Zefir sprawił, że Apollo zabił kochanka: bóg wiatru pchnął dysk rywala tak, że ten uderzył Hiakintosa w czoło i zabił na miejscu. Na nic zdały się moce leczenia, jakimi dysponował Apollo, bóg-uzdrowiciel: ukochanego nie ocalił. Tradycja świąt ku czci Hiakintosa w Amyklach sugerowałaby jakiś mit o jego wskrzeszeniu, być może analogiczny do opowieści o Adonisie/ Attisie / Dafnisie itd.; najpowszechniejsza wersja mówi oczywiście o metamorfozie i o powstaniu z krwi Hiakintosa kwiatu hiacynta.

Istnieje drugi, niemal identyczny mit, tym razem dotyczący młodzieńca imieniem Hymenajos, rodem z Arkadii; Apollo miał go pokochać, a potem, przypadkiem, zabić dyskiem podczas ćwiczeń.

800px-Cyparissus_mg_0159

Jacopo Vignali, Kyparissos, lata 70. XVII w., olej na płótnie; obecnie w Muzeum Sztuk Pięknych w Strasbourgu.

Inny z kochanków Apollina, Kyparissos, też skończył tragicznie. Kyparissos był księciem wyspy Keos, słynnej między innymi z tego, że żył tam cudowny jeleń, ulubieniec bogów i ludzi. To boskie zwierzę o złotych rogach, łagodne i życzliwe, zostało przypadkiem zabite przez młodego królewicza podczas polowania. Kochanek Apollina nie dał się pocieszyć po tym wypadku – był do jelenia przywiązany, często chodził razem z nim do źródła i traktował go jak przyjaciela. Nic nie pomogło – nawet zaklęcia i prośby zakochanego boga. Kyparissos po długim okresie smutku postanowił ostatecznie odebrać sobie życie. Apollo, który go kochał, nie pozwolił mu umrzeć, odebrał mu jednak udrękę i świadomość: przemienił ukochanego w cyprys, drzewo smutku.

The_Awakening_of_Adonis_-_John_William_Waterhouse_(1899)

John William Waterhouse, Przebudzenie Adonisa, 1899-1900, olej na płótnie, kolekcja prywatna (obraz należy do Andrew Lloyda Webbera, tak skądinąd).

Kochankiem Apollina miał być też Adonis, tu traktowany jak wcielenie antycznego greckiego rozumienia biseksualności: mitografowie (a konkretnie Ptolemeusz Hefajstion w I/II w. n.e.) wskazują, że był jednocześnie kochankiem Apollina i Afrodyty, z nią uprawiając seks jak mężczyzna, z nim – jak kobieta (yup, tak to sobie właśnie Grecy tłumaczyli). Adonis też umarł młodo, zabity na polowaniu przez dzika (i to jest dłuższa historia, o której kiedyś). Skądinąd według tegoż samego mitografa to Apollo miał osobiście zabić Adonisa, zmieniwszy się w dzika – nie z zazdrości, bynajmniej, a z powodów rodzinnych: Afrodyta miała oślepić jednego z synów boga poezji, kiedy ten podglądał, jak ona i Adonis uprawiali seks. Apollo, wściekły za tę niesprawiedliwą jego zdaniem karę, a nie mogąc zemścić się na bogini miłości, wyładował swój gniew na dawnym kochanku. Przyznajmy jednak uczciwie, że wersja ta jest znana tylko z jednego źródła: zazwyczaj dzik, który zabija Adonisa, jest albo wyjątkowo groźnym zwierzęciem pokonującym niedoświadczonego łowcę, albo – Aresem, chcącym odzyskać Afrodytę per fas et nefas.

Constance_Phillott_-_The_Herdsmen_of_Admetus

Constance Philippot, Pasterze króla Admeta, ok. 1890, kolekcja prywatna. Ten młodzieniec z lirą pod drzewem to zapewne służący królowi jako pasterz Apollo.

Zostaje jeszcze jedna historia miłosna z Apollinem jako kochankiem, zagadkowa i intrygująca. Kiedy mianowicie Apollo podpadł ojcu, Zeus zesłał go karnie na ziemię, by tam, w ludzkiej postaci, przez rok służył jako pasterz u króla Tesalii Admeta, znanego z odwagi i uczciwości. Kto się tu w kim pierwszy zakochał, nie wiadomo – starożytni poeci jednak już od czasów Kallimacha (III w. p.n.e.) uznają króla i boga-pasterza za kochanków. Apollo musiał rzeczywiście darzyć Admeta uczuciem – w końcu to dla niego upoił winem Mojry i namówił je, by pozwoliły Admetowi wrócić do życia, jeżeli po jego śmierci znajdzie się śmiertelnik, który poszedłby do Hadesu za niego! (i znalazł się, a raczej – znalazła, a może wręcz – została znaleziona, czy tego chciała, czy nie, i Eurypides napisał o tym wspaniały dramat, a ja kiedyś napiszę osobną notkę).
Przy czym niech sobie nikt nie wyobraża, że kobiety miały z Apollinem łatwiej. Zazwyczaj nie miały – choć jest kilka przykładów szczęśliwych związków Apollina z dziewczętami i nimfami, przeważają te tragiczne; o tym jednak już następnym razem.