Smutne bóstwa

Dziś Światowy Dzień Walki z Depresją.

Wiem, że wiele bliskich mi osób walczy z tą paskudną i groźną chorobą, wiele też cierpi na bliskie jej dolegliwości: stany lękowe, anhedonię, wszelkiego rodzaju nawracające smutki, zaburzenia afektywne. To paskudztwo jest naprawdę częste, a i musiało towarzyszyć nam od zawsze, bo gdzieś na marginesie greckiego świata przewija się postać, która jest w zasadzie personifikacją depresji – Achlys.

Achlys, córka Nocy, jest jednocześnie – patrząc na słownikowe znaczenie wyrazu ἀχλύς , -ύος – ciemną mgłą wieczorną, czymś, co zasnuwa oczy człowiekowi załamanemu, zszokowanemu albo umierającemu oraz wszechogarniającym smutkiem. Tak oto opisuje ją poeta (może Hezjod, może jakiś jego naśladowca) w poemacie Tarcza Heraklesa:

Obok zaś stała Achlys, ponura i smutna bogini,
Blada i wychudzona, na nogach chwiejąca się z głodu.
Stawy miała spuchnięte, paznokcie długie jak szpony,
z nosa ciekła jej ropa, a z podrapanych policzków
krew kapała na ziemię. Twarz Achlys grymas wykrzywiał.
Łupież, wszy i brud znaczyły ramiona bogini,
twarz miała mokrą od łez.
[przekład własny, roboczy, mam wrażenie, że nie pierwszy w moim życiu]

πὰρ δ᾽ Ἀχλὺς εἱστήκει ἐπισμυγερή τε καὶ αἰνή,
χλωρὴ ἀυσταλέη λιμῷ καταπεπτηυῖα,
γουνοπαχής, μακροὶ δ᾽ ὄνυχες χείρεσσιν ὑπῆσαν
τῆς ἐκ μὲν ῥινῶν μύξαι ῥέον, ἐκ δὲ παρειῶν
αἷμ᾽ ἀπελείβετ᾽ ἔραζ᾽: ἣ δ᾽ ἄπλητον σεσαρυῖα
εἱστήκει, πολλὴ δὲ κόνις κατενήνοθεν ὤμους,
δάκρυσι μυδαλέη.[Pseudo-Hezjod, „Tarcza Heraklesa”, 264 – 70]

Achlys, odbierająca ofierze apetyt, chęć do życia, zdrowie i troskę o siebie córka Nocy, Grekom jasno kojarzyła się z rozpaczliwym stanem ogarniętego permanentnym przygnębieniem człowieka. U Ajschylosa w Eumenidach towarzyszy Eryniom i przynosi czarną rozpacz, ten sam tragik mówi w dramacie Persowie o Στυγία (…) τις (..) ἀχλὺς [Stygija tis achlys], jakiejś rozpaczy stygijskiej, czyli ponurej jak zaświaty, która spadła na perskich starców po klęsce wojsk Kserksesa w Grecji i śmierci młodego pokolenia perskich wojowników. Historyk Kasjusz Dion prawie 800 lat później każe swoim bohaterom (a konkretnie Cyceronowi) zastanawiać się i dyskutować nad sposobami na usunięcie z duszy achlys – jako sposoby częściowo pomagające wymieniane są piękne słowa oraz filozofia, jakże zaskakująco. Inni grecki pisarz epoki cesarstwa, Plutarch, pisze o czarnych myślach pełnych achlys.

Jako potomkini pierwotnej bogini Nyx (Nocy), Achlys ma wiele wspólnego z Kerami, czarnymi boginiami śmierci przedstawianymi jako drapieżne, pożerające ciała poległych w bitwie i rozszarpujące ludzi ptaszyska. O Kerach – które przywodzą na myśl irlandzkie boginie Morrigan i Badb Catha – pewnie napiszę kiedyś osobno, bo są one ważne zwłaszcza dla epiki, a ja ostatnio siedzę po uszy w lekturach około-homeryckich.

Bliskie Achlys są również inne personifikacje smutku i żałoby – Ania [Rozpacz], Lype [Ból, Cierpienie] i Achos (Cierpienie, ale przede wszystkim psychiczne, emocjonalne), znane zbiorczo jako Algea, Cierpienia, a będące również potomstwem Nocy. Zapewne podobnie jest w przypadku bogini-personifikacji imieniem Amechania – dla starożytnych była ona towarzyszką swoich sióstr Biedy (Penia) i Żebraniny (Ptocheja), ale jej obszar działania jest, niestety, znacznie szerszy i wtedy, i teraz – Amechania to, zgodnie ze swoim imieniem, personifikacja bezsilności i niemożności zrobienia czegoś ze swoim życiem… Amechania jest prawie identyczna w charakterze jak inna podobna personifikacja, Aporia (Niemożność). Zobaczcie zresztą, jak piękną metaforę depresji i walki z nią daje bajka Ezopa o Heraklesie.

Pewnego razu otóż Herakles spotkał na swojej drodze coś. To coś blokowało mu drogę, walnął więc w coś maczugą. Coś natychmiast urosło dwa razy. Uderzył znów, i znowu urosło, blokując całą drogę. Nie wiedział, co zrobić, póki nie pojawiła się jego mądra protektorka, Atena. „To Aporia, Heraklesie”, powiedziała, „i jej towarzyszka Eris, Kłótnia. Kiedy ją atakujesz siłą, rośnie. W ten sposób nie zdołasz ich pokonać”.

Podobna do Achlys jako personifikacja depresyjnego smutku jest też inna bogini rozpaczy, Ojzys, opisana przez Hezjoda niestety mniej dokładnie. Ojzys i Achlys są rodzonymi siostrami, córkami Nocy.

Niestety, starożytni nie pozostawili nam wizerunków bóstw smutku. Zamiast tego wrzucam link do znakomitego, moim zdaniem, rysunku użytkownika Ulfhedinart. Przypomina on, jako żywo, Hezjodową Achlys.

Nimfy od cuchnącej wody

Dzisiejsza notka zaczyna się od książeczki. O, tej.

Okładka

Od lat mam w domu (albo kupiony w Atenach, albo otrzymany od przyjaciółki, nie pamiętam) niewielki tomik z bilingwicznym wydaniem (klasyczna greka / współczesna greka) wyboru z epiki hellenistycznej. Książeczka ta stała do tej pory na półce i czekała na swój czas. Zdjęłam ją, szukając czego innego, po czym zaczęłam przeglądać i znalazłam bardzo sympatyczny epigramat. Napisała go w IV/III w. p.n.e. poetka Mojro z Bizancjum (1), ceniona przez starożytnych, ale nam znana tylko z kilku niewielkich fragmentów (oraz jako matka innego wybitnego poety i uczonego, Homera z Bizancjum – nie mylić z pierwszym Homerem, którego dzieła nasz drugi Homer badał w Bibliotece Aleksandryjskiej!).

Mojro była autorką kilku utworów, wymienianych przez pisarzy starożytnych i zachowanych w małych kawałeczkach. Na pewno napisała poemat epicki zatytułowany Mnemosyne, z którego zachowało się kilka wersów, objaśniających mit o Plejadach. Z innego jej dzieła, Klątwy (Ἀραί) też przetrwały tylko przypadkowe urywki. Z jej twórczości znamy więc głównie epigramaty – krótkie okazjonalne wiersze, z których parę znalazło się w ogromnej kolekcji, znanej dziś jako Antologia Palatyńska. Tam właśnie, pod numerem 189 w księdze szóstej, znajdujemy wiersz Mojro:

Νύμφαι Ἀνιγριάδες, ποταμοῦ κόραι, αἵ τάδε βένθη
ἀμβρόσιαι, ροδέοις στείβετε πόσσιν ἀεί
χαίρετε καὶ σῴζοιτε Κλεώνυυμον, ὃς τάδε καλὰ
εἲσαθ’ ὑπαὶ πιτύων ὒμμι, θεαὶ, ξόανα.

O Anigriady, nimfy, boginie, strumienia córki,
głębia ta świetnie zna waszych różanych stóp ślad!
Bądźcie nam pozdrowione, a Kleonimosa uleczcie:
W gaju sosnowym to on posągi wystawił wam. [przekł. AK, roboczy]

No i nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła grzebać, o co chodziło z Kleonimosem i nimfami.

Anigriady (albo Anigridy, z taką wersją ich imienia też się spotkamy w źródłach) to potamidy, czyli nimfy rzeczne, córki bogów rzek, wnuczki zaś – wielkich bóstw wodnych, Okeanosa i Tethys. Matki naszych Anigriad nie znamy, ale wiemy, kto był ich ojcem.

W Elidzie, krainie geograficznej w zachodniej części Peloponezu, płynie niewielka rzeka Anigros. A raczej płynęła – dziś w tym miejscu znajduje się naturalnie powstałe niewielkie jezioro Kajafa (rosyjska Wikipedia jako jedyna podaje informację, że jezioro powstało po II w. n.e. – logiczne, pisarze z wcześniejszych czasów kompletnie o nim nie wspominają, wzmiankują tylko rzekę, choć Strabon już w I w. n.e. pisze, że rozlewa się ona w szerokie, bagniste i cuchnące mokradła).

Widok na jezioro Kajafa. Autor: Antoniosandrean, opublikowane na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International 

Jak wszystkie rzeki, Anigros też miał swoje bóstwo. Możemy domniemywać, że w wyobraźni Greków Anigros-bóg wyglądał jak większość bogów rzek: jak dojrzały mężczyzna, być może z rogami, na pewno ukazywany z naczyniami na wodę.

W każdym razie, rzeka Anigros i jej bóg mieli pewną, hmmm, specyficzną cechę. Tak o to pisze o niej grecki podróżnik i pisarz Pauzaniasz w swoim Przewodniku po Helladzie:

Sądzę, że rzeka Anigros zawdzięcza swój ohydny zapach ziemi, przez którą przepływa jej woda, podobnie jak ma to miejsce w przypadku wód w Jonii, których smród jest zabójczy dla człowieka. Niektórzy z Greków natomiast twierdzą, że to Chejron, albo według innych centaur Pylenor, zraniony strzałą Heraklesa, uciekł i w tej rzece obmył rany z jadu; od trucizny Hydry wody Anigrosu nabrały odrażającego zapachu. Jeszcze inni z kolei uważają, że to Melampos syn Amanthyona wrzucił w tym miejscu do wody to, czego użył w obrzędach oczyszczających Projtydy i że to z tej przyczyny ucierpiała woda Anigrosu. [Pauzaniasz, Wędrówka 5. 5. 10, przekł. roboczy AK].

Mamy tu cały zestaw mitów do wyboru. Ten o centaurach obmywających w wodzie rany, zadane strzałami Heraklesa (umoczonymi, jak wiemy, w jadzie Hydry) jest uzasadniony geograficznie: niedaleko mianowicie znajduje się góra Lapithas, gdzie wedle części wersji mitycznych miała rozegrać się walka mężczyzn z miejscowego plemienia Lapitów z centaurami (inne lokalizują tę walkę na Pelionie).

Góra Lapithas i jezioro Kajafa. Zdjęcie z domeny publicznej.

A o co chodzi z Projtydami?

Wspomniany tu Melampos syn Amathyona, jeden z wielkich greckich wieszczów, o którym wiemy mniej, niż byśmy chcieli – u Homera i w resztkach epiki cyklicznej są ślady ogromnego znaczenia tej postaci – powinien doczekać się osobnej notki, a to ze względu na towarzyszące mu liczne a zabawne lub fascynująco ciekawe anegdoty. Teraz wspomnę tylko o jednej ze związanych z nim historii.

Melampos i jego ukochany brat Bias pozostali bez królestwa i wcale im się to nie podobało. Melampos uznał więc, że zdobędzie władzę nad jakimś terenem, wykorzystując swoje zdolności wieszcza i uzdrowiciela.

Tymczasem trzy córki króla Projtosa nieoczekiwanie wpadły w szaleństwo i… A nie. Może od początku.

Trzy córki króla. Problem w tym, że różne źródła podają różne wersje ich imion. Na przykład Lysippe, Ifinoe i Ifianassa. Albo Lysippe, Hipponoe i Kyrianassa. No chyba że od początku było ich dwie, Elege i Kelajne?

Jak by się nie nazywały, trzy (a może dwie?) Projtydy były córkami króla Argos Projtosa. On sam wywodził się z rodu skoligaconego z mnóstwem herosów. Był wnukiem Hypermnestry, jedynej z Danaid, która nie zabiła męża; sam zaś był stryjem Perseusza – Danae, matka herosa, była bratanicą Projtosa, córką jego jedynego brata Akrizjosa. Tak, wiem, że wiecie, że kocham mitologiczne genealogie i że to bywa męczące XD.

Projtydy miały matkę, oczywiście; w większości wersji jest nią Steneboja, która fatalnie zapisała się w historii innego herosa, Bellerofonta (usiłowała go uwieść jak biblijna żona Putyfara – Józefa i równie fałszywie go potem oskarżyła). Albo z okazji win mamusi, albo ponieważ same obraziły bogów (nie uczciły Dionizosa? Albo Hery? Ukradły złoto zdobiące posąg bogini?) Projtydy zostały opanowane niszczycielskim, morderczym szałem.

I dalej było jak w znanych baśniach: król obiecał pół (a konkretniej jedną trzecią) królestwa (i po negocjacjach dorzucił rękę królewny) za uleczenie córek. Melampos i Bias zebrali grupę ludzi i popędzili oszalałe dziewczyny ku miastu Sykion. Po drodze jedna z nich, Ifinoe, umarła z wyczerpania. Dwie pozostałe jednak Melampos uzdrowił. On i jego brat poślubili siostry i każdy z nich otrzymał we władanie jedną trzecią królestwa Projtosa.

Co takiego Melampos mógł wrzucić do wody, co zatruło jej zapach? Nie wiemy. Grecy używali przy rytualnych oczyszczeniach różnych substancji, najczęściej krwi, ale czego mógł użyć półbóg? Pewnie trzeba będzie napisać o tym osobno.

Akropolis miescowości Samiko. By Morikanos – Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=51292480

A wracając do naszych nimf i ich posągów. Anigriady miały swoje własne miejsce kultu: jaskinię w pobliżu miejscowości Samiko na wybrzeżu Elidy. Tam zajmowały się tym, w czym, jako potamidy, były specjalistkami, a mianowicie – leczeniem.

Cuchnące wody Anigrosu uchodziły bowiem w starożytności za szczególnie cenne w leczeniu problemów skórnych. Jak pisze geograf Strabon (I w. p.n.e./ I w. n.e.), osoby chorujące na trąd i inne schorzenia identyfikowane przez starożytnych jako związane ze skórą odbywały pielgrzymki do groty Anigiriad, obiecywały im odpowiednią ofiarę, a następnie przecierały chorobowo zmienione miejsca wodą. Później zaś należało przepłynąć się w rzece Anigros – jej wody zmywały chorobę i zostawała ona w rzecznym, cuchnącym mule, człowiek zaś wychodził uzdrowiony.

To by wyjaśniało historię naszego Kleonimosa. Prośba o ocalenie / uleczenie oznacza, że zapewne sam cierpiał na jakieś przypadłości, z których mogły go uleczyć Anigriady. Ponieważ przy okazji wystawił nimfom posągi (ksoana), musiał być zarówno zamożny, jak i zdesperowany.

Ale co to właściwie znaczy, „wystawił posągi”? Greka używa tu słowa εἵσατο [hejsato], dosłownie „usadowił”. Jest to forma aorystu medii (czas przeszły dokonany strony zwrotnej) od czasownika ἵζω [hidzo], usadzić. W tej konkretnej formie jednak jest to termin techniczny związany z religią grecką, oznaczający „zbudował/-a, dedykował/-a świątynię, posąg albo miejsce kultu”.

Innymi słowy, nasz pacjent wystawił nimfom w sosnowym gaju kultowe posągi. Co to takiego jest mianowicie ksoanon? Jest to otóż drewniany (później często rekonstruowany w marmurze) posąg bóstwa, w postaci słupa z głową i ewentualnie rękami. Prawdopodobnie była to pierwotna forma kultowych posągów w Grecji. Takim ksoanonem był np. znany z Iliady Palladion, archaiczne przedstawienie Ateny. Podobnie było w przypadku Artemidy Efeskiej: zachowane rzymskie marmurowe kopie są prawdopodobnie wersjami pierwotnego ksoanonu bogini.  

Artemida (Diana) z Efezu, osiemnastowieczna grafika na podstawie zachowanych rzymskich kopii

Innymi słowy, pacjent ufundował nimfom kult, a poetka napisała o tym wiersz. Albo nie było żadnego pacjenta, a poetka napisała wiersz o czymś, co się mogło zdarzyć – tego rodzaju fundacje dla bóstw są bardzo częste w Grecji.

Sosna alepska (Pinus halepensis) w pobliżu Sunion w Grecji. Autor zdjęcia: C messier. Licencja CC BY-SA 4.0

Jedno jest pewne. W okolicy jeziora Kajafa do dziś istnieją ciepłe źródła, a teren uchodzi za uzdrowiskowy. Okolica szczyci się też swoimi pięknymi lasami sosny alepskiej (Pinus halepensis). Starożytnym nimfom powinno podobać się w tym rejonie.

(1) Hmmm. Skoro grecka Σαπφώ [Sapfo] to po polsku Safona, Λητώ [Leto] – Latona, a Γοργώ [Gorgo] – Gorgona, to może i poetka Μοιρώ [Mojro] powinna być Mojrona?

Dobre rady na święta

W grudniu – a konkretnie pod koniec grudnia – Rzymianie obchodzili Saturnalia, ważne święto ku czci Saturna (greckiego Kronosa), boga związanego w Rzymie głównie z obfitością i spokojem. Z okazji tych świąt Lukian z Samosat (II w. n.e.), syryjsko-grecko-rzymski pisarz i satyryk, ma dla nas kilka dobrych rad, jak świętować. Specjalnie na tę okazję nasz pisarz przywdziewa maskę kapłana i udaje się na rozmowę z samym bogiem. Oto rady Saturna dotyczące zimowego świętowania.

Saturn w zimowym płaszczu (ale boso, bo jest bogiem). Fresk z Domu Dioskurów w Pompejach, obecnie w Museo Archeologico Nazionale w Neapolu. Zdjęcie: wikipedia

Kronos: Cała ta moja parada siedem trwa dni i gdy ten termin minie, zaraz prywatną staję się figurą (…). [w ciągu tych dni wolno] tylko pić, hulać, wrzeszczeć, figlować, grać w kości, królów biesiady wybierać, niewolników fetować, klaskać drżącymi dłońmi, czasem z obliczem sadzą usmarowanym w zimnej z głową dać się zanurzyć wodzie. [Lukian, Saturnalia, 4, przeł. Michał Konstanty Bogucki]

Następnie bóg obfitości proponuje nam trzy główne prawa, dotyczące świętowania w Saturnalia.

Ogród z choinką 🙂 (fresk z podziemnej sali jadalnej w willi Liwii (Prima Porta), I w. p.n.e., obecnie w Palazzo Massimo alle Terme (Rzym)

Pierwsze prawo Saturnaliów:

Niechaj nikt żadnej ani publicznej, ani prywatnej sprawy w te święta nie załatwia, oprócz rzeczy zabawę mających na celu, hulankę, wesołość. Kucharze jedynie i cukiernicy winni być zajęci! Niech równe przysługują prawa wszystkim: niewolnikom i wolnym, biednym i bogatym! Gniewać się, miotać, grozić – wzbronione! (…) Niech nikt w czasie świąt ani sreber, ani szat swych nie kontroluje, ani gimnastyki w Kronia ( = Saturnalia) nie uprawia, ani wymową niech się nie para.

Drugie prawo Saturnaliów:

[Bogacze] mają trzymać w gotowości mniej więcej dziesiątą część dochodów, z garderoby rzeczy zbędne, sprzęty i znaczniejszą liczbę sreber. Dzień przed uroczystością mają zarządzić ofiarę oczyszczalną (…). Podzieliwszy te rzeczy, niech je przed zachodem słońca poślą przyjaciołom (…). Uczonym należy dwa razy tyle wszystkiego posłać – zasługują oni na podwójne porcje. (…) Niech bogacze zapłacą długi za ubogich przyjaciół, a także czynsz za tych, co są winni, a uiścić go nie mogą. W ogóle mają się w pierwszym rzędzie dowiedzieć, czego szczególnie potrzebują (…) Jako dar w zamian niech pośle biedny bogaczowi, jeśli jest wykształcony, starą książkę treści wesołej, albo biesiadniczą, lub przez siebie samego napisaną broszurkę.

Trzecie prawo Saturnaliów – zasady ucztowania:

Wykąpać się, skoro cień wskazówki na zegarze słonecznym będzie miał sześć stóp. Przed kąpielą zagrać w kostki o orzechy. Niech każdy się położy [na uczcie], gdzie Los zdarzy: stanowisko, ród, bogactwa nie dają prawa do pierwszeństwa. Niech wszyscy piją to samo wino (…). Porcje mięsa mają być równe dla wszystkich. (…) Kielichy niech postawione będą rozmaite. Niech wolno będzie wznosić toast, jeśli kto ma ochotę. (…) Nie zmuszać do picia, gdy kto pić nie może. Na biesiadę tancerza albo lutnisty początkującego niech nie będzie wolno sprowadzić. Żarty dozwolone, ale niedokuczliwe. Na zakończenie – gra w kości o orzechy. Gdyby ktoś o pieniądze grał, nie dać mu na drugi dzień nic jeść. I zostać na miejscu, i wyjść niech będzie wolno każdemu, kiedy zechce.

Sosna. (fresk z podziemnej sali jadalnej w willi Liwii (Prima Porta), I w. p.n.e., obecnie w Palazzo Massimo alle Terme (Rzym)

Przyznacie, że te rady: odpoczywajmy, nie bądźmy dla siebie nawzajem wredni, traktujmy się sprawiedliwie, pozwólmy każdemu jeść i pić tyle, ile chce, bez zmuszania, dajmy sobie nawzajem przestrzeń, będąc razem, a szykując prezenty, pamiętajmy o potrzebach zarówno przyjaciół, jak i tych osób ubogich, którym możemy jakoś pomóc (a przy okazji prezentów – zrecyklować coś, co nam już niepotrzebne) – brzmią jak przepis na całkiem przyjemne święta. No i nie zapominajmy o podwójnych prezentach dla uczonych, oni na pewno na nie zasłużyli!

Wesołych Świąt wszystkim!

Śnieżna góra boga zmarłych

Chyba najbardziej znany opis zimy w łacińskiej literaturze zawdzięczamy, a jakże, Horacemu. W pieśni dziewiątej z księgi pierwszej tak oto opisał zimowy widok (przekład własny – AK)

Spójrz! Połyskuje w głębokich śniegach szczyt
Sorakte. Ciężar zimy przytłacza las,
gałęzie skrzypią, mróz aż trzaska.  
Rzeki zamarły, skute lodem.

Roztop to zimno: dołóż do ognia drew,
A nie oszczędzaj! Szczodrze w puchary  wlej,
Mój Taliarchu, czyste wino,
Z dzbanków sabińskich o dwóch uchach.

Całą zaś resztę bogom w opiekę dać
trzeba. Już ucichł z ich woli wściekły szkwał
i walka wichrów, a cyprysy
I stary jesion tkwią bez ruchu.

Co jutro przyjdzie, to już nie nasza rzecz
Pytać, nie nasza martwić się o te dni
Które da los. Ciesz się miłością,
Mój chłopcze, z tańców nie rezygnuj,

póki nad głową nie zawisł jeszcze cień
Gorzkiej siwizny. Teraz jest właśnie czas
Ćwiczyć się w walce, a pod wieczór
 W ciemności szeptać czułe słówka.

Ukrytą w kącie dziewczynę zdradzi śmiech
Słodki. Tej nocy od niej pamiątkę weź,
Z ramienia zdjętą albo z palca
Co się opiera dla zabawy.

Soracte, choć bez śniegu. Zdjęcie zreprodukowane z bloga Let it snow! 5 must-visit winter landmarks in Latium – Kappa Language School Blog

Soracte (dziś Monte Soratte), cała w śniegu, to jest jeden z tych obrazów z poezji łacińskiej, który się zwykle pamięta nawet po jednorazowej lekturze – wizja lodowatej pogody, która zmroziła rzeki i pokryła świat warstwą śniegu tak grubą, że jęczą i skrzypią pod jej ciężarem gałęzie leśnych drzew, jest daleka od tego, co wyobrażalibyśmy sobie, myśląc o italskiej zimie.

Soracte, góra, którą wspomina w swojej pieśni Horacy, to najwyższy szczyt w okolicach Rzymu – liczy raptem jakieś plus minus siedemset metrów n.p.m., ale wygląda imponująco, zwłaszcza że jest górą samotną, wyrastającą wśród równiny. A z zimą kojarzyła się starożytnym nie bez przyczyny.

Jean-Baptiste-Camille Corot, Monte Soratte widziana z miejscowości Civita Castellana, szkic, 1827; źródło: strona miasta Civita Castellana

Soracte mianowicie była siedzibą kultu Ojca Soranusa – dość tajemniczego boga, czczonego oryginalnie przede wszystkim przez mieszkających w pobliżu góry Falisków. Faliskowie, lud spokrewniony językowo z Rzymianami, a kulturowo pozostający pod mocnym wpływem Etrusków, zostali w końcu, mimo zawziętego oporu, podbici przez Rzym – proces ten ostatecznie zakończył się podczas pierwszej wojny punickiej, kiedy Rzymianie stłumili bunt Falisków i ostatecznie złamali opór podbitego już wcześniej ludu. Związki Falisków z Etruskami okażą się znaczące w kontekście Soranusa.

Moneta z głową Apollina i wizerunkiem wilka. Rhegium, II w. p.n.e. (Rutter, HN, 2562)

W rzymskich źródłach bóg ten pojawia się jako identyfikowany z dwoma klasycznymi bóstwami. Najczęstsze skojarzenie to Soranus Apollo – jak w najstarszym źródle wspominającym Soranusa, którym jest Wergiliuszowa Eneida (I w. p.n.e.); w poemacie tym (XI, 784), gdzie jeden z bohaterów, pochodzący z okolic Soracte Arruns, modli się słowami summe deum, sancti custos Soractis Apollo, „świętej Sorakte z bogów największy strażniku, Apollo”! (przekład własny – AK). Taka sama identyfikacja pojawia się i u innych starożytnych pisarzy.

Druga wersja identyfikacji Soranusa, tym razem w jednym z najobszerniejszych źródeł – komentarzu Serwiusza do Eneidy – zakłada z kolei, że Soranus jest bóstwem, odpowiadającym takim postaciom, jak Dis Pater czy Pluton. W tej wersji byłby on więc władcą zaświatów, odpowiednikiem greckiego Hadesa.

Hades (Dis Pater, Pluton) i Persefona (Prozerpina). Tablica wotywna z Lokrów (Kalabria, ale miejscowość grecka), obecnie w muzeum w Reggio di Calabria. Źródło: wikipedia

Soranus miał w miasteczkach położonych w okolicy Soracte – dziś te tereny administracyjnie należą do miasta stołecznego Rzym, ale w starożytności, zwłaszcza na początku rzymskich podbojów, te czterdzieści pięć kilometrów od centrum miasta to była całkiem spora odległość i leżały tu odrębne miasteczka – swoje specjalne kapłańskie bractwo. Kapłanów tych – byli to mężczyźni, pochodzący z konkretnych, zwykle arystokratycznych, rodzin z okolicy – zwano Hirpi Sorani, co w jezyku falijskim oznacza wilki Soranusa albo, jak twierdzą niektórzy językoznawcy, wilki z Soracte. Raz w roku prezydowali oni bardzo specyficznemu, lokalnemu kultowi. Zimą na górze wznoszono stos z suchego drewna (u Wergiliusza – sosnowego, ale nie wiemy, czy rzeczywiście były to gałęzie i pnie poświęconej Kybele sosny, czy też poecie po prostu pasowały one metrycznie i stylistycznie), które następnie podpalano. Gdy ognisko się wypaliło, kapłani-wilcy zdejmowali buty i bosymi stopami spacerowali po gorącym żarze, nie odnosząc żadnych ran ani kontuzji.

Skąd się ta, kojarząca się z legendami o fakirach, tradycja wzięła? Wspomniany wcześniej komentarz Serwiusza do Eneidy opowiada nam szalenie ciekawą historię. Pewnego dnia mianowicie pasący stada na górskich łąkach Soracte pasterze składali ofiarę ku czci Plutona – bowiem, jak przypomina Serwiusz, szczyt ten dis manibus consecratus est, „poświęcony jest bóstwom podziemnym” – kiedy do ognia podbiegły wilki i porwały  część wrzuconych na ofiarę zwierzęcych wnętrzności. Pasterze rzucili się za nimi w pogoń, chcąc pozabijać złodziei, ale nie zdołali. Wilki zawiodły ich prosto do jaskini, w której się ukryły, a z której nagle wydobyła się chmura trującego gazu, natychmiast zabijając ścigających z wyjątkiem paru. Miejscowi, gdy to odkryli, zrozumieli, że wilki nie były zwykłymi zwierzętami, ale wysłannikami bogów, i od tej pory wyznaczyli spośród siebie grupę kapłanów, którzy mieli przebłagać bogów za ten atak na ich posłańców, przyjmując wilczy tryb życia, czyli, jak pisze nasz autor, żyć z rabunku.

Nie jest do końca jasne, co ma autor na myśli, gdy chodzi o to ostatnie, ale jedno wydaje się pewne – obecność wilka w kulcie na Soracte ma na pewno związek z chtonicznymi i boskimi konotacjami tego zwierzęcia. Dla Greków (a Faliskowie, przez wpływy etruskie, nie byli od kultury greckiej odcięci) wilk to święte zwierzę Apollina, kojarzone z jego matką (o Latonie jako wilczej bogini pewnie kiedyś napiszę osobno) i z nim samym, jako Apollinem Lykajosem, czyli Wilczym. W Rzymie z kolei – no cóż, o roli wilczycy w rzymskiej tradycji chyba nie muszę mówić; z kolei wszelkie opisy omenów i znaków wróżebnych sugerowałyby, że wilk postrzegany jest w religii rzymskiej podobnie, jak w opowieści Serwiusza – jako wysłannik bogów, w tym zwłaszcza Marsa.

Nie ma więc wątpliwości, że góra Soracte widziana była przez Falisków, a po nich – przez Rzymian, jako święta i związana z zaświatami. Poświadcza to także, poniekąd, wczesne powstanie tam miejsc kultu chrześcijańskiego – te nader często lokowano w okolicy kiedyś znanej z religijnych ceremonii pogańskich.

Bogini Feronia na monecie Petroniusza Turpillianusa z czasów augustwoskich. Źródło: wikipedia

Dodajmy jeszcze, że jedno z naszych dość wczesnych źródeł – Geografia Strabona – wskazuje na obecność na górze Soracte kultu innej boskiej postaci. Strabon mianowicie wymienia boginię Feronię – ważne lokalne bóstwo, której kult rozpowszechnił się później w Rzymie. Feronię, której imię może przywodzić na myśl słowo ferus, dziki, kojarzono w Rzymie bądź jako boginię dzikiej natury, pustkowi i natury, bądź jako postać związaną ze żniwami i zbieraniem plonów. Związane z nią mity – jak ten, że jej święty gaj, zniszczony przez pożar, natychmiast z powrotem się zazielenił, kiedy tylko próbowano wynieść z niego posągi bogini, albo że kiedy próbowano zabudować fortyfikacjami teren między jej świątynią a okolicznym miasteczkiem, wszystkie te próby skończyły się niszczeniem kolejnych wież przez piorun – wskazują na konotacje związane z naturą, choć raczej dziką. Co ciekawe, Feronia była także boginią-patronką wyzwoleńców i generalnie wyzwalania z niewoli, a w jej świątyni w miejscowości Terracina wyzwalano niewolników.

I wiecie, myślę, że jak się czyta wiersz Horacego, to ten kontrast (tam jest skuta lodem, spowita śniegiem góra boga zmarłych, my tutaj musimy napalić w piecu, napić się wina i dobrze się bawić, póki możemy) nie jest chyba tak całkiem przypadkowy 😊

Do poczytania:
Ciekawy artykuł naukowy na temat Hirpi Sorani:

Mika Rissanen, „The Hirpi Sorani and the wolf cults of Central Italy” Arctos 46 (2012), s. 115–35, do znalezienia tutaj.

Spisek Pizonów, jakiego nie znacie.

Po serii poważnych analitycznych notek – dziś archeologia blogowa, i to raczej komiczna. Odgrzebuję starą notkę, poświęconą jednej z najgłupszych, a przy tym – najbardziej rozrywkowych teorii spiskowych związanych z antykiem, jakie widział ten świat. Umieściłam ją na swoim blogu popkulturowym, ale potem uznałam, że warto wrzucić i tutaj, jako swoistą parę do notki o świętym grzybie.

 

TAK, JEST PRIMA APRILIS, NIE, JA TEGO NIE ZMYŚLIŁAM!

 

Prawda jest taka: przepadam za teoriami spiskowymi (a ich popkulturowy walor jakoś tam usprawiedliwia istnienie tego wpisu na tym konkretnym blogu). Im głupsza, tym lepsza i tym większy jej walor rozrywkowy. Poczciwe jaszczury w rządzie światowym dawno mi się znudziły – i stąd właśnie dzisiejszy wpis, sponsorowany przez krakowski Massolit, gdzie dziełko swego czasu za 2 PLN zakupiłam. Ergo, oto przed Wami…

 

 

OBJAWIENIE PIZONÓW W DWUNASTU PUNKTACH Z PODPUNKTAMI I EPILOGIEM

 

No więc tak: główna teza książki (broszurki raczej) pana ponoć Abelarda ponoć Reuchlina (ani jednego, ani drugiego, to dość bezczelny pseudonim – AK), który wydaje się w swoje tezy szczerze wierzyć, jest następująca: chrześcijaństwo jako takie zostało wymyślone przez tajną grupę, złożoną z przedstawicieli politycznej i intelektualnej elity Rzymu czasów od Nerona do Marka Aureliusza. Autorzy, straszni egocentrycy, ukryli w swoich książkach (NT, dzieła Ojców Kościoła) mnóstwo dość łatwo odczytywalnych aluzji do siebie i swojej rodziny, ergo następnie zarówno ich zwolennicy, jak i wrogowie te same zakodowane informacje powtarzali/rozkodowywali; innymi słowy, cała kultura Zachodu pełna jest aluzji do Pizonów. To jest o tyle ciekawe, że ewidentnie mamy do czynienia z teorią spiskową stworzoną, by wskazać, summa summarum, dziejową rolę Żydów i chęć jej przez spisek zniszczenia. Zwykle, szczerze mówiąc, Żydzi w teoriach spiskowych odgrywają nieco inną rolę…

 

Oto zaś główne (=co zabawniejsze i bardziej bzdurne) tezy tego dziełka, w zapowiadanych 12 częściach.  Zasadniczo bez komentarza, chyba że mnie szlag trafi i pióro (klawiatura) poniesie.

 

CZĘŚĆ I

 

1. Wyznawcy judaizmu stanowili 10% mieszkańców Imperium (hmmm, raczej nie – AK) i Rzymianie bali się, że stanie się on religią dominującą i obali instytucję niewolnictwa.

 

2. Szczególnie zaś bał się Lucjusz Kalpurniusz Pizon (znany też jako Lucyliusz, adresat listów Seneki, często określany inicjałami KP (tylko że nie – ta identyfikacja jest, hmm, wyssana z palca – AK).

 

 3. KP bał się nie tylko o swoje prawo po posiadania niewolników, ale i o to, że Żydzi go nienawidzą, jako że był przez żonę spokrewniony z Herodem; obawiał się, że nienawidzący pamięci Heroda Żydzi zrobią na niego zamach. KP miał paru synów, wśród nich Ariusza Kalpurniusza Pizona (co prawda historia o nim milczy, no ale nie powstrzyma nas to w drodze do prawdy – AK).

 

CZĘŚĆ II

 

1. Pizonowie postanowili zadziałać metodą „klin klinem” i skopiować od Żydów ideę świętej księgi, tyle że napisać ją tak, żeby gwarantowała niewolnictwo i wieczną władzę Rzymian, w tym w szczególności rodu Pizonów.

 

2. Wynajęli do pomocy starego kumpla Senekę i jego bratanka Persjusza (tylko że nie, krewnym Seneki był inny poeta tej epoki, skądinąd kumpel Persjusza, Lukan), po czym przy ich pomocy napisali Ewangelię wg Marka, a ściślej mówiąc – jej pierwszą wersję.

 

3. Niestety, o pięknym planie zwiedziała się sympatyzująca z judaizmem  cesarzowa Sabina Poppea i kazała mężowi coś z tym zrobić. Ergo, Neron wymyślił spisek Pizonów i pozbył się części konspiratorów (dobra, tak zwany spisek Pizonów rzeczywiście miał miejsce, choć chodziło jakby trochę o co innego – AK).

 

CZĘŚĆ III

 

1. Jednakowoż, część Pizonów przeżyła. Syn Lucjusza Ariusz (nie ma takiego w historii – AK) celowo sprowokował wybuch wojny w Judei w roku 66 n.e., żeby zniszczyć Świątynię w zemście za brak wiary Żydów w sfabrykowaną przez jego tatusia historyjkę (TYLKO ŻE NIE – AK).

 

2. W tzw. międzyczasie Pizonowie podrzucili Neronowi kreta, w postaci niewolnika Epafrodyta, który cesarza w końcu zamordował (to skomplikowane; Epafrodyt był wyzwoleńcem Nerona, to on miał pomóc w jego samobójstwie, za następnego reżimu zrobił karierę – AK).

 

3. Do konspiracji włączono wtedy rzymskiego generała Wespazjana; w tym czasie Ariusz Kalpurniusz Pizo zdążył już napisać Ewangelię wg Mateusza, nową wersję Ewangelii wg Marka i Ewangelię wg Łukasza. Każda postać, której imię zawierają litery P, I, S i O (a szczególnie wszystkie postacie imieniem Ioseph-Józef) to alter ego autora. Najważniejsze alter ego autora to Jezus Chrystus, choć w jego imieniu nie ma ani P, ani O. Ciekawe, co nie?

 

CZĘŚĆ IV

 

1. Następnie kolesie wymyślili Pawła z Tarsu. 2. Następnie, co jeszcze zabawniejsze, ci sami kolesie wymyślili Józefa Flawiusza (jedną z najlepiej biograficznie udokumentowanych postaci literatury greckiej tych czasów – AK). 3. Podsumowując tę część rozważań: po śmierci starszego Pizona z rąk Nerona, jego syn ucieka, ukrywa się przed ludźmi i przez 73 lata pisze kanon Nowego Testamentu i corpus dzieł Józefa Flawiusza. Przy Ewangelii wg Łukasza pomaga mu Pliniusz Młodszy.

 

Panowie w dziele tworzenia nowej świętej księgi nie byli sami. Pomagali im także i inni autorzy. I tak kolejne dzieła (współ)tworzyli:

 

1. List do Hebrajczyków – Flawiusz Arrian (!), zwany też Appianem (!), wnuk Pizona (!) (Arrian to jedna osoba, Appian – inna, pochodzili z różnych krain, po obu zostały pisma, żaden nie był z rodu Pizonów – AK)

 

2. Pisma św. Ignacego – Pliniusz Młodszy (no comments – AK)

 

3. Septuagintę – Ariusz Pizon (YEAH, całą – AK)

 

4. Liczne pisma ojców kościoła, w tym Pasterza Hermasa, Didache, Męczeństwo św. Polikarpa oraz na dodatek traktat o wyprawie Aleksandra Wlk. do Indii, 24 tomy historii Rzymu i pisma nieistniejącego  Epikteta – Flawiusz Arrian Appian (Flawiusz Arrian faktycznie napisał pismo o wyprawie Aleksandra i pomógł spisać dzieła swego mistrza Epikteta; Appian z Aleksandrii faktycznie napisał pismo o dziejach Rzymu – AK).

 

CZĘŚĆ VI

 

1. NT jest pełen tajnych numerycznych kodów, które kodują Pizonów (6 stron objaśnień); najważniejsze z magicznych liczb to 60 (=KP), 14 (=KP) i 16 (=, dla odmiany, KP). 

 

2. Ekskurs – The Number of the Beast:  Jeden z synów Ariusza Pizona zdradził rodzinę, pokonał pod pseudonimem ich protegowanego Bar Kochbę i na złość rodowi napisał Apokalipsę. 666 = „Christus Flavius Iosephus”, czyli wszystkie ważne alter ego jego taty w jednym. Tatuś = Szatan, znaczy się.

 

3. Cd. kodów i symboli: Wielbłąd a.k.a Camel (ten od ucha igielnego; sorry, najwyraźniej starożytni Żydzi i Rzymianie, podobnie jak kosmici, chętnie mówią po angielsku) = Kamillus, rzymski wódz, ten od zniszczenia Wejów jakieś 450 lat wcześniej, ni mniej ni więcej. When we reverse the order of the first two letters of „Iosepos” and add the name of that city, the result is „Oy, Veii” (Nie, nie wiem, o co chodzi – AK). Pantera = Jezus, i stąd kot w butach (Nie, dalej nie wiem, o co chodzi; tzn. wiem, o co chodzi z Jezusem i Panterą, nie wiem, co ma do tego Kot w Butach – AK)

 

CZĘŚĆ VII

 

LUDZIE ŚWIADOMI TAJEMNICY AUTORSTWA NT ROBILI DO NIEJ ALUZJE W CAŁEJ PÓŹNIEJSZEJ HISTORII LUDZKOŚCI:

1. Pizon uważał się za nowego Mojżesza i dlatego przedstawiał się jako Minos – i dlatego Henry Fielding w „A Journey from This World to the Next” umieszcza postać imieniem Minus.

 

2. Piso znaczy (nie, nie znaczy – AK) po łacinie „piekarz”… i dlatego Sherlock Holmes mieszka na Baker Street.

 

3… oraz stąd też (choć diabli wiedzą, jak) opowieść o chodzeniu po śladach z okruszków, domku z piernika oraz Jasiu i Małgosi.

 

4. Kalpurniusz kojarzy się z greckim słowem „kolpos” (=łono), stąd: być na łonie Abrahama i  ukochany uczeń spoczywający na łonie Jezusa.

 

CZĘŚĆ VIII

 

1. Żydzi jakoś nie łapali się na projekt Pizonów, ergo trzeba im było ten projekt jakoś zareklamować; stąd idea wymyślenia Pawła, który z prześladowcy staje się wyznawcą.

 

2. W tzw. międzyczasie córka Pizona Phoebe, pod zmienionym imieniem (jako Pompeja Plotyna) zostaje żoną Trajana; ród Pizonów przejmuje władzę nad światem (NARESZCIE – AK; Plotyna z rodem Pizonów rzeczywiście była spokrewniona).

 

3. Projekt nabiera rozmachu: Pliniusz Młodszy zostaje wysłany do Bitynii (!), by zakładać pierwsze kościoły chrześcijańskie (!!); stamtąd jest niedaleko do Pontu, stąd ksywa Poncjusz, potem przypisana Piłatowi. Pizonowie w tym czasie w przebraniach biskupów objeżdżają znany świat, propagując swoje teorie (co się tu w ogóle – AK).

 

4. Nie wszystkim Rzymianom podoba się plan Pizonów. Krytykują go Juwenalis i Marcjalis, ale Pizonowie ich przekupują. Idee Pizonów propagują: protegowany Pizonów, Plutarch, ich nadworny prawnik, Tacyt oraz syn Phoebe z pierwszego małżeństwa, Swetoniusz (NIE; rodzina Swetoniusza pochodziła ze niższej średniej klasy w afrykańskiej Hipponie, Plotyna urodziła się jako wysoka arystokratka w Hiszpanii, do tego byli mniej więcej rówieśnikami, on nieco starszy – AK). To on, pod przybranym imieniem, został cesarzem (ale którym?? – AK)

 

5. Zarówno Jezus Chrystus, jak i Józef Flawiusz, to aliasy pana KP. Skąd o tym wiemy:

 

a) czternastoletni Józef lubił się uczyć, a dwunastoletni Jezus rozprawiał z mędrcami w świątyni.

 

b) Józef wysłał delegację do Ekbatany, a Jezus powiedział „Idźcie i nauczajcie”.

 

c) Józef koło trzydziestki się poddał Rzymianom, Jezus zaczął nauczać, mając lat 30

 

d) Józef był kiedyś w Kanie Galilejskiej i Jezus był kiedyś w Kanie Galilejskiej.

 

e) Józef kazał swoim żołnierzom wrócić do domu po trzech dniach czekania, a Jezus po trzech dniach zmartwychwstał.

 

f) Józef był oskarżony o defraudację 20 srebrników, a Judasz sprzedał Jezusa za 30 srebrników.

 

g) Józef uratował przed ukrzyżowaniem trzech swoich ludzi, dwóch zmarło, jeden przeżył; Jezusa ukrzyżowano z dwoma łotrami, oni umarli, on zmartwychwstał.

 

No doprawdy nie rozumiem, jak mogło was to nie przekonać.

 

Już wiemy, że Jezus = Józef Flawiusz. Teraz udowodnimy, że Józef Flawiusz = Pizon. Żywot Flawiusza jest pełen zagadek i nie do końca wiarygodny (to ostatnie to akurat prawda – AK). Józef Flawiusz =  Cestiusz Gallus, ten sam, który prowokuje (tylko że nie – AK) powstanie 66 r. = Cezeniusz Gallus; ten sam, bo też Gallus, historia o nim raczej milczy = Cezeniusz Petus, guberator Syrii; ten sam, bo też Cezeniusz =  Trazea Petus, filozof skazany na śmierć przez Nerona; ten sam, bo też Petus = Kalpurniusz Pizo bo też skazany na śmierć przez Nerona. Wniosek : Jezus = Józef Flawiusz = Kalpurniusz Pizon!

 

Teraz to już na pewno jesteście przekonani.

 

CZĘŚĆ XI

 

W historii świata wielu ludzi zdawało sobie sprawę z istnienia konspiracji Pizonów. Oto kilka przykładów:

 

A) Pizonowie celowo użyli chrześcijaństwa do sprowokowania zagłady Żydów za rządów Trajana i kolejnych cesarzy; rabini i ważni Żydzi zdawali sobie z tego sprawę, dlatego często w różnych miejscach umieszczali aluzje do liczb i liter/słów kluczowych dla Kodu Pizonów; i tak na przykład: „far beyond our poor power to add or detract”, czyli rola litery P jak Piso w „Przemowie gettysburskiej” Lincolna;

 

B) 14 stacji Drogi Krzyzowej ORAZ koncept „sweet sixteen”. Podane razem.

 

C) Hasło „The Power of Positive Thinking” (znowu „litera P”)

 

D) Imiona „Shylock” i „Sherlock”

 

E) GI Joe (?????? – AK?)

 

F) Hugo Gernsback napisał opowiadanie pt. „Ralph 124C41+”

 

G) Książek o Czarodzieju z Oz jest: oryginalnych 14, w sumie 40

 

H) Opowiadań o Sherlocku Holmesie jest 56 + 4 powieści, w sumie 60; a ostatnie słowa w ostatnim tekście brzmią „Some day the true story may be told”.

 

Tak, ja też nie widzę związku.

 

Ponieważ Pizon napełnił NT aluzjami do siebie, dającymi się odczytać przy odrobinie wysiłku, czasami odnosili się do nich także i chrześcijanie i muzułmanie (jedni i drudzy wiedzący doskonale, że wierzą w przydatny humbug i przekonani, że nie ma Boga), szczególnie, jeżeli mogli przy okazji kogoś prześladować. I tak:

 

A) Żydzi musieli nosić w średniowieczu kapelusze, bo tych kapeluszy inicjały (CP, cornutum pileum) były identyczne jak inicjały Pizona (CP, Calpurniusz Piso)

 

B) Litera „P” występuje w nazwie „Concentration CamP” (!!!!)

 

C) W Koranie jest 114 „rozdziałów” [tosię chyba „sura” nazywa,. panie autorze]. Czemu tyle? Bo 100 = KP, 14=60=Kalpurnious Piso!

 

D) Prorok do raju udaje się na cudownym koniu, a koń to aluzja do Pizona.

 

E) CP = Communist Party (aluzja do Pizona!)

 

F) Micwot, czyli przykazań, jest w żydowskiej tradycji 613; a 13 dlatego, że jest to świadome odrzucenie czternastki.

 

EPILOG

 

Nie wiem, jak Wy, ja się czuję całkowicie, no po prostu całkowicie przekonana. Takiej konspiracji to jeszcze świat nie widział. Co więcej – tego JEST WIĘCEJ. Niedługo dostarczę.

 

 

Kto stał za spiskiem na Cezara?

Jak pewnie wiecie, uwielbiam teorie spiskowe – i dziś, w dniu Idów Marcowych, pobawimy się jedną z tych bardziej rozrywkowych. Rozrywkowych, choć dotyczy morderstwa i spisku – i chyba nietrudno się domyślić, jakiego spisku i czyjego morderstwa.

Asterix

Historię mniej więcej znamy ze szkoły: pierwszy triumwirat, podbój Galii, wojny domowe, wyeliminowanie Pompejusza, potem dyktatura in perpetuum, narastająca niechęć senatu, spisek, sen Kalpurnii, I ty, Brutusie, sztylety, testament, deifikacja. A wiecie, że mogło być zupełnie inaczej?

Jest, widzicie, taka teoria. Spiskowa, jakby.  W 2003 roku dziennikarz Richard Girling w popularnonaukowym artykule zaproponował nowe, zaskakujące wyjaśnienie pewnych zagadek, związanych z naszym materiałem źródłowym, dotyczącym śmierci Cezara.

Teza Girlinga brzmiała dość prowokująco i bardzo, bardzo spiskowo. Otóż jego zdaniem to Gajusz Juliusz Cezar osobiście zorganizował zamach na siebie samego.

Takie teorie spiskowe bardzo lubimy na tym blogu. I o tej teorii trochę sobie dzisiaj opowiemy.

1280px-Jean-Léon_Gérôme_-_The_Death_of_Caesar_-_Walters_37884

Śmierć Cezara, Jean Léon Gérôme, ok. 1859–1867, olej na płótnie. Źródło ilustracji: Wikipedia, domena publiczna.  

Dlaczego niby Gajusz Juliusz Cezar miałby zaplanować tak skomplikowane i pokrętne samobójstwo? W kulturze rzymskiej śmierć z własnej ręki nie przyniosłaby mu hańby ani nie nałożyła społecznego ostracyzmu na rodzinę. Skąd taki pomysł?

Autor tej teorii pyta jednak najpierw: jakim cudem w ogóle ten zamach się udał?

Po pierwsze, Cezar miał multum ostrzeżeń od swoich szpiegów, ale obszedłby się nawet bez nich: w Rzymie ewidentnie plotkowano o nadchodzącym zamachu, a i nasze źródła pokazują przynajmniej kilka scen, w których próbowano ostrzec dyktatora – czy to mówiąc, że ma być ostrożny, czy to sugerując istnienie ostrzegawczych wróżb, zapowiedzi i przepowiedni.

Po drugie, wiele wskazywało, że Cezar tego dnia w ogóle nie znajdzie się w senacie. Nie czuł się najlepiej (do tego jeszcze wrócimy), na dodatek dobrze znana anegdota głosi, że jego mniej więcej czwarta (1) żona, Kalpurnia, miała fatalnie wróżący sen. Kalpurnia ewidentnie, w odróżnieniu od męża, w sny i omeny wierzyła, a Cezar, według całej góry źródeł, przejął się na tyle, żeby obiecać jej, że nie pójdzie i dopiero sympatycy spisku przekonali go, by jednak poszedł tego dnia do pracy :).

Co prawda Cezar przez ostatnie miesiące życia trochę podpadł zarówno senatowi, jak i rzymskiej arystokracji. Przy czym podpadł im nie tylko politycznie – to zrobił już wcześniej – ale i osobiście. Nie wstał na przykład, by przywitać senatorów, co ich śmiertelnie obraziło. Dlaczego człowiek wcześniej ta k rozważny i będący niewątpliwem geniuszem propagandy i autopromocji nagle zaczął popełniać takie błędy? Czyżby aż tak oszołomił go sukces i zaślepiła krocząca przed upadkiem pycha?

Psychologicznie to zupełnie nie jest wykluczone. Richard Gorling jednak ma inną odpowiedź na wszystkie te problemy.

Retrato_de_Julio_César_(26724093101)Portret Cezara z II połowy I w. p.n.e., być może jedyny znany nam dziś wizerunek dyktatora wykonany jeszcze za jego życia.  Dziś w muzeum w Turynie. Źródło ilustracji: Wikipedia, domena publiczna.  

Otóż zdaniem Girlinga było tak. Cezar w roku 44 p.n.e. miał pięćdziesiąt sześć lat. W naszych czasach to raczej niewiele; w Rzymie też znano wielu, którzy żyli znacznie dłużej. Juliusz Cezar jednak był poważnie chory.

Tu Girling ma całkiem niezłe oparcie w źródłach: znana m. in. z Żywotu Cezara Swetoniusza scena opisuje nam ataki choroby, która wedle wszelkich danych mogła być jakąś formą epilepsji, na którą cierpiał Cezar (motyw ten, w połączeniu z inną powtórzoną przez Swetoniusza plotką, fantastycznie ograł serial HBO Rzym). Sugestia dziennikarza jest taka: Cezar cierpiał na ostrą formę padaczki skroniowej i wiedział, że niewiele mu aktywnego życia zostało. Autor łączy tę tezę ze znanymi ze źródeł informacjami o dręczących dyktatora napadach migreny, bezsenności i koszmarnie utrudniających publiczne funkcjonowanie ostrych biegunkach, i wyciąga wniosek: Cezar wiedział, że jest z nim źle.

W tej sytuacji, kontynuuje autor, dyktator musiał rozważyć, co chce zostawić po sobie jako swoje dziedzictwo. To z kolei wydaje się oczywiste: Cezar miał swoją wizję zarówno państwa, jak i swojego (i swojej rodziny) w tym państwie miejsca. Wiedział, że chce przekształcić Rzym – i nie, to nie jest ten moment, kiedy będziemy się zastanawiać, czy chciał mniej więcej dobrze, czy mniej więcej źle, na to nam będzie potrzebny kolejny wpis. Wobec tego, konkluduje Girling, pozostało mu tylko jedno: nie pozwolić chorobie zmarnować tego, co już przez wiele lat ciężkiej pracy, intryg, budowania politycznego kapitału, rzezi, osobistych poświęceń i politycznych draństw zdołał osiągnąć. A to oznaczało, że Cezar musiał znaleźć jakiś sposób, by przekuć fizyczną słabość w siłę.  Zdaniem Girlinga, mógł w tej sytuacji zrobić tylko jedno.

      Augustus_as_pontifex_maximus Oktawian August jako pontifex maximus, rzeźba marmurowa, Rzym, I w. p. n.e./ I w. n.e., obecnie w Museo Nazionale Romano. Zdjęcie z Wikipedii, domena publiczna.

Według tezy Girlinga, Cezar postanowił, że w takiej sytuacji jego zasadniczym celem powinno być utrwalenie władzy rodziny. Następcę już wybrał: był nim nastoletni wnuk siostry dyktatora, Gajusz Oktawiusz, późniejszy Oktawian August, który z Oktawiusza stał się Oktawianem podczas procesu przysposobienia – kiedy Cezar adoptował go jako swego syna, chłopak zgodnie z prawem zmienił nazwisko z Gajusz Oktawiusz, po rodzonym ojcu, na Gajusz Juliusz Cezar (po ojcu adopcyjnym) Oktawian, to ostatnie dla zaznaczenia biologicznej genealogii.

Idea Girlinga jest taka: Cezar uznał, że musi maksymalnie uprościć następcy proces przejmowania władzy. Nie mógł po prostu ogłosić się królem i zrobić Oktawiana swoim następcą: Rzymianie byli ciągle bardzo przeciwni monarchii i taki ruch zaszkodziłby, zamiast pomóc. Stąd też narodziła się idea: umrzeć jak męczennik. Zostać herosem. Ba, więcej: zostać, w oczach ludu, bogiem. Zamiast powoli umierać na pozbawiającą godności chorobę, zginąć na własnych warunkach w zaaranżowanym przez siebie samego spisku.

707px-Vincenzo_Camuccini,_The_Death_of_Julius_Caesar_(detail)Vincenzo Camuccini, Śmierć Cezara (detal), ok. 1804-5, olej na płótnie. Zdjęcie z Wikipedii, domena publiczna.

Jak niejeden po nim dyktator w historii świata, Cezar miał więc zorganizować opozycję przeciwko sobie, po to tylko, by móc ją w pełni kontrolować. Tym razem jednak kontrola ta – osiągnięta także przez fakt, że liczebnie stosunkowo niewielka rzymska arystokracja świetnie znała się między sobą i była powiązana więzami rodzinnymi i przyjacielskimi – miała na celu nie tyle wyłonienie i unieszkodliwienie autentycznych wrogów ustroju, co raczej – zagwarantowanie autorowi spisku nieśmiertelności, czy to w jego oczach rzeczywistej (przez ubóstwienie), czy to symbolicznej; przez to też miała pozwolić na realizację jego politycznych planów dla Rzymu, imperium i rodu julijskiego.

Czy ta teoria ma sens? Naukowo – no nie, nie oszukujmy się, nie za bardzo. Opiera się na czystych spekulacjach, domysłach i reintepretowaniu wybranych elementów materiału źródłowego – bo przecież jej autor z bogactwa informacji na temat ostatnich miesięcy życia Cezara wybiera tylko to, co pasuje do jego tezy. Warunków naukowości nie spełnia ta teoria w żaden sposób.

Ale też powiem wam szczerze: jako inspiracja dla fikcji brzmi to fantastycznie. Nie wiem, jak wy, ale ja z najdzikszą rozkoszą przeczytałabym/obejrzałabym coś opartego na takiej interpretacji losów Cezara!

Hinds

Ciarán Hinds jako Juliusz Cezar w I sezonie serialu HBO Rzym – chyba mój ulubiony filmowy Cezar!

 

(1) Ilość żon Cezara jest problematyczna. Maksymalnie było ich pięć, minimalnie – trzy.
[1.] Cossutia, narzeczona z młodości – źródła nie są pewne, czy doszło do zawarcia związku, czy zakończyło się tylko na narzeczeństwie.
2.  Kornelia, niewątpliwie żona, i to zdecydowanie przez Cezara kochana i ceniona. Córka ważnego polityka ze stronnictwa popularów, Lucjusza Korneliusza Cynny. Urodziła Cezarowi jego jedyne oficjalnie uznane dziecko, córkę Julię. Zmarła dość młodo.
3. Pompeja, krewna Pompejusza. Poślubiona z powodów politycznych, porzucona z tychże samych. To jest ta konkretna żona Cezara, która powinna być poza wszelkimi podejrzeniami.
[4.] Kleopatra VII, królowa egipska. Jakkolwiek wyglądał ten związek w świetle prawa egipskiego, nie był z rzymskiego punktu widzenia małżeństwem.
5. Kalpurnia, która Cezara przeżyła.

 

 

 

Sezon na grzyby się kończy

Powiedzmy sobie szczerze: dla grzybiarzy to był dobry rok. Bardzo udany.

rydze

Mleczaj świerkowy (Lactarius deterrimus Gröger), z punktu widzenia przeciętnego grzybiarza – forma rydza. Pyszne. Sama zbierałam (zdjęcie też sama zrobiłam).

A ponieważ powoli kończy się sezon, porozmawiajmy o grzybach. Konkretnie – o grzybach w mitologii, historii i kuchni grecko-rzymskiej.

Dla większości starożytników pierwszym skojarzeniem z grzybami będzie historia, jak perfidna Agrypina otruła nimi swojego męża, cesarza Klaudiusza. Klaudiusz miał wyjątkowo cenić sobie potrawy z grzybów. Agrypina, chcąca się pozbyć cesarza, zanim przywróci do łask swego syna Brytanika kosztem pasierba, syna Agrypiny, Nerona, miała wykorzystać okazję i kazać otruć męża podczas uczty. Starożytne źródła sugerują albo domieszkę trujących grzybów do ulubionej potrawy władcy, albo działanie jeszcze bardziej perfidne – zatrucie piórka, służącego do wywoływania wymiotów. Opinia starożytnych historyków dość jednoznacznie za inspiratorkę morderstwa uważała cesarzową, ale w kwestii tego, kto konkretnie wykonał jej rozkazy, była podzielona. Winiono, dość naturalnie, osobistego lekarza Klaudiusza, Greka Gajusza Stertyniusza Ksenofonta; podejrzewano również oficjalnego testera potraw cesarskich, eunucha Halotusa – w końcu on się niczym nie zatruł i żył jeszcze potem dość długo i całkiem szczęśliwie!  Nad całym spiskiem unosił się jeszcze duch rzekomo współodpowiedzialnej Lokusty, słynnej mistrzyni trucizn i właścicielki szkoły dla trucicieli, ulubienicy Nerona (tak, to za z odcinka „The Romans” z Pierwszym Doktorem!).

  Locusta

Anne Tirard jako (mocno komiczna) Lokusta w odcinku The Romans (Doctor Who). Zdjęcie ze strony https://tardis.fandom.com/wiki/Locusta 

Zastanawialiście się, co to za grzyby mógł tak lubić Klaudiusz? Odpowiedź nie jest bardzo trudna, bo w kuchni rzymskiej najczęściej spożywano trzy ich gatunki, z którym co najmniej jeden jest bardzo dobrze znany także z naszych lasów. Mowa oczywiście o borowiku szlachetnym (Boletus edulis)… i tu zaczynają się kłopoty.

Bo, widzicie, dla Rzymian boletus to nasza Amanita caesarea, niewystępujący w Polsce muchomor cesarski. A borowik szlachetny to, hmm, fungus suillus, świński grzybek. Ale nie, nie trufla, do której wyszukiwania także wówczas używano świń – trufla to po łacinie tuber, słowo, które znaczy mniej więcej tyle, co bulwa.

4463

Rzymska mozaika z połowy IV w. n.e., przedstawiająca misę z grzybami. Znaleziona na terenie Rzymu, obecnie w Muzeach Watykańskich. Zdjęcie autorstwa Marka Cartwrighta, oryginalnie stąd

W ogóle z klasyfikowaniem grzybów w Rzymie bywało dość, z naszego punktu widzenia, dziwnie. Zwykle nasi autorzy – głównym źródłem i autorytetem jest tu Pliniusz Młodszy i XXII księga jego Historii naturalnej (rozdziały 92-99) – wymieniają dwa rodzaje grzybów, boleti i fungi/ fungi suilli. Mają też zwykle dość głębokie poczucie, że o tym, czy grzyb jest trujący, decyduje nie tyle jego gatunek (choć, owszem, są świadomi np., że Amanita muscaria jest w swojej świeżej postaci grzybem trującym), co okoliczności i miejsce wzrostu. Jeżeli gdzieś w pobliżu jest jama węża, który mógłby nachuchać na rosnące grzyby swych trującym oddechem, jeżeli w ziemi tkwi, na przykład, kawałek rdzewiejącego żelaza – grzyby będą trujące. Stąd zalecenie, że najlepiej jadać jedynie grzyby zbierane własnoręcznie.

Muchomor ces

Muchomor cesarski (Amanita caesarea), jeden z ulubionych grzybów Rzymian. U nas niestety nie rośnie – trzeba go szukać w cieplejszych rejonach Europy. Zdjęcie na licencji GNU General Public License, oryginalnie stąd

Wiemy już, że jadano w Rzymie borowiki i muchomory cesarskie, a także trufle. W spisie przepisów Apicjusza jest całkiem sporo potraw, w skład których wchodzą grzyby, co nie znaczy, że Rzymianie mieli co do nich jednoznaczną opinię. Typowe polne grzyby uchodziły za pożywienie proste, codzienne – przypisywano je prostym, żyjącym w harmonii z naturą mieszkańcom wsi. Z drugiej strony odpowiednio przyrządzone grzyby, zwłaszcza muchomory cesarskie, uchodziły za drogi, elegancki i podniecający element kuchni – nieprzypadkowo nowobogacki pozer Trymalchion chce posiać w swojej posiadłości ich nasiona (tak, Trymalchion się na niczym nie zna i, jak zwykle, bredzi). Uchodziły za zdrowe i smaczne, a jednocześnie – za groźne i niepewne. Obok konkretnych i  bystro zauważonych faktów – jak na przykład, że grzyby chętnie rosną pod konkretnymi gatunkami drzew, albo że potrzebują sporo wilgoci – istniało cała mnóstwo związanych z nimi wierzeń i przesądów. Miały (zwłaszcza trufle) rosnąć tam, gdzie uderzył piorun Jowisza. Miały, o czym już pisałam, zarażać się trucizną od otoczenia (i dlatego należy je zbierać dopiero, kiedy węże zapadną już w hibernację z powodu chłodu!). Miały mieć cudowne właściwości – nie tylko truć, ale i leczyć zatrucia. Zestaw przesądów – zupełnie jak dzisiaj w naszych czasach, gdzie wokół grzybów również istnieje tego rodzaju mitologia.

DmGzP3lXoAAkR2w

Martwa natura z grzybami (byłyżby to rydze?). Fresk, Herkulanum, I wiek n.e., obecnie w Neapolu. Zdjęcie stąd.

Aha, gdybyście chcieli/chciały wiedzieć: wiele wskazuje na to, że grzyby miały swoją nimfę. Mykene o jasnych warkoczach, córka bogi rzeki Inachosa, założycielka Myken, żona śmiertelnika Arestora i matka jego syna, Argosa (tak, tego od stu oczu!) zawdzięcza swoje imię słowu mykos, grzyb. Byłaby więc, powiedzmy to sobie szczerze, grzybową nimfą. O, taką.

mushroom_nymph___by_nastya3500_d9ddlnn-fullview

Nimfa grzybów, autorstwa użytkowniczki Nastya3500, źródło: DeviantArt

PS. Przeczytajcie fascynujący artykuł Mary Jaeger „BLAME THE BOLETUS? DEMYSTIFYING MUSHROOMS IN LATIN LITERATURE”, dostępny tutaj. Był bardzo przydatny przy pisaniu tej notki.

 

Drzewa z zaświata

Przy okazji początku listopada oraz inspirujących zdjęć znajomej autorki postanowiłam napisać wpis o drzewach.  Ale nie o wszystkich, i nie o przypadkowych. O drzewach związanych z zaświatami – tych z ogrodów Hadesa, i tych prowadzących w zaświaty, i tych, które kojarzyły się z dramatyczną śmiercią herosów. Przed nami więc noteczka o topoli, cyprysie, granacie i sośnie.

O topoli była już kiedyś wcześniej mowa, ale zawsze warto przypomnieć sobie pewne fakty.

Populus_alba_branch

Topola biała (Populus alba), zdjęcie użytkownika MPF, na licencji GNU Free Documentation License, Version 1.2

Drzewem najmocniej kojarzonym z zaświatami w greckiej mitologii jest biała topola (gr. λευκή, leukê). Jak wiele roślin mających mityczne znaczenie, biała topola uważana jest za powstałą w wyniku metamorfozy. Imię Leuke nosiła oryginalnie nimfa, a konkretniej – Okeanida, córka Okeanosa i (zapewne) jego małżonki Tethys, boskiej pary patronów pierwotnych wód. Choć może akurat Leuke miała inną matkę? W końcu była nimfą śmiertelną – na tym zasadza się cały jej mit.

Leuke była bowiem pierwszą mityczną ukochaną Hadesa. Władca zaświatów zabrał ją do swego królestwa, chcąc uczynić ją swą małżonką – w końcu jego brat, władca mórz Posejdon, także wziął za żonę morską nimfę (Amfitryta była, w zależności od wersji, albo Nereidą (tak jest m.in. w Teogonii Hezjoda), albo Okeanidą (jak u Apollodora w Bibliotece). Leuke jednak, zgodnie ze swoim śmiertelnym losem, umarła, a zrozpaczony władca zaświatów przemienił ją w drzewo białej topoli, które od tej pory porasta, według mitu, brzegi Acherontu, podziemnej rzeki cierpienia – a także tego Acherontu, który płynie w jak najbardziej realnym greckim świecie, w Epirze, a którego źródła są jednym z najpiękniejszych przyrodniczo miejsc, w jakim zdarzyło mi się być. Grecy wierzyli, że ta rzeka wypływa z zaświatów – rzeczywiście, źródła Acherontu są podziemne, jako że rzeka wypływa z jaskini niedaleko Janiny i jest, jak na Grecję, dość nieludzko zimna. Brzegi obu części Acherontu, tej ludzkiej i tej zaświatowej, miały być porośnięte miłymi bogu zmarłych topolami. To piękne i dające obfity cień drzewo zobaczył kiedyś nad ziemskim Acherontem Herakles i zabrał ze sobą jego sadzonkę do Olimpii, gdzie ustanowił igrzyska ku czci swego ojca Zeusa. Obsadził okolice drzewem, które pozwalało łatwo ukryć się przed słońcem. Może jednak Zeus i Hades dzielili zamiłowanie do białej topoli już wcześniej? W końcu w Elei, greckiej kolonii położonej w dzisiejszej Kampanii na Półwyspie Apenińskim, używano drewna białej topoli w kulcie Zeusa i to z niego rozpalano ognie ofiarne dla króla bogów…

Nootka_Cypress

 Cyprys wiecznie zielony (Cupressus sempervirens), zdjęcie użytkownika MPF, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported

Pamiętacie ten moment w Dziadach, kiedy Gustaw wprowadza do domu Księdza swojego rzekomego towarzysza? Ksiądz i jego dzieci podejrzewają, że to wielka jodłowa gałąź, kojarząca się im z atakiem, z postacią zbójcy. Gustaw wyjaśnia, że to nie tak: że gałąź w rzeczywistości pochodzi z drzewa cyprysu, które, wedle jego słów, symbolizowało w Grecji nieszczęśliwe zakochanie. Gałąź miała mu dać ukochana – choć, zważywszy na rozmiar tej gałęzi, trochę trudno uwierzyć w jej ręką ułamaną gałąź cyprysową, z którą nieszczęsny kochanek od tamtej pory się nie rozstaje… Gdyby chcieć czytać ten fragment kluczem greckiej mitologii – Gustaw przyszedł do Księdza w towarzystwie swojego duchowego bliźniaka.

Drzewo cyprysu, według greckich przekazów mitologicznych, powstało, podobnie jak topola, w wyniku metamorfozy: Apollo przemienił w nie jednego ze swoich kochanków, Kyparissosa (o czym też już kiedyś pisałam).  Kyparissos, piękny śmiertelny młodzieniec, przypadkiem zabił na polowaniu swoje ukochane zwierzę – łanię lub jelonka, w zależności od wersji mitu, jaką czytamy. Wprawiło go to w rozpacz, która nie mijała:

(…) gdy ujrzał, że go [jelenia] zranił śmiertelnie okrutnym grotem, sam zapragnął umrzeć. Jakich to pociech nie skąpił mu Febus [Apollo]! Ileż razy nie napominał, że Kyparissos niepotrzebnie aż tak rozpacza po istocie śmiertelnej! Chłopak jednak ciągle płakał i tylko jedn najwyższy dar błagał bogów: by dali mu płakać na wieki. Wtedy jego ciało, osłabione i bezkrwiste od ciągłego płaczu, zaczęło zabierać zielonej barwy; loki, wiszące nad jasnym czołem, zmieniły się w nastroszoną gęstwinę. Młodzieniec przemienił się w drzewo, wysmukłym szczytem sięgające ku rozgwieżdżonemu niebu. Bóg zaś [Apollo] westchnął i ze smutkiem powiedział: „Zawsze cię będę opłakiwał, tak jak i ty będziesz opłakiwać innych i nieść pociechę cierpiącym”. [Owidiusz, Metamorfozy X, 131-142, przekład roboczy własny].

Kyparissos jest więc symbolem smutku i – chyba można zaryzykować takie stwierdzenie – depresji. Ajtiologiczny mit o pochodzeniu cyprysa wskazuje na typową semantykę tej rośliny: jej skojarzenie ze śmiercią i smutkiem. W Atenach cyprysowymi gałązkami dekorowano domy podczas żałoby, a i do dziś na cmentarzach bardzo często sadzi się cyprysy.

1200px-Flower_of_Pomegranate1

Kwiat granatu (Punica granatum), zdjęcie użytkownika Sanu N, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International

Granat – a właściwie jego owoce – jest może tym drzewem, które najmocniej kojarzy się nam z greckimi zaświatami, a to ze względu na jego rolę w micie o Persefonie. Przypomnijmy: to właśnie fakt, że bogini, czy to z własnej woli, choć nieświadomie (Owidiusz), czy to zwiedziona podstępem (inne źródła), zjadła w zaświatach kilka pesteczek tego owocu, zadecydował o tym, że mamy zimę – a konkretniej o tym, że na trzy zimowe miesiące Kora odchodzi od matki, ze świata żywych, i powraca do męża w podziemnej krainie. Owoce pochodziły z ukochanego sadu Hadesa, którym opiekował się ogrodnik boga zmarłych, Askafalos.

Askafalos był, według mitu, albo jedynym synem Charona, przewoźnika zmarłych, albo dzieckiem boga znanego nam już dobrze Acherontu. Jego matką była Orfne, nimfa ciemnych zaświatowych mgieł, przez niektórych nazywana Gorgyrą (co znaczy „podziemny strumień”, albo, niestety, „rynsztok”), a utożsamiana czasem z potężną podziemną boginią Styks, jedyną kobietą wśród bóstw rzek. Askafalos miał oko na sad swego pana – i to on był świadkiem zjedzenia przez Korę owocu granatu; poświadczył to przed Zeusem i źle się to dla niego skończyło. Według bowiem różnych wersji mitu wściekła Demeter albo przygniotła świadka w Hadesie potężnym kamieniem, albo też przemieniła go w puszczyka (*).

A skąd w ogóle wzięły się drzewa granatu? Ano, też powstały w wyniku metamorfozy. Tym razem ofiarą była Side, żona Oriona. Nierozsądnie ogłosiła, że jest piękniejsza od Hery – i za to właśnie wylądowała w zaświatach, przemieniona w drzewo.

A jak już jesteśmy w ogrodach Hadesa: według Wergiliusza (Eneida VI) w samym środku krainy zmarłych rośnie drzewo wiązu (Ulnus glabra), a pod każdym jego liściem śpi jedno bóstwo snów – lub koszmarów (Oneiros). Gdy przychodzi noc, czarną chmarą zrywają się w powietrze i przez jedną z bram zaświatów wylatują na ziemię, nawiedzać śpiących ludzi…

800px-Flowering_young_pine_cones

Zdjęcie autorstwa użytkownika Oleg Bor, na licencji Creative Commons BY-SA 4.0

Sosny nie są drzewami bezpośrednio związanymi ze światem zmarłych, ale ich pochodzenie, owszem, łączy się z mitem związanym ze śmiercią i (przynajmniej tymczasowym) pobytem w Hadesie. Chodzi tu mianowicie o mit dość zagadkowy i nieoczywisty, a mianowicie – mit o śmierci Attisa. Według jednej z wersji skomplikowanego i niejednolitego mitu o orientalnym, frygijskim pochodzeniu Attis, w ataku zesłanego przez jego boginię-patronkę Kybele szaleństwa, wykastrował się i umarł pod sosną, w którą, jak sugerują niektóre ujęcia mitu, następnie się przemienił:

Sosna, miła Matce Bogów, od kiedy sługa Kybele, Attis, pod nią oddał ostatni ludzki oddech i zastygł w sosnowy pień. [Owidiusz, Metamorfozy X, 103-105, przekład roboczy własny]

Attis – według tego, co wiemy o jego tajemniczych świętach z pewnego rzymskiego kalendarza – po trzech dniach powrócił z zaświatów, cudownie przeistoczony przez żałującą swojego gniewu boginię, ale sosna pozostała drzewem, które kojarzyło się z przemianą, ale i z tragedią.

Różne gatunki sosen mają dodatkowo własne mity. Sosna alepska (Pinus halepensis) i sosna kalabryjska (Pinus brutia) związane są z Posejdonem, i to wielu aspektach – w gajach tych rosnących zwykle nad morzem drzew czczono boga mórz, a wieńcem z sosnowych gałęzi koronowano zwycięzcę igrzysk ku czci Posejdona na Istmie Korynckim. Sosna czarna, w tym – sosna korsykańska (Pinus nigra, w tym subsp. laricio) i pinia (Pinus pinea) wiążą się z, jakże by inaczej, metamorfozą. Tym razem ofiarą była nimfa imieniem Pitys („Sosna”), która wolała przemienić się w drzewo nazwane swoim imieniem niż dać się zgwałcić Panu, bogu natury. Sosny te wyrosły następnie w świętym gaju Pana na peloponeskiej górze Mainalos w Arkadii, skąd bóg pochodził. Inny mit dotyczył z kolei mieszkanek Oichalii. Kiedy ich królewna Dryope porzuciła dom i dołączyła do nimf, mieszkanki miasta rozpuściły o niej różne plotki, sugerując przede wszystkim, że Dryope została przez nimfy uprowadzona przemocą. Nimfy rozgniewało to na tyle, że przemieniły nieszczęsne plotkary w sosny.

Tyle w kwestii kojarzących się z zaświatami drzew. Kwiaty i rośliny zielne to zupełnie osobna historia. Zostawiam Was z mitem o tym, że pierwszy na świecie tojad (Aconitum napellus) wyrósł w miejscu, w które napluł wywleczony przemocą przez Heraklesa z zaświatów Cerber. Ciekawe, czy napluł wszystkimi trzema głowami…

 

 

(*) jakby ktoś chciał przeczytać, to ja kiedyś napisałam małe opowiadanko, w którym Askafalos występuje w niewielkiej roli.

 

Ant-Man jest bogiem

A przynajmniej herosem.

A jak nie Ant-Man, to doktor Pym już na pewno.

Ant-Man

Ant-Man, źródło: Wikipedia za Flickr (autor: vernieman), na licencji CC-BY-20

W Marvelowym uniwersum filmy o Ant-Manie były sympatycznym powiewem codzienności – lżejsze w tonie od sporej części pozostałych produkcji, miały urok często zabawnych historyjek, w których superbohaterami (albo przynajmniej prawdziwymi herosami) zostawali bohaterowie niekoniecznie z elity finansowej lub intelektualnej świata (i niekoniecznie z czystą kartą na policji). Niekoniecznie też głównym postaciom tego filmu da się przypisać mityczne (jak Thorowi et consortes) czy legendarne pochodzenie – i może właśnie dlatego można napisać sobie fajną notkę o zupełnie przypadkowych mitologicznych zbieżnościach między Ant-Manem a pewnym panem. A nawet może całym plemieniem.

Ferdinand_Bol_-_Aegina_wacht_op_de_komst_van_ZeusZeus lubił metamorfozy – tu widzimy go w drodze do kochanki po tym, jak przyjął postać orła z piorunem w dziobie.
Ferdinand Bol, Egina oczekująca nadejścia Zeusa, olej na płótnie, XVII w., dziś w Meininger Museen. Ilustracja z Wikipedii, obraz w domenie publicznej.

 

Zróbmy może, jak nam radzą starożytni autorzy i᾿Εκ Διὸς ἀρχώμεσθα, zacznijmy od Zeusa.

Mniej więcej w klimacie tego, powszechnie krążącego po sieci memu (ja pożyczyłam stąd). Nie całkiem, dodajmy, nieprawdziwego.

What-Causes.jpg

Jesteśmy pewnie i zdecydowanie w obszarze niebieskim, jak łatwo się domyślić – niezależnie od tego, którą wersję historii Myrmidona / Myrmidonów wybierzemy.

Zacznijmy może od pojedynczego Ant-Mana, co? Otóż zaczyna się od faktu, że Zeus się zakochał. W jego (i innych bogów oraz herosów) przypadku oznaczało to, że musiał wybraną osobę zdobyć: gwałtem, przemocą, podstępem i nader rzadko pytając obiekt uczuć o zdanie w tej kwestii (choć, i owszem, takie sytuacje też się zdarzały).

Tym razem wzrok Zeusa padł na Eurymeduzę (o czym mówi nam hellenistyczny mitograf i skądinąd znany geograf Eratostenes w zachowanych w cytatach u innych pisarzy fragmentach swego dzieła). Eurymeduza byłą albo śmiertelniczką, córką Klejtora, króla północnogreckiej krainy zwanej Ftiotydą, albo też nimfą – w tej wersji jej ojcem jest Acheloos, bóg największej greckiej rzeki. Jej imię w każdym razie znaczy „Szeroko znana z mądrości”, „Bardzo mądra”. Zeus nie pofatygował się, żeby z Eyrymeduzą porozmawiać – uciekł się do swojej starej sztuczki i poddał metamorfozie. Tym razem zmienił się w mrówkę i w tej postaci zgwałcił swoją wybrankę.

Tak, ja wiem, że w Internecie jest porno na każdy temat, a starożytni po pierwsze fantazjowali o rozlicznych metamorfozach, po drugie – wierzyli, że w Indiach żyją myrmeki, czyli mrówki, wielkości sporych psów – ale nawet ci starożytni mieli niejaki problem z wyobrażeniem sobie stosunku seksualnego mrówki i kobiety.  Sami Grecy i Rzymianie usiłowali racjonalizować tę historię na różne sposoby. Według jednej z wersji (znanej z pełnego oburzenia opisu bezeceństw bogów w chrześcijańskim dziele pseudo-Klemensa) Zeus nadał mrówczą postać również i Eurymeduzie (co czyni mechanikę tego pomysłu nieco, ale tylko nieco, logiczniejszą). Według innej z kolei opowieści Eurymeduza była jak Alkmena – jako wierną i lojalną żonę można było zdobyć ją jedynie przybierając postać jej małżonka, co też Zeus bez skrupułów uczynił, zamieniając się w rzeczonego męża, niejakiego Myrmeksa (Pana Mrówkę). Tu „mrówka” byłaby więc jedynie ozdobnikiem i skojarzeniem z imieniem.

Niezależnie od tego, jak było, Eurymeduza zaszła w ciążę i wkrótce urodziła syna, któremu nadała imię Myrmidon, Człowiek-Mrówka. Heroiczna kariera Myrmidona wbrew oczekiwaniom nie wygląda jakoś specjalnie… bohatersko. Wiemy o nim głównie, że się ożenił. Wybranką była córka króla Eola (ale nie władcy wiatrów, znanego z Odysei – jego imiennika, herosa-eponima Greków eolskich) i jego żony Enarety. Dziewczyna miała na imię Pejsidike („Posłuszna Sprawiedliwości”) i najwyraźniej stworzyła z Myrmidonem stadło na tyle zwyczajne, że niewiele o nim słyszymy. Wiemy tylko, że miała urodzić mężowi dwóch synów. Jednym z nim był Antyfos, który znany jest, podobnie jak jego przodkowie, przede wszystkim z mitów genealogicznych, jako ojciec licznych dzieci wżenionych w wiele mitycznych familii. Drugim był Aktor, który został królem krainy Ftyi i albo zmarł w niej bezpotomnie, albo wygnał synów, albo miał tylko jednego i stracił go tragicznie, musiał więc przysposobić sobie następcę.  I tu historia zaczyna wyglądać ciekawie.

Wróćmy na moment do obrazu Ferdinanda Bola. O, tego:

Ferdinand_Bol_-_Aegina_wacht_op_de_komst_van_Zeus

Naga dziewczyna, u której stóp czai się Amorek (i usiłuje zabrać resztki odzienia) to Ajgina. Ajgina według większości przekazów jest nimfą, konkretniej – najadą, nimfą łąki. Jej ojcem był bóg rzeki Asopos, matką nimfa Metope (sama będąca córką boga rzeki,  Ladona), a siostrą – Thebe, kochanka Zeusa i heroina, od której nazwano Teby. Ajgina także zwróciła uwagę władcy bogów – i podobnie jak Eurymeduzę w poprzednim micie i całe mnóstwo innych bohaterek, Zeus, by ją zdobyć, porzucił własną postać. U Ajginy pojawił się albo w postaci orła, albo jako wieczny płomień, po czym porwał ją i umieścił na wyspie Ojnone, której zmienił nazwę na cześć kochanki; odtąd, i do dziś, wyspa ta nazywa się Egina.

Na wyspie Ajgina urodziła Zeusowi syna Ajakosa, a potem poślubiła śmiertelnika – być może wspomnianego wcześniej Aktora, któremu także dała syna, Menojtiosa. Bracia podzielili się zadaniami: Ajakos został królem Eginy, jego brat – władcą miasta Opus w krainie zwanej Lokrydą. I teraz, wybaczcie, nastąpi większa partia genealogii – ale uwierzcie, warto się przez nią przedrzeć. Choć, OK, będzie trochę komplikacji.

Luis.jpg

Gotowi?

Najpierw Ajakos. Syn Zeusa wziął za żonę nie byle kogo: Endeis, córkę samego centaura Chejrona i jego małżonki nimfy Chariklo. Para miała dwóch synów – Telamona i Peleusa, i tu już szybkim krokiem wkraczamy w grono pierwszoplanowych bohaterów mitologii greckiej. Telamon bowiem ożenił się z Periboją, córką smoka-herosa, Kychreusa, i miał z nią syna Ajasa – tak, tego, Ajasa zwanego Większym, bohatera wojny trojańskiej.
Z Troją zresztą losy tej rodziny wiązały się od początku i w niepokojący sposób. Najpierw Ajakos został zaproszony przez Heraklesa i Posejdona do pomocy przy budowie murów miasta Troi dla ówczesnego władcy. Kiedy tylko każdy z twórców ukończył swój kawałek budowy, z morza wyłoniły się trzy smoki. Dwa nie zdołały wedrzeć się do miasta przez sekcje murów zbudowane przez bogów; udało się to jednak trzeciemu, który starał się dostać od strony muru Ajakosa. Apollo, bóg-wieszcz, zapowiedział wtedy, że jest to prorocze zdarzenie: Troja ostatecznie upadnie za sprawą potomków pechowego budowniczego.
Kim byli ci potomkowie? Ano, dziećmi i wnukami drugiego z braci, Peleusa. Podobnie jak Telamon, uczestniczył on w wyprawie Argonautów – bo trochę nie miał wyjścia. Ajakos bowiem wypędził z domu i Peleusa, i Telamona – jako że bracia dopuścili się zbrodni. Zabili mianowicie swojego przyrodniego brata. Fokos, bo tak się chłopak nazywał, był synem zgwałconej przez Ajakosa Psamate, Nereidy i bogini morskiego piasku, żony zmiennokształtnego Proteusza. Król wyspy znalazł ją kiedyś śpiącą na brzegu morza i rzucił się na nią, trzymając ją mocno (po latach jego syn Peleus identycznie postąpi z siostrą Psamate, Tetydą). Bogini na próżno próbowała przybrać postać foki i wymknąć się gwałcicielowi: w końcu przestała się opierać. Urodziła Ajakosowi syna, któremu dała na imię Fokos i który trafił na wychowanie do domu ojca, gdzie szybko stał się ulubieńcem króla. Tego nie mogli znieść synowie królowej-centaurydy: napadli na chłopca i zabili go, za co ojciec wypędził ich z domu.
To z wyprawy Argonautów, według niektórych wersji, Peleus przywiózł żonę (według innych zdobył ją później): Tetydę, morską boginię, córkę morskiego starca Nereusza. W tym momencie oczywiste już jest, jak bardzo w główny nurt mitologii greckiej zawędrowaliśmy: synem tej nieudanej i niedobranej pary jest przecież największy z herosów wojny trojańskiej, Achilles.

Achilles_fighting_against_Memnon_Leiden_Rijksmuseum_voor_Oudheden.jpg

Achilles, greckie naczynie czerownofigurowe, obecnie w Leiden Rijksmuseum voor Oudheden. Na licencji Creative Commons CC0 1.0 Universal Public Domain Dedication.

(I nie, to nie on był bezpośrednio obecny przy upadku Troi: w koniu trojańskim siedział syn jego i królewny Dejdamei, Neoptolemos). Peleus miał wyjątkowego, ale to wyjątkowego pecha do związków – ale może o tym w szczegółach innym razem, co?
Przy innej okazji pod Troją znalazł się z kolei Telamon, przyszły jeszcze wtedy stryj Achillesa. Jego z kolei zabrał tam kumpel z wyprawy Argonautów, Herakles. Panowie zdobyli miasto i Herakles sprezentował koledze brankę, królewnę Hezjone. To z jej powodu była ta wojna – Heraklesowi król Troi obiecał ją za żonę, a potem odmówił, heros ruszył więc przeciw miastu, by pomścić zniewagę. Hezjone urodziła Telamonowi syna, Teukrosa (który miał własną ciekawą mityczną historię, ale ja już za bardzo meandruję w stylu Ant-Manowego Luisa, prawda?).
Wróćmy może na moment do Ajakosa. Kiedy przyszedł moment jego śmierci, Zeus nie pozwolił synowi po prostu odejść: mianował go w zaświatach jednym z sędziów. To za bycie niezwykle sprawiedliwym i uczciwym za życia (i nie, dla Greków zgwałcenie Psamate nie ma w tym kontekście znaczenia).

Pewnie już zapomnieliście, że Ajakos sam miał przyrodniego brata, syna Ajginy i śmiertelnika? Ten brat, Menojtios, pojechał z bratankami Telamonem i Peleusem na wyprawę Argonautów, a potem wrócił do domu i się późno ożenił. Wersji imienia jego żony jest wiele, ale o żadnej z tych postaci zbyt dużo nie wiemy. Ważne jest za to imię ich syna: Patroklos.

  800px-Jacques-Louis_David_-_Patroclus_-_WGA06044.jpgJacques Louis Davis, Patroklos, olej na płótnie, ok. 1780, obecnie w Musée des beaux-arts Thomas Henry w Cherbourgu, ale miałam przyjemność widzieć ten obraz na wystawie czasowej o dziejach męskiej nagości w sztuce w Musée d’Orsay w Paryżu. Domena publiczna.

Widzicie? Zebraliśmy drużynę. Trzech kuzynów, wnuk i dwóch prawnuków Ajginy: syn jej syna Menojtiosa, Patroklos, i wnukowie jej drugiego syna, Ajakosa, Achilles (syn Peleusa) i Ajas (syn Telamona). Teraz, zanim chłopcy ruszą podbić Troję, muszą jeszcze mieć jakieś wojsko.

I tu pojawiają się nam Myrmidonowie. Ci w liczbie mnogiej. Ludzie-mrówki.

W jednej wersji ci bezwzględnie lojalni i skuteczni wojownicy są potomkami naszego Myrmidona, syna Eurymeduzy; jako że w pewnym momencie na ich wyspie władzę przejmuje Peleus, wiernie służą jego rodzinie. W innej zaś, znanej z Owidiusza, wiążą się z historią Ajginy.

W tej wersji o romansie Zeusa i umieszczeniu kochanki na wyspie Eginie dowiedziała się, no cóż, Hera. I jak to Hera, nie była zadowolona. Wściekła się do tego stopnia, że wysłała na wyspę smoka, który wyniszczył na niej wszystkich mieszkańców i większość zwierząt. Ajgina, którą ocalił władca bogów, prosiła, by dał wyspie jakichś mieszkańców i wskazała, że atak smoka przeżyły jednak jakieś żywe istoty. Tak, dobrze zgadujecie. Mrówki. To z nich Zeus stworzył nowych mieszkańców wyspy, który pozostali wierni swoim królom, potomkom Ajginy.

Achilles pod Troją jest królem i wodzem Myrmidonów, żołnierzy w zbrojach rudobrązowych jak ciało mrówki, i z ich pomocą walczy i wygrywa. Jeżeli to was nie przekonuje, że z mrówki może być dzielni wojownik, to lećcie obejrzeć Ant-Mana.

Drzewne dziewczyny

Jak wpiszecie w wyszukiwarkę grafiki Google „dryad”, to wyjdzie mniej więcej to:

dryad

I nic dziwnego, że wszystkie te obrazki wyglądają bardzo fantasy – driady, jak mało które istoty z mitologii klasycznej, zadomowiły się w bestiariuszach fantasy. Mamy je u Eddingsa, mamy u Sapkowskiego, u Marty Kisiel i innych autorów; a do fantasy driady też trafiły niekoniecznie wprost z mitologii Greków i Rzymian, a raczej – z wyobraźni późniejszych twórców, zafascynowanych ideą nimfy, żyjącej tak długo, jak jej drzewo.

W mitologii grecko-rzymskiej, jednakowoż, sprawa nie jest taka prosta. Zanim więc porozmawiamy o tym, jak driady można wpleść we współczesne dzieło fantasy, przyjrzyjmy się, jak wyglądają, skąd się biorą i co robią driady w mitologii Greków i Rzymian.

Dryad11

Evelyn de Morgan, Driada, olej na desce, ok. 1884-5, dziś w De Morgan Centre, Londyn; źródło zdjęcia: Wikipedia, ilustracja w domenie publicznej

Po pierwsze, zacznijmy od klasyfikacji – wbrew pozorom mitografowie uwielbiają klasyfikacje, listy i zestawienie. W takim zestawieniu greckich bóstw przyrody driady (gr. Δρυαδες, dryades), zwane też hamadriadami (dosłownie „jednymi z drzewem”) lub adriadami (dosłownie „z drzewa, od drzewa pochodzącymi”) należą do szerszej klasy nimf, śmiertelnych lub nieśmiertelnych kobiecych duchów natury. Nimfy i ich rozliczne grupy pewnie doczekają się kiedyś własnej notki, na razie skupmy się na driadach, bo już ich ilość i typy mogą przyprawić o ból głowy.

Rozprawmy się może na początek z mitem o driadzie umierającej ze swym drzewem. Tak, te mity pojawiają się w greckiej tradycji, dotyczą jednak tylko pewnej grupy driad, a  mianowicie – nimf konkretnych, poszczególnych egzemplarzy drzew, szczególnie tych wielkich i imponujących. Teoretycznie powinniśmy driady wiązać głównie z dębami, bo słowo δρῦς [drys] zwykle tak się tłumaczy. Warto jednak pamiętać, że wyraz ten nie musi oznaczać tylko tego konkretnego gatunku – zdarza się w znaczeniach ewidentnie odnoszących się do różnych gatunków dużych, okazałych drzew. Nimfy pojedynczych drzew są więc, owszem, śmiertelne – żyją tyle, ile ich drzewo.

Inaczej ma się sprawa z pozostałymi grupami driad: nimfami poszczególnych gatunków drzew oraz konkretnych typów lasów. Te boginki zazwyczaj są nieśmiertelne, a ich rodowody bywają różnorodne i skomplikowane. I tak, pradawne Melie [gr. Meliai], nimfy jesionu, narodziły się z krwi wykastrowanego przez syna Uranosa. Krew spadła na łono Gai, Matki-Ziemi, i tak narodziły się Melie, najmłodsze z dzieci boskiej pary, siostry straszliwych Erynii. W tych czasach ludzkość – według części mitografów – żyła jeszcze bez kobiet, nie stworzono bowiem jeszcze pierwszej z nich, Pandory. Stąd też niektóre z Melii zostały małżonkami śmiertelników, stając się wzorami kobiecości.

Hamadriady z kolei, nimfy dębu i topoli, były uważane za córki pierwszej driady, Hamadryas, i Oksylosa. Ich ojciec był bogiem lasu bukowego; matka, urodzona na górze Othrys w centralnej Grecji, była pierwszą boginką drzew. Rodzice byli jednocześnie rodzeństwem, jako dzieci potężnego Oreiosa (personifikacji Gór), . Jako córki tej pary wymieniano także osiem driad konkretnych drzew: Ajgejros (czarna topola, Populus nigra), Ampelos (pnącza, w tym dzika winorośl, Vitis silvestris), Balanis (ostrokrzew i dąb ostrolistny, Quercus ilex), Karya (nimfa orzechów i jadalnych kasztanów), Kraneia (nimfa cenionego bardzo przez Greków derenia), Morea (opiekunka morwy i czarnej oliwki), Ptelea (driada-patronka wiązu) i Syke (figa). Czasami uważa się te nimfy za matki-patronki całych grup nimf danych drzew – nazwy tych grup widzicie na poniższej ilustracji.

driady - pełna wersja

Wśród driad były także te związane z drzewami owocowymi i tymi używanymi powszechnie w kulcie. Maliady (Meliady) albo Epimelidy były patronkami jabłonek, kojarzono je przede wszystkim z Arkadią. Orodemniady miały za zadanie zajmować się w ogóle drzewami owocowymi; w tradycji rzymskiej za jedną z nich uchodziła Pomona, bogini owoców. Dafnaje albo Dafnaidy z kolei opiekowały się ukochanym przez Apollina wieszczym drzewem laurowym, a Kissaje – wybranym przez Dionizosa bluszczem (gr. kissos).

Wyróżniano również driady i ogólnie nimfy związane z konkretnymi typami lasów. Oready opiekowały się górskimi zagajnikami (później ich zadania rozszerzono na opiekę nad górami w ogóle – była to w końcu domena ich ojca, Oreiosa!). O górskie lasy troszczyły się także Hyleoroi, inna grupa nimf związanych ze skałami i pasmami górskimi. Alseidy były głównie nimfami wilgotnych zagajników (nasze jedyne źródło, Homer, wiąże je z miłymi lasami i źródłami). Auloniady z kolei uważano za nimfy cienistych dolinek i wilgotnych brzegów rzek; część mitografów za Auloniadę uważa Eurydykę, ukochaną Orfeusza. W wąwozach i dolinach rzek mieszkały nimfy tamtejszych lasków, Napaje; ich siostry, Heleionomai, uchodziły za nimfy bagien i moczarów. Nie wszystkie z nich jasno i oczywiście zaliczano do driad, ale istnieją między tymi grupami boginek znaczące podobieństwa.

Driadami były też zapewne Hesperydy, nimfy cudownego ogrodu na końcu świata, w którym rosła magiczna jabłoń przywracająca siły i młodość. Te z kolei nimfy uchodziły za córki tytana Atlasa.

 

Niezależnie od mitów o driadach jako grupie istnieją także opowieści o poszczególnych przedstawicielkach tej klasy mitologicznych istot. Wiele driad było, jak inne nimfy, kochankami bogów. Oreada Ejdoteja miała romans z Posejdonem, Othreis była kochanką Apollina (czasami utożsamianą z Kyrene znaną nam z innej notki) i Hermesa. Ten ostatni miał słabość do driad: jego partnerkami były oreada Penelopa (1), matka – według niektórych przekazów – syna Hermesa, boga pasterzy Pana, a także epimelida Thymbris i najada-wieszczka Sose. Wieszczek wśród driad było zresztą sporo, wystarczy wspomnieć górskie nimfy Klaję i Erato (imienniczkę muzy poezji miłosnej).

Czy driadom zdarzało się ulegać metamorfozie? A pewnie, i to w obie strony. Córki Heliosa, Heliady, po śmierci brata Faetona cierpiały tak bardzo, że stały się duchami białej topoli. Śmiertelniczkę Byblis driady uratowały przed samobójstwem (chciała się zabić, bo się kazirodczo zakochała w rodzonym bracie) i uczyniły jedną ze swego grona. Z drugiej strony, oreada Pitys miała tak serdecznie dość końskich zalotów Pana, że ubłagała bogów, by zmienili ją w drzewo; tak stała się driadą sosny.

Ogromnie, ogromnie żałuję, że nie zachowało się dzieło Kallimacha z Cyreny o nimfach i ich klasach. O ile więcej dziwnych nazw i zapomnianych dziś postaci moglibyśmy dzięki niemu poznać!

 

(1) Tożsamość/ nietożsamość tejże Penelopy z żoną Odyseusza to jest, serio, temat na osobną notkę.